Na dwóch tegorocznych najważniejszych polskich festiwalach dokumentalnych pokazał pan dwa różne i odległe od siebie filmy. Oba – co jest fenomenem – brały udział w konkursach: „Moi Themersonowie” na Millenium Docs Against Gravity i „Magic Hour” na Krakowskim Festiwalu Filmowym. Oba były bardzo oczekiwane i obydwa wyjechały bez nagród…..
Nie do końca. „Magic Hour” otrzymało rekomendację Krakowskiego Festiwalu Filmowego do Europejskiej Nagrody Filmowej, co samo w sobie jest dla mnie ważnym wyróżnieniem. Natomiast nigdy nie należałem do twórców szczególnie rozpieszczanych przez jurorów i szczerze mówiąc, nie ma to dla mnie większego znaczenia. Nie robię filmów po to, żeby spacerować po czerwonych dywanach czy brylować na bankietach. To mnie nie interesuje. Pracuję nad filmami w samotności, często przez wiele lat. Dlatego największą satysfakcję odczuwam wtedy, kiedy film jest już gotowy i zaczyna się ode mnie oddzielać, kiedy przestaje być tylko moją sprawą, a zaczyna żyć własnym życiem. A bywa ono zaskakująco długie. Być może dzieje się tak dlatego, że moje filmy zbudowane są ze starej materii: z archiwów, wspomnień, śladów przeszłości. Są więc stare niejako z definicji. A jednocześnie pozostają żywe, jeśli udało się w nich dotknąć czegoś, co nie starzeje się nigdy – prawdy o ludzkim doświadczeniu.