W okresie międzywojennym sądzono, że wszystkie nadające się do zamieszkania przez człowieka obszary świata zostały już zbadane. Nowa Gwinea, druga co do wielkości wyspa świata, nie była wyjątkiem od reguły. Europejscy misjonarze, plantatorzy i administratorzy kurczowo się trzymali jej nadbrzeżnych nizin przekonani, że w przecinającym wyspę zdradliwym paśmie górskim nikt nie może mieszkać. Tymczasem widoczne z każdego odcinka wybrzeża góry w rzeczywistości stanowiły dwa pasma oddzielone płaskowyżem z wieloma żyznymi dolinami. Obszar ten był zamieszkany przez miliony ludzi z epoki kamiennej, przez czterdzieści tysięcy lat odciętych od reszty świata. Zasłonę uchylono dopiero w momencie, kiedy w dopływie jednej z największych rzek Gwinei odkryto złoto. Gorączka złota przyciągnęła Michaela Leahy’ego, australijskiego poszukiwacza tego kruszcu, który 26 maja 1930 roku z kolegą poszukiwaczem i grupą zatrudnionych jako tragarze rdzennych mieszkańców nizin wyruszył w góry. Po wejściu na grań Leahy ze zdumieniem zobaczył po drugiej stronie zieloną krainę. O zmroku zdumienie przerodziło się w niepokój: w oddali rozbłysły światła, co oznaczało, że dolina jest zasiedlona. Po bezsennej nocy, spędzonej na ładowaniu broni i montowaniu prymitywnej bomby, Leahy i jego ludzie nawiązali pierwszy kontakt z góralami. Zdumienie było obustronne. Leahy napisał w swoim dzienniku:
„Poczuliśmy ulgę, kiedy w zasięgu wzroku pojawili się [tubylcy], na przodzie mężczyźni uzbrojeni w łuki i strzały, z tyłu kobiety, które miały w rękach łodygi trzciny cukrowej. Na widok kobiet Ewunga od razu powiedział, że walki nie będzie. Pomachaliśmy do nich, aby podeszli bliżej, co też zrobili – ostrożnie, zatrzymując się co kilka metrów, aby nam się przyjrzeć. Kiedy wreszcie kilku z nich zdobyło się na odwagę, aby do nas podejść, zobaczyliśmy, że nasz wygląd wprawił ich w osłupienie. Kiedy zdjąłem kapelusz, ci, którzy stali najbliżej mnie, cofnęli się przerażeni. Jeden stary człowiek podszedł do mnie z otwartymi ustami i dotknął mnie, żeby sprawdzić, czy jestem stworzeniem z krwi i kości. Potem uklęknął i potarł rękami moje gołe nogi, chcąc się przekonać, czy nie są pomalowane, a potem chwycił mnie za kolana i przytulił się do nich, ocierając się o mnie swoją krzaczastą głową. Kobiety i dzieci w końcu też znalazły w sobie odwagę i podeszły. Nagle cały tabor się od nich zaroił, wszyscy biegali wkoło i trajkotali, wskazując na […] wszystko, co było dla nich nowe”.
„Trajkotanie” tubylców było językiem – nieznanym wówczas jednym z ośmiuset języków, które do lat sześćdziesiątych XX wieku odkryto wśród odciętych od świata nowogwinejskich górali. Opisane przez Leahy’ego spotkanie powielało scenę, która z pewnością miała miejsce setki razy w historii ludzkości, przy każdym pierwszym kontakcie dwóch różnych ludów. O ile nam wiadomo, wszystkie te ludy miały już jakiś język. Każdy Hotentot, każdy Eskimos, każdy Yanomami. Nigdy nie natrafiono na nieme plemię, nie ma też żadnych wzmianek o tym, aby jakiś region posłużył za lingwistyczną „kolebkę”, z której język rozprzestrzenił się na nieznające go ludy.
