Setki opowieści, z pozoru błahych zdarzeń, tysiące obrazów.

Choćby ten.

Barbara Nowacka, córka: – Pamiętam drobne gesty, specyficzne ułożenie rąk, uwagę, z jaką słuchała drugiej osoby. I jeszcze to, że uwielbiała chodzić po górach. Kiedyś wybraliśmy się całą rodziną, chyba na Kasprowy. Była wiosna, ale leżał jeszcze śnieg. Zabrnęliśmy w takie miejsce, że nie sposób było już iść dalej, ale my nie chcieliśmy się cofnąć. Zdjęliśmy kurtki, usiedliśmy na nich i zjechaliśmy po zboczu wprost w dolinę. Mama się śmiała...

Albo ten:

Czytaj więcej:

Katarzyna Kądziela, wieloletnia współpracowniczka: – Iza była perfekcjonistką. Każde wystąpienie, każdy dokument potrafiła cyzelować przez wiele godzin. Pewnego dnia jako pełnomocniczka rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn miała przedstawić jakiś raport Leszkowi Millerowi, który był wówczas premierem. Przygotowanie notatki zleciła mi. Potem prosiła o kolejne poprawki, uściślenia. Kiedy już miała wyjeżdżać, padła sieć. Poszłam do niej i mówię: „Sorry, nic nie poradzę". Ona stoi w płaszczu, gotowa do wyjścia... I nagle w moją stronę lecą rękawiczki. Ja w płacz, a Iza, zanim jeszcze dojechała do Kancelarii, dzwoni: „Słuchaj, bardzo cię przepraszam. Wiem, że to nie twoja wina...". Znałyśmy się wieki, a to chyba jedyny raz, kiedy się zdenerwowała. Była taka dobra, kochana...

Albo ten:

Krzysztof Kwater, dyrektor biura poselskiego w Gdyni: – Kiedyś pojechaliśmy na spotkanie na jedną z uczelni. Gdy się skończyło, rektor postanowił odprowadzić nas do samochodu. Idziemy po pustym już prawie parkingu. Mijamy jedno auto, drugie. Rektor zdezorientowany zaczyna się rozglądać, bo została już tylko moja poobijana łada samara. Chyba nie do końca mógł uwierzyć, że posłanka nie jeździ czymś bardziej reprezentacyjnym. A my trochę kilometrów po Pomorzu tą samarą robiliśmy...

Historie wyskakują z zakamarków pamięci: wbrew chronologii, hierarchiom, czasem obarczone nieścisłościami wynikającymi z upływu czasu. Ale każda z nich ma znaczenie. – Wie pan, człowiek żyje tak długo, jak długo się go pamięta – mówi prof. Jerzy Nowacki, mąż posłanki.

Kiedy stało się jasne, że Izabela Jaruga-Nowacka wejdzie w skład delegacji lecącej na uroczystości do Katynia? – Dokładnie nie pamiętam, ale sprawa rozstrzygała się dość długo – wspomina Katarzyna Piekarska, wówczas wiceszefowa SLD. – Zadzwonił do mnie wtedy Jerzy Szmajdziński: „Cholera, chyba powinienem polecieć...". No ale to wydawało się oczywiste, bo był wicemarszałkiem Sejmu. Pozostawało pytanie kto jeszcze. Pewnie gdyby Napieralski nie pojechał do Stanów, a ja zasiadałabym w Sejmie, polecielibyśmy my. Ostatecznie jednak padło na Izę i Jolę Szymanek-Deresz. Damy lewicy... – opowiada. W przypadku pierwszej z nich doszedł jeszcze motyw osobisty. Kiedy Armia Czerwona wkroczyła do Polski, aresztowany został brat jej babci. – Nie był oficerem, więc do Katynia nie trafił. Nigdy jednak nie wrócił do domu. Iza miała bliskie relacje z mamą, babcią, a ta historia w rodzinnych opowieściach stale powracała. Dlatego zależało jej, by jechać do Rosji i w jakiś sposób oddać mu hołd – wspomina prof. Nowacki.

