Reklama

Boiskowe trolle

Muhammad Ali i Michael Jordan wiedzieli, jak sfaulować słowem. Zinedine Zidane na własnej skórze poczuł, czym jest boiskowa prowokacja werbalna.

Aktualizacja: 10.01.2016 16:44 Publikacja: 08.01.2016 00:37

Finał mundialu 2006. Zinedine Zidane i Marco Materazzi

Finał mundialu 2006. Zinedine Zidane i Marco Materazzi

Foto: DPA/WDR/AFP

Zidane kilka dni temu został ogłoszony nowym trenerem Realu Madryt. W mediach sportowych zwraca się uwagę, że to znakomity zabieg marketingowy władz klubu. Drużynę objął jeden z najlepszych piłkarzy w historii, w dodatku od lat związany z zespołem Królewskich – najpierw jako zawodnik, a od kilku lat początkujący szkoleniowiec. Ale jednocześnie podkreśla się wybuchowy charakter Francuza. Na łamach „Rzeczpospolitej" Stefan Szczepłek napisał o nim: „To złośliwy milczek, który nie zejdzie z boiska, dopóki nie wyrówna rachunków. Potrafił sam mecz wygrać, ale i osłabić drużynę". Komentarz został zatytułowany: „Drugie życie Zizou".

To pierwsze, boiskowe, życie Zidane zakończył, ukazując światu swoje gorsze oblicze – choć miał wówczas szansę wystawić sobie pomnik. Jako kapitan reprezentacji doprowadził Francję do finału mistrzostw świata – 9 lipca 2006 r. Trójkolorowi zmierzyli się na Stadionie Olimpijskim w Berlinie z Włochami. Co było dalej – pamiętają nie tylko fani futbolu. Gol Zidane'a z rzutu karnego, potem wyrównanie Marco Materazziego, aż w końcu dogrywka. Gdy mecz zmierzał do rzutów karnych, w 108. minucie Zidane, ku zaskoczeniu wszystkich, ciosem „z byka" powalił na ziemię Materazziego. Sędzia Horacio Elizondo wyrzucił go z boiska, a Francja bez swojego kapitana przegrała po serii jedenastek.

Piłkarski świat zastanawiał się, co mogło wyprowadzić Zidane'a z równowagi. Spekulowano, co chwilę przed legendarnym zdarzeniem obaj piłkarze mówili do siebie. Magazyn „Paris Match" próbował nawet zrekonstruować rozmowę z pomocą Marielli Balsamo, pracującej we włoskim Narodowym Instytucie dla Niesłyszących w Messynie.

Francuzi początkowo byli oburzeni i wściekli, zarzucili Zizou, że przyczynił się do finałowej porażki z Włochami. Z biegiem czasu wybaczyli mu jednak, a gdy Zidane w świetle kamer opowiedział, czym tak naprawdę sprowokował go Materazzi – poszło o to, że rywal w brzydki sposób wyraził się o siostrze Zidane'a – wręcz uczynili zeń narodowego bohatera. To, jak Zizou pożegnał się z piłką, jeszcze umocniło jego legendę.

Pomnika doczekał się przed Centrum Pompidou w Paryżu, w którym mieści się muzeum sztuki współczesnej, pisarz Luca Caioli zbudował wokół wydarzeń na Stadionie Olimpijskim biografię Zidane'a. Zatytułował ją „Sto dziesięć minut, całe życie".

Reklama
Reklama

To, co zrobił Materazzi, jest doskonałym przykładem trash-talku – brudnej rozmowy, która ma jeden cel: wyprowadzić przeciwnika z równowagi. Włoch znalazł słabą stronę Zidane'a i wykonał swoje zadanie – sprowokował i zneutralizował największą gwiazdę przeciwnej drużyny.

Listonosz nie dostarcza w niedzielę

Niektórzy sportowcy uczynili ze „śmieciowej gadki" sztukę i atut – taki sam jak precyzyjny cios, celny strzał czy drybling. I korzystają z niego niemal w każdym meczu.