Jak w każdym innym przypadku, język, którym posługiwali się gospodarze Leahy’ego, nie był nieartykułowanym hałasem, lecz medium zdolnym do wyrażania abstrakcyjnych pojęć, określania niewidzialnych bytów i formułowania skomplikowanych łańcuchów rozumowania. Górale zawzięcie się naradzali, próbując ustalić, co to za jasnoskóre zjawy im się ukazały. Przeważały przypuszczenia, że są to reinkarnowani przodkowie lub inne duchy w ludzkiej postaci, być może takie, które w nocy zamieniają się z powrotem w szkielety. Postanowili przeprowadzić test empiryczny, który pozwoliłby rozstrzygnąć tę kwestię. Jeden z nich się ukrył – wspomina góral Kirupano Eza’e – i patrzył, jak przybysze idą się wypróżniać. Potem wrócił i powiedział: „Ludzie z nieba byli tam za potrzebą”. Wielu jego ziomków poszło się przyjrzeć. Kiedy się okazało, że brzydko pachnie, powiedzieli: „Skórę mają inną, ale ich gówno śmierdzi jak nasze”.
Powszechne występowanie złożonego języka jest odkryciem, które napełnia językoznawców podziwem i daje pierwszy powód do podejrzeń, że język nie jest wynalazkiem kulturowym, lecz wytworem specyficznego ludzkiego instynktu. Wynalazki kulturowe znacznie się różnią pod względem zaawansowania w poszczególnych społeczeństwach, ale w obrębie jednej grupy na ogół lokują się na podobnym poziomie rozwoju. Niektóre grupy do liczenia używają kości, na których robią nacięcia, i gotują na ogniskach rozpalonych za pomocą hubki, a inne używają komputerów i kuchenek mikrofalowych. Język uchyla jednak tę korelację. Istnieją społeczeństwa z epoki kamienia, ale nie ma czegoś takiego jak język z epoki kamienia. Na początku XX wieku antropolog i językoznawca Edward Sapir napisał: „W kwestii formy językowej Platon może podać rękę macedońskiemu pasterzowi, a Konfucjusz łowcy głów z prowincji Asam”.
Czytaj więcej
W epoce Homera zdawano sobie sprawę, że utrata wzroku pogłębia pamięć. Dlatego jeżeli ktoś w dzieciństwie wykazywał się poetyckimi zdolnościami, to...
Gender, czyli kategoria
Aby móc podać losowy przykład wyrafinowanej formy językowej u ludów przedindustrialnych, lingwistka Joan Bresnan napisała artykuł, w którym porównała pewną konstrukcję z kivunjo, języka z rodziny bantu używanego w kilku wioskach na zboczach góry Kilimandżaro w Tanzanii, z jej odpowiednikiem w języku angielskim, który opisuje jako „język zachodniogermański używany w Anglii i jej byłych koloniach”. Angielska konstrukcja nosi nazwę „biernik” i występuje w takich zdaniach jak: „She baked me a brownie” (Upiekła mi brownie) i „He promised her Arpège” (Obiecał jej perfumy Arpège), gdzie dopełnienie dalsze, takie jak „me” lub „her”, jest wstawiane po czasowniku, aby wskazać beneficjenta czynności. Analogiczna konstrukcja w kivunjo nazywa się „aplikatyw”, a jej podobieństwo do biernika, jak mówi Bresnan, „jest mniej więcej takie jak podobieństwo szachów do warcabów”. W kivunjo konstrukcja ta zawiera się w całości w czasowniku, który ma siedem przedrostków i przyrostków, dwa tryby i czternaście czasów. Występuje związek zgody między czasownikiem i podmiotem, dopełnieniem i określającymi beneficjentów czynności rzeczownikami, z których każdy odmienia się przez szesnaście rodzajów („genders”). (Na wszelki wypadek zastrzegam, że „gender” nie odnosi się do takich rzeczy jak transwestyci, transseksualiści, hermafrodyci, androgyni itd., jak sądził pewien czytelnik tego rozdziału. Dla językoznawcy „gender” zachowuje swoje pierwotne znaczenie „kategoria” i ma wspólny źródłosłów ze słowami „generic” [generyczny], „genus” [rodzaj w systematyce zwierząt i roślin] i „genre” [gatunek literacki, muzyczny itd.]. W języku bantu istnieją różne rodzaje dla takich bytów, jak ludzie, zwierzęta, obiekty rozciągłe, skupiska obiektów i części ciała. Tak się składa, że w wielu językach europejskich rodzaje odpowiadają płciom, przynajmniej w zaimkach. Z tego powodu lingwistyczny termin gender został przyjęty przez nielingwistów jako wygodny sposób na wyrażanie dymorfizmu płciowego. Jak się wydaje, bardziej precyzyjny termin sex jest w dzisiejszych czasach zarezerwowany jako eufemizm dla kopulacji).
