Kiedy tylko wybuchła afera związana z dekretem prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, który nadał Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” imię „bohaterów UPA”, natychmiast wysłałem SMS do moich ukraińskich przyjaciół z pytaniem, jak Ukraińcy widzą problem i czy polska argumentacja w tej sprawie odbija się jakimś echem.
Na Ukrainie Wołyń nie jest znany, UPA to dla Ukraińców armia walcząca z Rosjanami
Reakcje mnie nie zdziwiły. „Masowe poparcie dla Zełenskiego! 90 proc. Na Ukrainie UPA jest postrzegana jako armia, która walczyła z Rosjanami przez 60 lat. Wołyń nie jest znany. I nie cała UPA była tam zaangażowana. Za to wszyscy wiedzą, że rodziny ludzi UPA i osoby z nimi związane były zsyłane na Syberię milionami. Nawet merowie miast na wschodzie, jak Fiłatow, mer Dniepru, w pełni go popierają”.
Czytaj więcej
Myślę, że Wołodymyr Zełenski nie wycofa się z decyzji o nadania imienia bohaterów UPA jednej z jednostek wojskowych. W kontekście ukraińskim ta dec...
„Wiecie, tragedia polega na tym, że większość Polaków popiera stanowisko Nawrockiego, a większość Ukraińców Zełenskiego. A Rosjanie klaszczą. Bo historycy po obu stronach źle wykonali swoją pracę” – pisze jeden z ważnych ukraińskich polityków, znany ze swoich propolskich sympatii i wielokrotnie w Polsce fetowany. Po tej informacji właściwie nie ma o co drążyć tematu. Bo pytanie, czy Zełenski był świadomy, że jego decyzja wyzwoli emocje Polaków, jest bez sensu. Oczywiście, że był. O ile wiedza o Wołyniu i świadomość szczególnego wyczulenia na nią Polaków wśród przeciętnych Ukraińców jest przeciętna, elity skalę problemu rozumieją doskonale. Wszak ten sam Zełenski wielokrotnie rozmawiał o zbrodni wołyńskiej i potrzebie przeprowadzenia ekshumacji z polskimi politykami najwyższego szczebla, z premierami polskiego rządu i prezydentami na czele. Czyżby więc robił komuś na złość? Sabotował relacje z ważnym sąsiadem?
Struktury UPA w zachodniej Ukrainie
Wołodymyr Zełenski ws. „bohaterów UPA” uznał, że są sprawy ważniejsze niż emocje Warszawy
Nie sądzę. Zełenski po prostu zlekceważył emocje Warszawy. Przeszedł nad nimi do porządku dziennego. Uznał, że inne racje są ważniejsze. Jakie? Odpowiedź znajdujemy w cytowanym SMS-ie: „…Masowe poparcie. 90 proc.”. Tylko o to chodziło Zełenskiemu, który w piątym roku wojny staje się we własnym kraju politykiem niepopularnym i panicznie szuka choćby symbolicznego koła ratunkowego, które pomogłoby mu utrzymać się na powierzchni.
Czytaj więcej
Przemysław Czarnek w reakcji na nadanie ukraińskiej jednostce imienia „bohaterów UPA” domaga się od Kijowa wycofania się z tej decyzji oraz zgody n...
Ukraińcy mają dość Zełenskiego ze względu na przeciągającą się wojnę, ciągłe zagrożenie atakami, braki w sklepach, brak prądu, paliwa, śmierć czy ciężkie kalectwo najbliższych. To wojna. Koszty wojny. Koszty niepodległości – ktoś powie. Tak, trudno się nie zgodzić, tyle że taka retoryka w żadnej mierze nie zmieni ukraińskiej frustracji. Sam zaś Zełenski, w pierwszych miesiącach wojny bohater i zbawca ojczyzny, tak zrósł się ze swoim wizerunkiem, że stał się symbolem oporu. Symbolem wojny, której nikt nie lubi. I której nikt już – tak naprawdę – nie chce.
Rozmawiam ze swoimi ukraińskimi studentami. „Komediant, narcyz, pozer, megaloman” – powraca echo zarzutów sprzed 2022 r. „Otacza się ludźmi skorumpowanymi”. „Pewnie sam bierze!” – słyszę, choć kiedy pytam o dowody, nikt ich nie przedstawia. Ot, tak dziś wygląda popularność człowieka, którego osobiste bohaterstwo, determinacja i odwaga uchroniły Ukrainę późną zimą 2022 r. przed wpadnięciem w łapy oprawców Putina.
Dla Ukrainy Polska to sąsiad numer jeden, ale sojusznik numer dwa albo trzy
Tylko czy rzeczywiście musiał sięgać po „bohaterów UPA”, skoro wiedział, że wyzwoli to furię Polaków i spowoduje negatywne reakcje Warszawy? Pewnie nie musiał, ale skalkulował, co mu się opłaca. Założył, że Warszawa jakoś to przełknie, bo przecież nie ma wyjścia. Polacy są rozumni, wiedzą, że obrona Ukrainy to wzmocnienie bezpieczeństwa Polski. A w kwestiach sojuszniczych i tak ważniejsze są Francja, Wielka Brytania, Niemcy i USA. Polska to sąsiad numer jeden, ale sojusznik numer dwa albo trzy. Czyż tak nie jest? Trudno z tym polemizować.
Warszawa zareagowała jak smagnięta batem. Lech Wałęsa zdjął z koszuli barwy ukraińskie, prawica ryczy jak ranny bawół, a nasz zieloniutki prezydent ogłosił, że odbierze Zełenskiemu order Orła Białego. Pomijam kwestię, czy to możliwe bez kontrasygnaty premiera. Niech nad tym dumają prawnicy. Ja ostrzegam przed małostkowością. Krytykując decyzję Zełenskiego o „bohaterach UPA”, pragnę zauważyć, że nic w kwestii zasług ukraińskiego prezydenta dla bezpieczeństwa Polski się nie zmieniło. Stoi na czele państwa, które wciąż heroicznie walczy z Rosją w interesie całej Europy. Gdyby nie on, czołgi Putina stałyby dziś na linii Bugu, a „zielone ludziki” mogłyby już hasać na Lubelszczyźnie czy Podlasiu. Nie ma ich. Nie ma tego ryzyka dzięki Zełenskiemu. I mimo dziesiątek jego niedelikatności Polska nie powinna mu tego nigdy zapomnieć. Odbierając mu najwyższe polskie odznaczenie moglibyśmy go jedynie upokorzyć. Po co? Warto spytać i na koniec przypomnieć, że kawalerami Orła Białego są do dziś Benito Mussolini i Miklós Horthy. A w całej 300-letniej historii orderu odznaczenie to formalnie odebrano tylko jednej osobie. Wyrokiem sądu w 1932 r. odebrano go Wincentemu Witosowi. Skądinąd nie tylko bohaterowi ruchu ludowego, ale jednemu z ojców polskiej niepodległości. Takie są meandry dziejowej sprawiedliwości.