Pojęcie „trash-talk" narodziło się na początku lat 60. w Stanach Zjednoczonych. Dziś mówi się, że stało się to za sprawą jednego z największych bokserów w historii, czyli Muhammada Alego, który słynął z niewyparzonego języka.

Ali w trakcie walk szeptał do ucha przeciwnika, umiał ponoć układać rymowanki na temat rywali. „Wstawaj i walcz, frajerze!" – te słowa wypowiadał, gdy fotograf John Rooney zrobił mu w maju 1965 roku słynne zdjęcie nad leżącym Sonnym Listonem w Central Maine Youth Center w Lewiston. – Takie zachowanie podbudowywało jego samoocenę i było próbą zdobycia przewagi psychologicznej. A poza wszystkim uważał, że to po prostu zabawne – mówił o trash-talku Alego w wywiadzie dla „Newsweeka" Thomas Hauser, amerykański pisarz, autor biografii boksera. Ali (jeszcze jako Cassius Marcellus Clay Jr.) nagrał bardzo dobrze sprzedający się album zatytułowany „Jestem najlepszy!", który był zbiorem „poezji" spod znaku trash-talku. Tytuł płyty szybko stał się przydomkiem pięściarza.

Wiele lat później równie bezczelnie i pewny siebie był Michael Jordan. Koszykarz Chicago Bulls i jego koledzy z zespołu słynęli z prowokacji wobec rywali – zwykle inteligentnych, ale i dość ostrych. Jordan i Scottie Pippen mieli na przykład w zwyczaju witać swoich rywali już na parkingu przed halą, siedząc i paląc cygara na masce swoich ferrari, jakby już mogli się cieszyć z wygranej. Pippen był zresztą twórcą jednego z najważniejszych trash-talków w historii NBA.

Był 1 czerwca 1997 roku, trwał pierwszy mecz finału NBA. W United Center w Chicago Byki grały z Jazzmanami z Utah. Dziewięć sekund przed końcem był remis 82:82. Piłkę mieli Jazz, sfaulowany został najlepszy gracz gości Karl Malone, ksywka Listonosz, bo znakomicie dostarczał kolejne punkty swojej drużynie. Tym razem jednak dwa razy spudłował z linii rzutów wolnych. Piłkę przejęli Bulls, Jordan trafił równo z końcową syreną, a ekipa z Chicago wygrała pierwszy mecz w serii 84:82.

Reklama
Reklama

Po meczu wszyscy zwrócili uwagę na zachowanie Pippena, który przed rzutami wolnymi podszedł do Malone'a i miał mu wyszeptać do ucha: „Pamiętaj, Karl, listonosz nie dostarcza w niedzielę". To właśnie te słowa – które po latach obrosły legendą – miały rozproszyć gwiazdę Jazz.

Jego Powietrzna Wysokość, czyli Jordan, bywał w swojej grze słów i prowokacjach mniej subtelny. W 1995 roku Bulls grali w pierwszej rundzie play-off z Charlotte Hornets. Szerszenie miały wtedy świetny zespół z Glenem Rice'em, Alonzo Mourningiem czy Larrym Johnsonem. Mimo to Byki pokonały ich w serii 3-1. W trakcie jednego z pierwszych meczów Hornets byli bliscy zwycięstwa. Do rozegrania najważniejszej akcji meczu przymierzał się najniższy w historii NBA, mierzący zaledwie 158 cm, Muggsy Bogues. Jordan zrobił mu sporo miejsca i powiedział: „No, rzucaj, ty p... karle!". Bogues przestrzelił minimalnie, a Byki wygrały. Po latach asystent trenera Hornets Johnny Bach powiedział, że Bogues się załamał, stwierdził wręcz, że ta jedna akcja zniszczyła mu karierę.