Być, ale nie za bardzo

Wcześniej jednak czekała ją inna podróż. – Krótko przed świętami wybraliśmy się do Wietnamu. Pojechałem na konferencję naukową, potem zrobiliśmy sobie krótkie wakacje – opowiada prof. Nowacki. – Żona była tam kilka lat wcześniej i wróciła zachwycona. Kraj niezwykle barwny, życzliwi ludzie... Wietnam długo przypominał Polskę z lat 50., może 60. Potem jednak bardzo szybko zaczął się zmieniać, w fascynujący sposób przeobrażać...

Do domu wrócili na Wielkanoc. – Święta zawsze spędzaliśmy razem. Tak było i teraz. Tyle że świąteczne śniadanie zjedliśmy w poniedziałek. No i tym razem przygotowałam je sama – wspomina Barbara Nowacka. Nie mogło być zresztą inaczej. – Wspólne wyjazdy, święta, spotkania przy stole. Mama bardzo o to dbała. W życiu ustanowiła sobie czytelną hierarchię. Rodzina znajdowała się na samym jej szczycie – podkreśla Nowacka. A jednocześnie, jak mówi, jej matka posiadała rzadką umiejętność: potrafiła być, ale nie za bardzo. – Kiedy urodziłam Kubę i wróciłam ze szpitala, zastałam w kuchni torbę z zakupami. Rodzice zrobili je, ale nie chcieli zostawać, żeby nie przeszkadzać, nie robić zamieszania. Zadzwoniłam: „Przyjedźcie, zjemy razem obiad". Przyjechali. Ale dla mnie ten gest był bardzo ważny – opowiada. Takich gestów było zresztą więcej.

– Mama na przykład dzwoniła do mnie każdego ranka, żeby przez chwilę porozmawiać, zapytać, co u mnie – mówi Nowacka.

– Zadzwoniła też w sobotę przed wylotem do Smoleńska?

– Nie, było zbyt wcześnie. Pewnie nie chciała mnie budzić.

– A w piątek?

– Tak.

– I o czym rozmawiałyście?

– O takich codziennych sprawach. Zwykle wydają się banalne, dlatego szybko ulatują z pamięci. Ale nie treść jest tu ważna, ale sama rozmowa. Świadomość, że ktoś o tobie myśli, że pamięta...

Zawsze w biegu, z plikiem papierów pod pachą. Tak zapamiętała ją Katarzyna Piekarska. – Przed sejmowymi głosowaniami, wystąpieniami siadała z boku, przy stoliku i coś tam pisała, notowała. Nawet gdy wypadały one późno w nocy – wspomina Piekarska. – Zawsze była też nienagannie ubrana, elegancka. Piękna kobieta...

Jolanta Banach, była posłanka SLD, wiceminister gospodarki i działaczka Demokratycznej Unii Kobiet, dodaje: – Iza była totalnym zaprzeczeniem obiegowej opinii o feministkach. Że są nieatrakcyjne, nie potrafią sobie ułożyć życia osobistego, że są wojującymi ateistkami... Iza miała styl, cudowną rodzinę, była osobą wierzącą, choć się z tym nie afiszowała.

Kwiaty na grobach N.N.

Bieg, o którym wspomina Piekarska, zaczyna się na początku lat 90. Wcześniej Jaruga-Nowacka ukończyła studia etnograficzne na Uniwersytecie Warszawskim, przez dwa lata pracowała w Instytucie Polityki Naukowej i Szkolnictwa Wyższego, a potem w Polskiej Akademii Nauk. – Poznaliśmy się w 1972 roku, kiedy Iza była jeszcze na studiach. Wywodziliśmy się z podobnych środowisk, nasze rodziny miały sporo wspólnych znajomych. Łączyły nas też poglądy. Byliśmy lewicowi, ale do PRL mieliśmy stosunek krytyczny. Iza nigdy się do partii nie zapisała – wspomina prof. Nowacki. Od połowy lat 80. działała za to w Lidze Kobiet Polskich. Do polityki weszła dopiero po '89 roku. Najpierw przystąpiła do Ruchu Demokratyczno-Społecznego, który założył Zbigniew Bujak, potem do Unii Pracy. – Mama wierzyła, że świat można uczynić lepszym, bardziej sprawiedliwym. Ale żeby tego dokonać, najlepiej dostać się do Sejmu – tłumaczy Barbara Nowacka.

Początki miała bardzo trudne. – Pamiętam jedno z naszych spotkań. Kampania wyborcza, ona startowała z Unii Pracy, ja z SLD, działałyśmy w dwóch różnych organizacjach walczących o prawa kobiet. Przypadkowo wpadłyśmy na siebie pod jednym z domów towarowych w Gdyni. Miałyśmy rozdawać ulotki. Okazało się, że nie mamy nikogo do pomocy. Zostałyśmy z tym same i, prawdę mówiąc, wyglądałyśmy trochę żałośnie. Ale nam w ogóle do swoich racji często trudno było przekonać nawet partyjnych kolegów. A wtedy w Gdyni? Pośmiałyśmy się i po pracy poszłyśmy razem na kawę.

Jaruga-Nowacka do Sejmu dostawała się w sumie czterokrotnie, dwa razy w wyborach przepadała, ponieważ progu nie przekraczały jej ugrupowania. Za rządów Leszka Millera pełniła wspomnianą już funkcję pełnomocnika ds. równego statusu kobiet i mężczyzn, w rządzie Marka Belki była wicepremierem koordynującym sprawy społeczne i równościowe (choć ona sama powiedziałaby o sobie raczej: pełnomocniczka i wicepremierka), współzakładała Kongres Kobiet. Po odejściu z Unii Pracy, a potem założonej przez siebie Unii Lewicy, zbliżyła się do SLD. Do końca życia pozostała jednak bezpartyjna.

Kądziela: – Dbała o sprawy duże i te mniejsze, ale nie mniej ważne. Walczyła na przykład o uproszczenie przepisów, które dotyczyły obecności psów-przewodników w przestrzeni publicznej. I jako pierwszy polski wicepremier złożyła kwiaty na grobach N.N., czyli osób o nieustalonej tożsamości. To było w Krakowie. Słyszał pan o tym? Nie... No właśnie. Bo zrobiła to z ludzkiego odruchu. Nie zależało jej na rozgłosie, świetle kamer...

Katarzyna Kądziela przez niektórych znajomych bywa nazywana wdową po Jarudze-Nowackiej. Ale nie ma w tym nawet krzty złośliwości. Kądziela pracowała w biurze pełnomocnika ds. równego statusu kobiet i mężczyzn, prowadziła Jarudze-Nowackiej warszawskie biuro poselskie, po katastrofie smoleńskiej współredagowała poświęconą jej książkę, kieruje też fundacją jej imienia. Panie były bliskimi przyjaciółkami. Choć od katastrofy smoleńskiej minęło już sześć lat, Kądziela z chirurgiczną precyzją potrafi odtworzyć dni, które ją poprzedzały. – To był gorący tydzień – przyznaje. – Obradował Sejm, a Iza wcześniej dziesięć dni spędziła za granicą. Miała do załatwienia mnóstwo spraw.

Najpierw społeczna grupa ds. ustawy o związkach partnerskich. Trzeba się było spotkać z jej przedstawicielami. Rzecz kolejna – konwencja o prawach dziecka. Jej projekt jeszcze w 1978 roku Polska przedstawiła na forum ONZ. Sama ratyfikowała dokument wiele lat później, ale z pewnymi zastrzeżeniami. I teraz chodziło o to, by te zastrzeżenia zdjąć. Ostatecznie stało się to trzy lata po śmierci Jarugi-Nowackiej. Dalej – prace nad ustawą o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. W środę posłanka SLD miała w tej sprawie wystąpienie w Sejmie. Jak się później okazało, ostatnie w życiu... A przecież na tym nie koniec.

– W Warszawie tempo pracy było zwykle zawrotne, ale mimo to w poniedziałek rano szefowa zawsze pojawiała się u nas na dyżurze poselskim – opowiada Krzysztof Kwater. Z Warszawy do Gdańska przylatywała pierwszym samolotem, wracała ostatnim – około 21. Zwykle wolała nocować w domu. Ze względu na rodzinę. – W ostatnim tygodniu też byliśmy stale na łączach – przyznaje Kwater. – Umawiałem spotkania na poniedziałek. Mieli się u nas pojawić ojcowie, którzy przed sądami rodzinnymi walczą o swoje dzieci. 12 kwietnia, już po katastrofie, chwyciłem za telefon, żeby to spotkanie odwołać... Wie pan, jest jeszcze coś. W tygodniu poprzedzającym wylot do Smoleńska przyszedł e-mail ze szczegółami technicznymi tej delegacji: co, gdzie, kiedy, o której. W biurze odbierałem sejmową pocztę. Przekierowałem go do domu szefowej. Już po wszystkim głupia myśl. Może gdybym tego nie zrobił... Ale przecież to bez sensu.

Kądziela: – Do Izy niemal na okrągło zgłaszali się ze swoimi problemami zwykli ludzie. Kontaktowali się ze mną, z dyrektorem biura w Gdyni, czasem, jak mieli okazję, podchodzili bezpośrednio do niej. Krótko przed wylotem do Smoleńska do Izy dotarła kobieta, która stała się ofiarą przemocy domowej. Chciała porozmawiać, prosić o pomoc. A Iza spisała jej numer i powiedziała, że na pewno się odezwie. Ostatni raz słyszałyśmy się w piątek około 16. Akurat wychodziła z Sejmu i do mnie zadzwoniła. Pamiętam, że była na schodach z Ryśkiem Kaliszem. Mówi: „Wiesz, dogadałam się w sprawie spotkania z Legierskim. Będzie we wtorek. To ta pani od przemocy domowej też może przyjść we wtorek. Z Katynia wrócę w sobotę o 18. To jeszcze zadzwonię...". O 22, kiedy już siedziałam w domu, coś mnie tknęło. Przypomniałam sobie, że przecież Iza nie podała mi numeru do tej kobiety. Chciałam zadzwonić, żeby mi przedyktowała. Zwykle telefonowałyśmy do siebie bez względu na porę. Po chwili jednak myśl: „Eee, nie będę jej przeszkadzać. Jeszcze zdążymy tę sprawę załatwić. Przecież wraca jutro po południu...".

Spacer jak świętość

Oczywiście to nie jest tak, że wszyscy ją kochali. Feministka, zwolenniczka liberalizacji prawa antyaborcyjnego, uczestniczka manif i parad równości potrafiła bardzo irytować konserwatystów. Przyjaciele Jarugi-Nowackiej do dziś wspominają, jak biskup Tadeusz Pieronek w jednym z wywiadów nazwał ją „feministycznym betonem, który nie zmieni się nawet pod wpływem kwasu solnego". – Tyle że mama miała pewną, w dzisiejszej polityce już bardzo rzadką cechę. Sporu światopoglądowego nie przeobrażała w personalny. Nie atakowała swoich przeciwników, nie obrażała ich. W konkretnych sprawach była gotowa współpracować z politykami, z którymi różniło ją naprawdę wiele, choćby z Tadeuszem Cymańskim czy Joanną Kluzik-Rostkowską – mówi Barbara Nowacka. Wielu oponentów umiało taką postawę docenić.

Jan Filip Libicki, dziś senator PO, jako poseł PiS, a potem koła parlamentarnego Polska Plus, zasiadał z Jarugą-Nowacką w Komisji Polityki Społecznej i Rodziny. – Kiedyś debatowaliśmy na temat projektu jakiejś ustawy. Nie pamiętam już jakiej, pamiętam za to, że miałem do jej kształtu mnóstwo zastrzeżeń. Przygotowałem wiele poprawek, które miały uczynić ją bardziej konserwatywną. Niestety, moje propozycje jedna po drugiej przepadały. Moja frustracja z każdą chwilą rosła. I wtedy zobaczyłem, że pani Jaruga-Nowacka się do mnie uśmiecha. Nie był to uśmiech tryumfu, wyższości, raczej współczucia. Jakby chciała powiedzieć: „Wiem, że pan się napracował i naprawdę mi przykro. Ale takie jest życie..." – opowiada Libicki.

Katarzyna Piekarska: – Iza swoją pracę traktowała niezwykle serio, a przy tym była bardzo delikatna. Może nawet za bardzo? Nigdy nie wdawała się w awantury, usuwała się z linii strzału. A w polityce, jak to w polityce – czasem trzeba walnąć pięścią w stół i powiedzieć: „k...wa, panowie, trzeba to zrobić". Więc kiedy trzeba było, żeby kierownictwo partii się ogarnęło, prosiła o pomoc mnie, a ja w ten stół uderzałam. Niektórzy powiedzą może, że to słabość polityka. Ale ja tak sobie myślę, że dobre wychowanie to raczej zaleta, a nie wada.

– Pani mama w pewnym momencie stała się osobą rozpoznawalną. Polityka mocno weszła w wasze życie? Często rozmawialiście o niej w domu? – pytam Barbarę Nowacką.

– Bez przerwy, ale na początku lat 90. chyba wszyscy tą polityką żyli. Pamiętam zdjęcie mojej klasy maturalnej. Część kolegów trzyma emblematy partii politycznych. Na klasowym zdjęciu! Ale jednak mama była dla mnie nie tyle politykiem, ile przede wszystkim mamą. Ciepłą, troskliwą, poświęcającą nam tyle czasu, ile tylko można...

– A bunt nastolatki? Wkurzała czasem panią?

– Ten bunt był u mnie bardzo malutki. Wiedziałam, że trzaskanie drzwiami może i budzi podziw, ale jednocześnie niszczy drzwi... A zatargi? Zdarzały się, jak w każdym domu. Mama na przykład była strasznym zmarzluchem. Przez cały czas biegała za mną ze sweterkiem, a ja tego nie znosiłam. Jakoś nie mogła pojąć, że po prostu nie jest mi zimno. Kiedy pojawił się Kuba, historia się powtórzyła. Ale ja postawiłam na swoim – śmieje się.

Czasem wygospodarowanie kilku chwil dla bliskich wymagało nie lada determinacji i dyscypliny. – Ale rodzice mieli swoje rytuały, które przez lata pielęgnowali – podkreśla Barbara Nowacka.

Prof. Nowacki: – W naszym domu zawsze były psy, ostatnio dwa grzywacze chińskie. Wieczorami wspólnie z żoną wyprowadzaliśmy je na spacer. Chodziliśmy przez godzinę, rozmawialiśmy... Zawsze też staraliśmy się zjeść wspólne śniadanie. Dla nas to były świętości...

W sobotę też zjedli razem śniadanie. Bardzo wczesne. Wylot do Smoleńska zaplanowany został przecież na siódmą rano. Weekend miał przynieść chwilę wytchnienia po ciężkim tygodniu. Praca to jedno, ale napięcia nie brakowało też w domu. – Basia była w ósmym miesiącu ciąży. W czwartek miała badania, a my opiekowaliśmy się Kubą. Miał wówczas trzy lata. Na szczęście okazało się, że z córką wszystko w porządku – mówi prof. Nowacki. Na wieczór byli umówieni w restauracji ze znajomymi, których poznali podczas wakacji w Wietnamie. W niedzielę znów miał przyjechać do nich Kuba. Brali go do siebie, kiedy tylko mogli. Chodzili na spacery, plac zabaw, rozpieszczali.

Boże, przecież to bez sensu

Kilka godzin później Katarzyna Kądziela wspólnie z przyjaciółkami będzie na spacerze w okolicach Janek. O tej porze roku zwykle organizowały rajd w poszukiwaniu wiosny. Taka babska tradycja. Rozmowy przerwie telefon od jej córki: „Mamo, nie wiem, co się dzieje. Wyszłam z Horacym. Wróciłam, włączyłam telewizor. W TVN siedzi Olejniczak i bardzo płacze...". – Pierwsza myśl: „Iza nie żyje". Druga, zupełnie głupia: „Boże, i jak ja teraz odwołam spotkanie z tą kobietą od przemocy domowej. Przecież nie mam nawet do niej numeru...".

W tym czasie Krzysztof Kwater jedzie autobusem z Gdyni do Warszawy. Nagle program leniwie sączący się z radia zostaje przerwany. Prezydencki samolot spadł... prawdopodobnie zginęli... wszyscy. Boże, przecież to bez sensu. Chwyta za telefon i dzwoni do męża szefowej. Ten potwierdza.

Jolanta Banach sobotni poranek spędzała w domu. Po 9 zadzwoniła zapłakana Danuta Waniek...

Ale to później. Teraz Nowaccy właśnie skończyli śniadanie. Izabela żegna się z mężem, wkłada płaszcz i wsiada do swojego samochodu, zamierza go zostawić na lotnisku. Jeszcze chwila i auto znika za rogiem.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95