Nie wiem, czy Paweł z Tarsu był niezłym pięściarzem. Im bardziej wgryzam się w jego Listy, tym bardziej wyobrażam sobie, że tak. Na pewno zna się na rzeczy, gdyż wymienia zarówno walkę treningową (walkę z cieniem), jak i wie, gdzie uderzać najskuteczniej.
Boks w starożytności ma więcej wspólnego z uliczną walką na gołe pięści niż szermierką na pięści we współczesnym wydaniu olimpijskim. Starożytni bokserzy owijali swoje dłonie rzemieniami w celu stabilizacji i ochrony własnych nadgarstków, podobnie jak czynią to współcześni zawodnicy za pomocą materiałowych owijek zwanych pieszczotliwie „bandażami bokserskimi”. W rzemienie z czasem zaczęto wkładać drobne kamienie, odłamki szkła, a nawet kawałki metalu. Uderzenia niosły ze sobą potworny ładunek zniszczeń (rany, oszpecenia – trwałe wgniecenia, złamania, oderwanie miękkich części twarzy), a jeden cios mógł nawet zakończyć (śmiertelnie) cały pojedynek. Dopuszczano ciosy na głowę oraz ramiona. A niżej? Nie wiadomo. Greckie wazy i rzymskie malowidła nie zauważają nokautujących ciosów na wątrobę.