Sam Jordan odczuł na własnej skórze, co znaczy trash-talk. Gdy miał kłopoty z hazardowymi długami, za jego ławką siedział człowiek z talią kart, kośćmi i starał się go w ten sposób rozproszyć. Jordanowi zdarzało się uczynić z trash-talku żart. W listopadzie 1991 roku w meczu z Denver Nuggets, gdy szykował się do wykonania rzutu osobistego, upatrzył sobie debiutującego w NBA Dikembe Mutombo, który pod koszem czyhał na zbiórkę. „Trafię z zamkniętymi oczami, w porządku?" – rzucił Jordan, którego zespół był już pewny zwycięstwa. Zmieszany Mutombo nie odpowiedział. A Jordan uśmiechnął się i dodał: „Hej, Mutombo, ten jest dla ciebie". Zamknął oczy i... trafił. Wracając na swoją połowę, dorzucił jeszcze, uśmiechając się: „Witaj w świecie NBA".

Ale w „świecie NBA" bywały i inne, bardziej „brudne" rozmowy. Ta historia wydarzyła się w 1999 roku, dokładnie 9 maja, gdy w Stanach Zjednoczonych wypadał akurat Dzień Matki. W pierwszej rundzie play-off naprzeciw siebie stanęły dwie gwiazdy – Tim Duncan z San Antonio Spurs i Kevin Garnett z Minnesota Timberwolves. Garnett, który do dziś słynie z trash-talkingu, poszedł wówczas o krok za daleko. Wiedząc, że matka Duncana zmarła na raka, gdy Tim był nastolatkiem, powiedział do niego na parkiecie: „Wesołego Dnia Matki". Spurs i tak wygrali ten mecz oraz całą serię 3-1.

– Czy trash-talk to agresja? Zdecydowanie tak, i to na wielu poziomach – nie tylko werbalnym. Gesty, specyficzny uśmiech, głębokie spojrzenie, ale nawet kulturalna, wydawałoby się, uwaga – to wszystko może być prowokacją skierowaną w stronę naszego rywala – zauważa w rozmowie z Plusem Minusem dr Leszek Mellibruda, psycholog społeczny.

Zarazić napięciem

Jego zdaniem wyładowujemy emocje i zachowujemy się w sposób prowokujący, by zarazić napięciem. – To powszechne – nie tylko w sporcie, ale i w wielu sferach życia – mówi dr Mellibruda. – Przeklinanie działa na wielu z nas jak katharsis, oczyszcza z wewnętrznego napięcia. Wynika to z pewnego kulturowego kodu ekspresji, w którym przeklinanie charakteryzuje twardzieli. W sporcie często łączy się z prowokacją, z dostarczeniem przeciwnikowi negatywnego doznania – by w ten sposób go osłabić, rozproszyć, wybić z rytmu, zdekoncentrować. Mówi się, że sportowiec musi być jak posąg. Ale on wciąż jest człowiekiem. Aby wzmocnić odporność na tego typu brudne zagrywki rywali, zawodnicy często korzystają z pomocy psychologów. Kadry narodowe, zespoły ligowe mają całe sztaby, które pracują nad sferą mentalną sportowców. Trenerzy też są pod tym względem coraz lepiej wykształceni.

Reklama
Reklama

– Możesz to kochać lub nienawidzić, ale w USA to element gry – mówi Cezary Trybański, pierwszy Polak, który zagrał w NBA. – Gdy grałem w Stanach, stosowali to niemal wszyscy zawodnicy. Na porządku dziennym były „rozmowy" o rodzinach, matkach i partnerkach przeciwników – dodaje. Przyznaje jednak, że najwięcej brudnych zagrywek doświadczył w D-League, czyli lidze o niższej randze, dokąd zsyła się słabszych koszykarzy. – Tam dogryzano sobie bez pardonu. Sfrustrowani gracze, którzy nie zmieścili się w zespołach NBA, ciągle do ciebie gadali. Pytali: „Dlaczego nie ma cię w NBA? Może dlatego, że jesteś taki słaby?". Bywało, że dwaj najlepsi gracze z obu zespołów biegali za sobą cały mecz i prowokowali się niemal bez przerwy. Mnie to akurat nie ruszało, bo jestem spokojnym człowiekiem i nie daję się łatwo sprowokować. Ale bywali zawodnicy, którzy po kilku takich tekstach nie potrafili się skoncentrować na grze. Trybański uważa, że amerykańscy koszykarze wynieśli to zachowanie z boisk podwórkowych czy college'ów, gdzie wciąż musieli udowadniać swoją wartość i wyższość.

