4 zł tygodniowo przez rok !
Promocja dotyczy rocznej subskrypcji pakietu RP.PL z The New York Times.
Autentyczne dziennikarstwo na cały rok.
Kliknij i poznaj szczegóły oferty
Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, osoby, którym z powodów osobistych bliski jest problem adhortacji „Amoris laetitia", mogą w uprawniony sposób czuć, że są w centrum dzisiejszego nie tylko religijnego, ale etyczno-politycznego sporu o pojmowanie rozumności i wolności jednostki, i że to nad nimi odbywa się sąd. Konserwatywny sprzeciw wobec rozumnego poszukiwania dopuszczenia szczęścia rozwiedzionych katolików pragnących być w powtórnym związku miłosnym pokazuje, co ich zdaniem wystarczy do tego, aby zerwali oni z dziedzictwem greckiej filozofii, rzymskiego republikanizmu i duchowości judeochrześcijańskiej. Jednocześnie spór o „Amoris laetitia" – w przeciwieństwie do sporu o prawa środowisk LGBT czy o znaczenie Unii Europejskiej – ma tę cenną cechę, że obiektem krytyki konserwatystów są te komponenty filozofii liberalnej, które jednocześnie nie należą do tzw. liberalnego paternalizmu. Po drugiej stronie sporu są bowiem wartości takie jak wolność myślenia, stosowanie zasady szczęścia w naszych poszukiwaniach, optymizm antropologiczny i prawo jednostki do traktowania swego dobra indywidualnego jako elementu, a nie przeciwieństwa, harmonii społecznej. Nie jest to natomiast kolejna odsłona sporu między przeciwnikami „złej, proniemieckiej UE" a „zawsze dobrej UE" czy między przeciwnikami „deprawacji czynionej przez LGBT" a tymi, którym „różnorodność" kojarzy się tylko z jednym. Innymi słowy, spór o „Amoris laetitia", mimo że dotyczy Kościoła katolickiego, pozwala zauważyć, jakie słuszne wolnościowe wartości znajdują się pod ostrzałem konserwatystów.
Promocja dotyczy rocznej subskrypcji pakietu RP.PL z The New York Times.
Autentyczne dziennikarstwo na cały rok.
Kliknij i poznaj szczegóły oferty
„Manipulował ludźmi jak nikt inny” – opisuje ks. Eugeniusza Surgenta Tomasz Krzyżak w podcaście „Posłuchaj Plus...
Marco Bellocchio w wieku 86 lat nie stał się wcale statecznym komentatorem, jak wielu nestorów kina w jego wieku.
Dziś przygody Bergmana można czytać jako opowieść o samym komiksie.