Pośród innych sprytnych pomysłów, które udało mi się zauważyć w gramatyce tak zwanych plemion pierwotnych bądź prymitywnych, szczególnie użyteczny wydaje się skomplikowany system zaimków stosowany przez Czirokezów. Rozróżnia się w nim „ty i ja”, „inna osoba i ja”, „kilka innych osób i ja” oraz „ty, jedna lub więcej innych osób i ja”, co język angielski prymitywnie upycha w uniwersalnym zaimku „my”.
Język użyteczniejszy od coca-coli
Tak naprawdę ludzi, których zdolności językowe są najbardziej niedoceniane, należy szukać w naszym własnym społeczeństwie. Językoznawcy często spotykają się z mitem, że robotnicy i gorzej wykształceni przedstawiciele klasy średniej mówią prostszym lub bardziej topornym językiem. Jest to szkodliwe złudzenie wynikające z faktu, że rozmowa nie wymaga żadnego wysiłku. Codzienna mowa, podobnie jak widzenie barwne czy chód, to przykład doskonałego mechanizmu – technologia, która działa tak dobrze, że użytkownik się nad nią nie zastanawia, nieświadomy tego, jak skomplikowaną maszynerię kryje obudowa. Za takimi „prostymi” zdaniami jak „Where did he go?” (Dokąd poszedł?) czy „The guy I met killed himself” (Człowiek, którego spotkałem/am, się zabił), używanymi automatycznie przez każdego użytkownika angielskiego, kryją się dziesiątki podprogramów, które tak układają słowa, aby wyrazić ich znaczenie. Pomimo wielu lat starań żaden sztucznie skonstruowany system językowy nie jest w stanie dorównać zwykłemu człowiekowi, czy będzie to HAL czy C3PO.
Ale podczas gdy silnik języka jest niewidoczny, użytkownicy przywiązują ogromną wagę do pakietów wyposażenia dodatkowego i kolorystyki nadwozia. Błahe różnice między podstawowym dialektem a dialektami podgrup społecznych, takie jak dopuszczalność podwójnego przeczenia, „those books” versus „them books” (mniej więcej „tę książkę” versus „tą książkę”), „dragged him away” versus „drug him away (różne formy czasownika w czasie przeszłym), wynosi się do rangi znaczników „poprawnej gramatyki”. Tymczasem mają one nie więcej wspólnego z gramatycznym wyrafinowaniem niż fakt, że w niektórych regionach Stanów Zjednoczonych ludzie nazywają pewien gatunek ważki „dragonfly”, a w innych „darning needle”, albo że Anglicy mówią na psy „dogs”, a Francuzi „chiens”. Trochę mylące jest nawet nazywanie standardowego angielskiego „językiem”, a wspomnianych odmian „dialektami”, tak jakby istniała między nimi jakaś zasadnicza różnica. Najlepiej zdefiniował to językoznawca Max Weinreich: język to dialekt z armią lądową i marynarką wojenną. Mit, że niestandardowe dialekty języka angielskiego są gramatycznie niedoskonałe, jest szeroko rozpowszechniony. W latach sześćdziesiątych XX wieku niektórzy psycholodzy edukacji w dobrej wierze głosili, że afroamerykańskie dzieci cierpią na tak wielką deprywację kulturową, że nie umieją się posługiwać prawdziwym językiem i są zdane na „nielogiczne tryby zachowań ekspresyjnych”. Tego rodzaju wnioski opierały się na reakcjach onieśmielonych lub zniechęconych czarnoskórych uczniów na serie standaryzowanych testów, którym ich poddawano. Gdyby psycholodzy przysłuchali się spontanicznym rozmowom, ponownie odkryliby stereotypowy wręcz fakt, że kultura afroamerykańska charakteryzuje się wysokim poziomem werbalności, a w annałach antropologii subkultura czarnej młodzieży ulicznej zapisała się tym, że przywiązywała wielką wagę do wirtuozerii językowej. (…)