Niewątpliwym amatorem trash-talkingu był i jest Kobe Bryant. Jeden z najlepszych koszykarzy świata najczęściej dyskutował i z rywalami, i z kolegami z własnego zespołu. Jego złośliwości w walce na słowa doświadczyli jedni z najlepszych graczy Lakers: Shaquille O'Neal i Pau Gasol. Po jednym z meczów powiedział przed kamerami: „W porządku, oddałem w tym spotkaniu 45 rzutów. Ale komu miałem podać – Chrisowi Mihmowi czy Kwame Brownowi?" – drwił z dużo mniej znanych kolegów.

– Trash-talk bywa zupełnie niekonstruktywny – uważa Arkadiusz Kobus, do niedawna zawodnik Polpharmy Starogard Gdański, jednego z klubów Tauron Basket Ligi. – Taki najczęściej zdarza się w niższych ligach. Bezsensowne „wrzuty" na rodzinę czy wulgarne prowokacje do bijatyki. Z tego lepsi koszykarze się tylko śmieją. Bo prawdziwy trash-talk, który rzeczywiście wpływa na emocje, zaczyna się na szczycie. Jest w lidze koszykarz, który przed meczami prowadzi pewnego rodzaju dochodzenie. Dowiaduje się, jak nazywa się żona konkretnego rywala, wypytuje o jego cechy. Celują w tym Amerykanie, którzy toczą na parkiecie „walki kogutów". Raz usłyszałem, jak jeden pytał drugiego: „Co ty tu robisz? Wracaj do Stanów i graj sobie na podwórku, gdy skończysz zmianę w McDonaldzie". Ich to jednak nakręca. Zaraz chcą odpowiedzieć dobrą akcją, by potem móc rzucić ripostę: „Tak? Skoro ja powinienem wracać, to co ty tu jeszcze robisz?". Najciekawsze są jednak wrzutki konstruktywne. Kiedyś usłyszałem rozmowę dwóch zawodników. „A co u was tak dużo kontuzji?" – spytał pierwszy. „Nie, nie ma żadnych, wszyscy zdrowi, czemu mnie o to pytasz?" – odpowiedział drugi. A tamten na to: „Naprawdę? I załapałeś się do składu?".

Koszykarze, którzy opowiadają o sztuce trash-talkingu, zgodnie podkreślają, że to element rywalizacji jak każdy inny. – Taka brudna gra może rywala rozproszyć, ale może też zmotywować. Sztuką jest obrócić to w atut i w ten sposób nakręcić się do lepszej gry. Trzeba mieć jednak mocną psychikę i nie dać się złamać – twierdzi Trybański.

– Niegdyś trenerzy szykowali swoich zawodników na takie prowokacje, by ci umieli na nie odpowiedzieć tym samym. Uzbrajali ich w granaty. Tymczasem dziś okazuje się, że na wojnie nie tylko granaty są potrzebne. Szkoleniowcy znający się na psychofizjologii stresu motywują i nakręcają swoich zawodników w bardziej pozytywny i dyskretny sposób – uważa dr Mellibruda. – W boiskowych prowokacjach jest pewien paradoks. Otóż według obserwacji praktyków często w sytuacji napięcia i silnego stresu bardziej deprymująco działają na nas komplementy. To podziw, podziękowanie, uznanie w oczach przeciwnika bardziej wybija nas z równowagi.

Reklama
Reklama

Może więc lepiej po prostu być miłym.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Plus Minus
Płaskoziemcy są wśród nas czyli kto wierzy, że Ziemia jest płaska
Plus Minus
Głód, dług i zimne podwórka. Kryzys lat 30. zepchnął tysiące na bruk
Plus Minus
Zbrodnie, wypadki i legendy. Mroczna strona Zakopanego
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama