Reklama

Nikczemna ulga Polaków

To nie PiS sko­rzy­stał na smo­leń­skiej ka­ta­stro­fie, na­wet je­śli tro­chę bar­dziej utwar­dził swój elek­to­rat. Sko­rzy­sta­ła par­tia Do­nal­da Tu­ska, to by­ło jej ko­lej­ne pa­li­wo
Nikczemna ulga Polaków

Foto: Rzeczpospolita, Andrzej Krauze And Andrzej Krauze

Na chwi­lę przed dru­gą rocz­ni­cą ka­ta­stro­fy smo­leń­skiej za­czą­łem grze­bać w In­ter­ne­cie w po­szu­ki­wa­niu śla­dów tam­te­go cza­su i kli­ma­tu. Na­tra­fi­łem na swo­ją wy­po­wiedź, wy­gło­szo­ną kil­ka go­dzin po tra­ge­dii, w stu­diu te­le­wi­zji pu­blicz­nej.

Pa­mię­tam, jak wcho­dzi­łem wte­dy do gma­chu na Wo­ro­ni­cza. Na­po­tka­ne­mu pro­fe­so­ro­wi Ja­no­wi Ża­ry­no­wi zwie­rza­łem się, że nie wy­trzy­mam, głos mi się za­ła­mie, nie bę­dę mógł mó­wić. A jed­nak jak po­świad­cza na­gra­nie, wy­po­wia­da­łem pro­ste zda­nia dziw­nie spo­koj­nie. Acz sam nie­wie­le po­tem z te­go pa­mię­ta­łem. Prze­cież do­pie­ro pod­czas au­dy­cji od pro­wa­dzą­cej roz­mo­wę dzien­ni­kar­ki wy­mie­nia­ją­cej na­zwi­ska za­bi­tych do­wie­dzia­łem się, że jed­ną z ofiar jest wi­ce­mi­ni­ster kul­tu­ry To­masz Mer­ta, mój wie­lo­let­ni zna­jo­my. Ta­kie mo­men­ty nie sprzy­ja­ły pre­cy­zji my­śle­nia.

Ciężar żałoby

Tak więc bar­dziej dzię­ki na­gra­niu niż pa­mię­ci do­wia­du­ję się, że pró­bo­wa­łem od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, jak bę­dzie wy­glą­da­ła po­li­ty­ka po Smo­leń­sku. I mó­wi­łem szcze­rze: mu­si się ja­koś zmie­nić, ale nie znam go­to­we­go sche­ma­tu. Ten wy­wód po­wtó­rzy­łem sze­rzej dzień póź­niej, w Lo­ży Pra­so­wej w TVN 24. Roz­ma­wia­li­śmy z cią­gle ści­śnię­ty­mi gar­dła­mi, a w tle po­ka­zy­wa­no wiel­kie tłu­my przed Pa­ła­cem Pre­zy­denc­kim na war­szaw­skim Kra­kow­skim Przed­mie­ściu, mo­rze zni­czy i lam­pek, za­pła­ka­ne i po­bla­dłe twa­rze. Mia­ło się wra­że­nie, że jest tam ca­ła Pol­ska. A że wy­szła tam uczcić pa­mięć za­bi­te­go pre­zy­den­ta i in­nych ofiar w więk­szej czę­ści z krę­gów pra­wi­cy, zda­wa­ło się, że to mu­si mieć wpływ na dal­sze zda­rze­nia, na pro­ce­sy spo­łecz­ne.

Po­wta­rza­li­śmy, przy­naj­mniej w mo­im przy­pad­ku czę­ścio­wo w to wie­rząc, a czę­ścio­wo trak­tu­jąc ja­ko za­kli­na­nie desz­czu, for­muł­ki o moż­li­wym za­sy­py­wa­niu po­dzia­łów. O tym, jak bar­dzo przy­pa­dek tych na­głych śmier­ci una­ocz­ni na­szej kla­sie po­li­tycz­nej, a i co bar­dziej za­cie­trze­wio­nym wy­bor­com, fałsz i okru­cień­stwo woj­ny pol­sko­-pol­skiej. Jak źle za­brzmią w przy­szło­ści in­wek­ty­wy kie­ro­wa­ne w prze­ciw­ni­ka, któ­ry jest prze­cież bliź­nim.

Na­tu­ral­nie wie­le klu­czo­wych py­tań i za­gad­nień do nas jesz­cze wte­dy nie do­cie­ra­ło, na przy­kład do­pie­ro po­tem póź­niej po­ja­wił się wą­tek przy­czyn ka­ta­stro­fy i spo­so­bu ich wy­ja­śnia­nia. Je­śli już bu­zo­wa­ły pierw­sze, przy­tłu­mio­ne ma­je­sta­tem ża­ło­by, kon­tro­wer­sje, one do­ty­czy­ły bar­dziej ta­kich po­li­tycz­nych dy­le­ma­tów, jak for­ma i za­kres przej­mo­wa­nia peł­ni wła­dzy przez obóz Plat­for­my.

Wciąż jed­nak ma­in­stre­amo­we dzien­ni­kar­ki by­ły za­pła­ka­ne, a na ża­łob­nym po­sie­dze­niu Sej­mu nie po­ja­wił się Ja­nusz Pa­li­kot. Dziś już wie­my, że roz­sy­łał w tam­tym cza­sie do par­tyj­nych ko­le­gów z PO fi­glar­ne ese­me­sy drwią­ce ze zmar­łe­go pre­zy­den­ta. Ale wte­dy to do nas nie do­cie­ra­ło, na tym­że po­sie­dze­niu łzy la­ły się po tak wie­lu po­licz­kach. W efek­cie wy­jąt­ko­wość ża­łob­nej po­wa­gi mie­sza­ła się z dziw­ną przej­ścio­wo­ścią. Po­wta­rza­li­śmy so­bie: to się kie­dyś skoń­czy. I do­da­wa­li­śmy cza­sem myśl Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go – o złu, z któ­re­go mo­że na­ro­dzić się do­bro.

Da­wa­ło się wy­chwy­cić dwa zja­wi­ska: do pew­ne­go stop­nia sprzecz­ne, do pew­ne­go uzu­peł­nia­ją­ce się. Pierw­sze z nich to po­czu­cie, że wszy­scy są ra­zem, że być mo­że prze­kro­czo­no po­dział na zwo­len­ni­ków III i IV RP.

Choć tak na­praw­dę nie roz­szy­fro­wa­li­śmy do koń­ca tych tłu­mów lu­dzi, choć­by sto­ją­cych w ko­lej­ce do trum­ny pre­zy­den­ta. Nie­wie­le póź­niej Jan Po­spie­szal­ski po­ka­zał znacz­ną ich część ja­ko roz­go­ry­czo­nych, obo­la­łych zwo­len­ni­ków IV Rzeczy­po­spo­li­tej, prze­ko­na­nych, że ich uko­cha­ni bo­ha­te­ro­wie pa­dli ofia­rą Pu­ti­na, a być mo­że i Tu­ska. Ale moż­na by­ło za­kła­dać, że nie tyl­ko oni tło­czy­li się wo­kół miejsc na­ro­do­wych Za­du­szek. Po­ja­wia­ły się też na­wet, choć wy­bit­nie mniej­szo­ścio­we, ge­sty w ob­rę­bie elit (mi­ni­ster kul­tu­ry Bog­dan Zdro­jew­ski „prze­pra­sza­ją­cy" le­żą­ce­go w trum­nie Ja­nu­sza Kur­ty­kę).

Pozostało jeszcze 82% artykułu

Czytaj dalej już od 9,90 zł (zamiast 39 zł)

Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji:

  • codzienne wiadomości, wartościowe komentarze i opinie na serwisie
  • pogłębione reportaże i publicystyka w Plusie Minusie
Reklama
Reklama
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama