Spokojnie, nie są to rozważania dojrzewającej panienki o życiu, to nie jest też tekst o filozofii. To felieton o Szumowskim, a nawet o Szumowskich. Braciach Szumowskich, przynajmniej na razie jeszcze braciach. Być może mamy tu nawet matriks podwójny, bo nie da się wykluczyć, że spryciarze ukartowali to wszystko lata temu i są nie tylko chytrusami, ale też złodziejami większego kalibru. Albo złodziejkami. Jeśli jednak złodziejami/złodziejkami nie są, to padają ofiarą niezłego matriksu, a mój felieton – choć w gruncie rzeczy o czym innym – i tak zostanie odebrany jako głos w ich obronie. A niech i tak będzie, hejt start!

A my zacznijmy od początku. Jeśli prawdą jest to, co widzimy, czyli to, co mówi on i co mówią o nim, to podstawowy błąd Łukasza Szumowskiego polega na tym, że nie brał kopert. Serio. Mógł – jak przystało na szanującego się profesora medycyny – brać w łapę i pies z kulawą nogą nie miałby do niego pretensji. Nikt by mu tego nie wypominał, nie dochodził, jak było. Najwyżej dorobiłby się ksywy „Kopertnik", jak inny chirurg w polityce, i to wcale nie ten, o którym teraz myślicie.

Tymczasem on postanowił zarobić i zarobił. Założył firmę i razem z kolegami kardiologami tłukł te swoje zabiegi przypalania serca prądem, co mu podobno świetnie robi. Sercu, nie Szumowskiemu, choć i jemu to przypalanie służyło, bo zarobił na NFZ kilka hektarów złotych. Co prawda – to ujawnił niedawno poprzednik Szumowskiego na ministerialnym stolcu, prof. Zembala – jak jakiś szpital biedował, to Szumowski zapylał do niego przez lata w wolne soboty i za darmochę zasuwał, jak, nie przymierzając, u matki Teresy.

No ale zarobił i zamiast pochować majątek, zainwestował u brata. Tu pojawia się bowiem brat, Szumowski starszy, profesor taki bardziej amerykański, co to sobie do kompletu MBA zrobił i zaczął w Polsce inwestować w start-upy. To o tyle skomplikowane, o ile normalny człowiek zupełnie nie rozumie, czym się one zajmują, ale jak się trafi, to można zarobić. Brat zarobił i poszedł do innej firmy. W nią zainwestował też minister. Aha, firma prowadzi badania, więc dostaje granty, czytaj: kradnie państwową forsę, co to ją sobie po tajności sam minister przyznał. Że tak nie jest, i tak nikt nie uwierzy, tak jak nikt nie wierzy w lamenty tego amerykańskiego Szumowskiego, że za poprzedniego reżimu kosił więcej hajsu z grantów, więc braciszek minister nie tylko reputację mu psuje, ale i w biznesie przeszkadza, fakty nie mają tu bowiem żadnego znaczenia.

I tu dochodzimy do sedna. W polskim, zresztą nie wiem czy tylko w polskim, życiu publicznym takie pojęcia jak fakty czy prawda nie mają większego znaczenia. Liczy się narracja. Jak o nią zadbamy, to pospolity ordynus może być świeckim świętym, niczym pewien dżentelmen, który z baśki może dać. Jak się nam narracyjnie ułoży, to możemy być pustym dzbanem i szanowanym ministrem jak jeden taki, ale nie znęcajmy się. I odwrotnie.

Mogą państwo, nie bez racji, odbić piłeczkę i spytać, czemu to media nie piętnują złodziei prawdziwych, ordynusów pospolitych i tępaków jakich mało? Ano w mediach też obowiązuje narracja. Ale jeśli fakty stały się nazwą jednego z najbardziej zmanipulowanych programów w telewizorze, a wiadomości z innego telewizora z wiadomościami mają tyle wspólnego co „Prawda" z prawdą, to czego oczekujecie? No właśnie.