Powszechne występowanie wśród ludzi złożonego języka jest porywającym odkryciem, a dla wielu obserwatorów niezbitym dowodem na wrodzony charakter języka, lecz według zatwardziałych sceptyków, takich jak wspomniany już filozof Hilary Putnam, to żaden dowód. Nie wszystko, co uniwersalne, jest wrodzone. Tak jak dawni podróżnicy nigdy nie spotkali plemienia bez języka, tak dzisiejsi antropolodzy mają problem ze znalezieniem ludzi pozbawionych dostępu do magnetowidów, coca-coli i T-shirtów z Bartem Simpsonem. Język był uniwersalny, zanim pojawiła się coca-cola, ale w takim razie język jest bardziej użyteczny od coca-coli. To tak jak z jedzeniem rękami, a nie nogami, co również jest uniwersalne, ale nie musimy powoływać się na wyspecjalizowany instynkt „ręka-usta”, aby wyjaśnić dlaczego.
Język jest nieoceniony we wszystkich codziennych czynnościach: przygotowywaniu jedzenia i schronienia, w miłości, kłótniach, negocjacjach i nauczaniu. Potrzeba jest matką wynalazku, można więc przypuszczać, że zaradni ludzie dawno temu wiele razy wymyślili język (być może, jak powiedziała Lily Tomlin, człowiek wymyślił język w celu zaspokojenia swojej głębokiej potrzeby narzekania). W takim ujęciu uniwersalna gramatyka odzwierciedlałaby po prostu uniwersalne wymogi ludzkiego doświadczenia i uniwersalne ograniczenia przetwarzania informacji. We wszystkich językach występują słowa „woda” i „noga”, ponieważ wszyscy ludzie potrzebują wymieniać informacje na temat wody i nóg. W żadnym języku nie pojawia się słowo o długości miliona sylab, bo nikt nie miałby czasu go wypowiedzieć. Raz wynaleziony język zakorzenił się w kulturze, ponieważ rodzice uczyli dzieci, a dzieci naśladowały rodziców. Z kultur dysponujących językiem błyskawicznie rozprzestrzenił się na inne, do tej pory bardziej milczące kultury. U sedna tego procesu leży niezwykle elastyczna ludzka inteligencja ze swymi ogólnymi, wielozadaniowymi strategiami uczenia się.
Tak więc uniwersalność języka nie prowadzi do wrodzonego instynktu językowego na tej samej zasadzie, na jakiej noc następuje po dniu. Aby was przekonać o istnieniu instynktu językowego, będę musiał przedstawić rozumowanie prowadzące od trajkotania ludzi współczesnych do domniemanych genów gramatyki. Kluczowe kroki pośrednie należą do mojej specjalizacji zawodowej, czyli badań nad rozwojem języka u dzieci. Rozumowanie to opiera się na stwierdzeniu, że złożony język jest uniwersalny, ponieważ dzieci wymyślają go na nowo – pokolenie po pokoleniu – nie dlatego, że są uczone, nie dlatego, że są obdarzone inteligencją ogólną, nie dlatego, że jest to dla nich użyteczne, lecz dlatego, że po prostu nie potrafią inaczej. (…)
Czytaj więcej
Wojna pochłonęła znaczną część dzieł Brunona Schulza, zachował się tylko jeden obraz olejny. O nim opowiada powieść „Wielka herezja”.
Instynkt czy wytwór inteligencji
Musimy się rozprawić z powszechnym poglądem, że to rodzice uczą dzieci języka. Oczywiście nikt nie sądzi, że rodzice udzielają swojemu potomstwu formalnych lekcji gramatyki, ale wielu rodziców (i ci psycholodzy dziecięcy, którzy mają luki w wykształceniu) uważa, że nieformalnych lekcji udzielają dzieciom matki, stosując przy tym szczególną odmianę języka zwaną motherese, czyli mową matczyną (po francusku mamanaise): intensywne sesje konwersacyjne typu „daj i weź”, z powtarzającymi się ćwiczeniami i uproszczoną gramatyką.
Look at the doggie! See the doggie? There’s a doggie! (Popatrz na pieska! Widzisz pieska? Tam jest piesek!). We współczesnej amerykańskiej kulturze klasy średniej rodzicielstwo jest postrzegane jako ogromna odpowiedzialność, nieustanne troszczenie się o to, aby bezbronne maleństwo nie zostało w tyle w wielkim wyścigu życia. Przekonanie, że bez mowy matczynej dzieci nie nauczą się języka, wpisuje się w tę samą mentalność, która każe yuppies chodzić do „ośrodków edukacyjnych” w celu zakupienia rękawiczek ze specjalnymi oznaczeniami, aby ich dzieci szybciej nauczyły się lokalizować swoje dłonie. (…) Największy udział w akwizycji języka mają same dzieci. (…)
Pozostał tylko jeden krok, aby zakończyć rozumowanie, że język jest specyficznym instynktem, a nie tylko sprytnym rozwiązaniem pewnego problemu wymyślonym przez ogólnie bystry gatunek. Jeśli język jest instynktem, powinien mieć określone miejsce w mózgu, a może nawet specjalny zestaw genów, które umożliwiają jego instalację. Gdyby doszło do uszkodzenia tych genów albo neuronów, język powinien ucierpieć, natomiast inne składniki inteligencji funkcjonować jak do tej pory. I na odwrót: jeśli te geny albo neurony zostaną oszczędzone w uszkodzonym mózgu, powinniśmy otrzymać w wyniku niepełnosprawną umysłowo osobę biegle posługującą się językiem, czyli językowego sawanta.
Jeśli natomiast język jest tylko jednym z wytworów ludzkiej inteligencji, należy oczekiwać, że na skutek urazów i deficytów ludzie będą ogólnie głupsi także pod względem językowym. Mielibyśmy prawo oczekiwać tylko jednego schematu: im więcej tkanki mózgowej uległo uszkodzeniu, tym mniej bystra i elokwentna byłaby dana osoba.
Nikt jeszcze nie zlokalizował narządu językowego ani genu gramatyki, lecz poszukiwania trwają. (…)
Złożona gramatyka występuje we wszystkich siedliskach ludzkich. Nie trzeba opuszczać epoki kamienia łupanego, nie trzeba należeć do klasy średniej, nie trzeba dobrze radzić sobie w szkole, nie trzeba nawet osiągnąć wieku szkolnego. Rodzice nie muszą zanurzać dziecka w języku ani nawet nim władać. Nie trzeba intelektualnych zdolności niezbędnych do funkcjonowania w społeczeństwie, umiejętności prowadzenia domu ani szczególnie silnego kontaktu z rzeczywistością.
Co więcej, można mieć wszystkie te przymioty, a mimo to nie być kompetentnym użytkownikiem języka, jeśli brakuje odpowiednich genów lub odpowiednich części mózgu.
Fragment książki Stevena Pinkera „Instynkt językowy. Jak umysł kreuje język”, przeł. Tomasz Bieroń, która ukaże się pod koniec stycznia nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka, Poznań 2024
Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji