Rz: Zdążył pan kupić córce bilety na niedzielny koncert Violetty? Sprzedały się na pniu...
Córka jest już dorosła. Ale popularność tego serialu wśród młodszych i starszych nastolatek wcale mnie nie dziwi.
Może to gust odziedziczony po matkach? Gdy w 1985 przyjechała do nas aktorka grająca tytułową rolę w „Niewolnicy Isaurze", pierwszym pokazywanym w Polsce brazylijskim tasiemcu, wybuchła zbiorowa histeria, nazywana fenomenem socjologicznym...
Meandry życia Isaury miały ponad 80-procentową oglądalność. Wyobraża sobie to pani? Siła oddziaływania takich idoli jest potężna, ale mechanizm prosty. Weźmy „Violettę" lub podobną produkcję – „Hannah Montana". Która z dziewcząt nie chciałaby mieć ładnej buzi, długich nóg i masy facetów, a przy tym dobrego głosu i tajemniczej historii rodzinnej w tle? Można mówić, że to infantylne, ale czyż nie prawdziwe?
Estetyka obu tych seriali oscyluje jednak między „Tańcem z gwiazdami" a pudełkiem pianek cukrowych marshmallow. Czy takie poczucie smaku mamy kształtować u ludzi młodych?
To oczywiste, że seriale, o których mówimy, formują przyszłych miłośników sitcomów i teleturniejów. Ale są tacy, którym jest to na rękę. I nie mówię tu o rodzicach. Zapomniała pani, że jednym z najstarszych ludzkich pragnień jest rząd dusz? Kształtując określone gusty, można sterować kulturą, co od stuleci było skutecznym sposobem kontroli społecznej. Czego żądał lud rzymski w kryzysie?