Wojna z Putinem potrwa pokolenia

Władimir Putin chciał wygrać, stosując prawo dżungli. A sprawił, że Zachód zbiera się do złamania na dobre jego potęgi, w czym niemałą rolę odgrywają nakazy sumienia i porywy serc.

Aktualizacja: 20.12.2022 14:03 Publikacja: 04.03.2022 10:00

Wojna z Putinem potrwa pokolenia

Foto: Reporter, Jacek Wajszczak

Ukraina to nie jest oddzielne państwo, ale część Rosji. Zełenski i jego banda to naziści, narkomani. Tego, kto przeciwstawi się Kremlowi, czeka jądrowy atak: z każdym dniem Władimir Putin posuwa się w swoich wypowiedziach coraz dalej. Mamy do czynienia z szaleńcem? Prezydent USA Joe Biden nie ma w każdym razie zamiaru więcej rozmawiać z rosyjskim przywódcą. Zapowiedział to 24 lutego, kilka godzin po tym, gdy pociski manewrujące zaczęły bombardować Ukrainę, rozpoczynając ofensywę, jakiej Europa nie widziała od II wojny światowej. Później Putin wraz ze swoim ministrem spraw zagranicznych Siergiejem Ławrowem został wpisany na listę cudzoziemców, którzy jeśli zjawią się w Stanach, będą aresztowani. Amerykański prezydent wie, że z tym człowiekiem nie da się już niczego załatwić: zbyt wiele razy oszukiwał swoich zachodnich partnerów. Trzeba raczej przygotować się na długoletnią konfrontację, która zadecyduje, czy przyszłość należy do wolnego świata, czy też jesteśmy skazani na uznanie prymatu reżimów autorytarnych.

– Jestem za negocjacjami, jestem za znalezieniem rozwiązania. Jednak jak można rozmawiać z kimś, kto posyła czołgi na Kijów i kto bombarduje niewinnych? To niemożliwe. Taki jest w tej chwili nasz największy problem – potwierdzał w rozmowie z „Rzeczpospolitą" premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson.

Czytaj więcej

Zbigniew Bujak: Wepchnęliśmy Białoruś w ręce Moskwy

Heroizm Ukraińców

To oznacza niezwykły powrót do przeszłości. Dokładnie cofnięcie się o 76 lat. W lutym 1946 r. George Kennan, wówczas amerykański dyplomata pracujący w ambasadzie w Moskwie, wysłał do Departamentu Stanu słynny „długi telegram", w którym wyłożył, na czym polega specyfika reżimu zbudowanego przez Józefa Stalina, jak dalece dyktator zagłębił się w paranoidalnych obsesjach i jak należy skonstruować strategię „powstrzymywania" (containment), która pozwoli Ameryce wyjść obronną ręką z tej konfrontacji. Na owoce tego zwycięstwa Stany Zjednoczone musiały czekać niemal 44 lat, do upadku Muru Berlińskiego. Czy i dziś uderzenie, na jakie zdecydował się Władimir Putin, oznacza, że w szczególności w Polsce będziemy żyli w cieniu śmiertelnego, rosyjskiego zagrożenia przez kolejne dwa pokolenia?

W pewnym sensie byłaby to wręcz dobra wiadomość. Bo jest też znacznie gorszy scenariusz: zapędzony w kozi róg Putin wpada w taką desperację, że czując, iż zbliża się jego ostatni dzień, chce pociągnąć za sobą w otchłań cały świat, być może sięgając nawet po broń atomową.

Tydzień od rozpoczęcia ofensywy, gdy zamykamy to wydanie „Plusa Minusa", staje się bowiem jasne, że uderzenie nie poszło tak, jak to sobie prezydent Rosji zakładał. Amerykański wywiad, który ma nadspodziewanie dobry dostęp do rosyjskich danych, podał, że Kreml zaplanował operację na dwa tygodnie. Do tego czasu miał paść Kijów, a ukraiński przywódca Wołodymyr Zełenski podać się do dymisji. Moskwa planowała też wówczas mieć już pod kontrolą kluczowe miasta ukraińskiej prowincji, jak Odessa, Charków i Mariupol. Rosyjscy planiści zakładali zniszczenie już w pierwszym dniu inwazji ukraińskiego lotnictwa i obrony przeciwlotniczej, a także dowództwa i łączności.

Jednak w ciągu ośmiu lat, jakie minęły od aneksji Krymu, gdy Ukraińcy właściwie nie stawiali oporu, ich armia przekształciła się w skuteczną, 200-tys. machinę bojową, której zapleczem pozostają czterokrotnie liczniejsze szeregi rezerwistów. Wbrew poronionym wizjom Putina rosyjskich agresorów nie tylko nie powitały wiwatujące tłumy z kwiatami, ale ruszyło coś na kształt pospolitego ruszenia, radykalnie spowalniając postęp rosyjskich kolumn. Świat obiegły zdjęcia świeżo przeszkolonych kobiet gotowych iść do walki.

„Muszę zrobić wszystko, aby dojechać na czas i go ochronić" – mówił reporterowi „New York Timesa" w niedzielę na przejściu granicznym w Korczowej 39-letni Oleksandr Biłyj, kurier pracujący w Wielkiej Brytanii, który miał za sobą dwie doby nieprzerwanej jazdy. A chodziło o 21-letniego syna, który zgłosił się na ochotnika do walki na froncie. Ale – rzecz być może najbardziej niezwykła – do Ukraińca dołączyło pięciu mężczyzn z Ameryki, Czech i Polski. Wszyscy, jak on, z zamiarem podjęcia walki z rosyjskim najeźdźcą. – Z nami jest cały świat – mówił Biłyj, z trudem panując nad wzruszeniem.

Takich aktów heroizmu w trwającej przecież tak krótko wojnie zdarzyło się nadspodziewanie dużo. Zaczynając od samego prezydenta Zełenskiego, który swoją postawą zdołał zjednoczyć wokół siebie cały naród: 90 proc. Ukraińców deklaruje dziś zaufanie do niego.

– Jestem tu, premier jest tu, szef partii jest tu. I tak zostanie – przekonywał w nagranym komórką filmiku, stojąc na tle budynków urzędu prezydenckiego.

Wysoki rangą dyplomata jednego z największych krajów Unii, który ma dostęp do danych zachodniego wywiadu, mówi „Plusowi Minusowi": – Dla Putina to jest gra na śmierć i życie. A Zełenski stał się symbolem niezłomnego oporu. Dlatego kiedy Rosjanie dojdą do wniosku, że inaczej nie przejmą kontroli nad Ukrainą, zabiją go, ewentualnie po krótkim procesie.

W tym starciu rosyjski przywódca nie tylko uległ iluzji, że Ukraińcy stanowią jeden naród z Rosjanami, ale też sądził, że to są ludzie, którzy – tak jak wygodnie żyjący Zachód – nie są gotowi iść na śmierć. Trafił jednak na bohaterów, którzy jak afgańscy mudżahedini są zdecydowani poświęcić życie, byle zatrzymać Moskali. Jak w każdej wojnie również w tej nie jest łatwo o odsianie prawdziwych informacji od tych, które są częścią propagandy. Jednak deklaracja Zełenskiego z ostatniego dnia lutego, że w tej inwazji życie oddało już 4,5 tys. rosyjskich żołnierzy, jest poparta wielką liczbą nagrań umieszczonych w mediach społecznościowych, tym razem zweryfikowanych przez najpoważniejsze zachodnie media. Widać na nich płonące rosyjskie czołgi i wozy opancerzone. Nagraniom nieraz towarzyszy komentarz: „Do domu, zwierzęta, skurwysyny!".

Przed Putinem coraz wyraźniejszych kształtów nabiera więc nie zwycięski blitzkrieg, ale długotrwała, wycieńczająca wojna, która w pewnym momencie może nawet objąć i samą Rosję: na razie ukraińskim hakerom udało się to, co do tej pory uchodziło za monopol Rosji – atak, który sparaliżował strony internetowe najważniejszych instytucji rosyjskiego państwa. W 1988 r. Michaił Gorbaczow podjął decyzję o zakończeniu ośmioletniej wojny w Afganistanie, bo uznał, że 16 tys. zabitych i przeszło 50 tys. rannych zagraża stabilności Związku Radzieckiego. Jak wiele ofiar wytrzyma reżim zbudowany przez Putina?

Dyktator, który pojednał Zachód

Nie tylko heroizm Ukraińców zaskoczył Kreml. Równie niespodziewana okazała się reakcja świata. A w szczególności Niemiec. – Musimy wyciągnąć pomocną dłoń do Ukrainy, która znajduje się w dramatycznej potrzebie. Nie ma innej możliwej odpowiedzi na agresję Putina – mówił 27 lutego na nadzwyczajnej sesji Bundestagu Olaf Scholz. To był ten sam kanclerz, który zaledwie dwa miesiące wcześniej w czasie inauguracyjnej wizyty w Warszawie przekonywał, że Nord Stream 2 jest projektem czysto biznesowym, bez związku z polityką.

Teraz niemiecki przywódca ogłosił powstanie nadzwyczajnego, wartego 100 mld euro jednorazowego funduszu na modernizację armii. A także podniesienie zwykłego budżetu na obronę do ponad 2 proc. PKB, odpowiednik ponad 90 mld euro rocznie. Z dnia na dzień Niemcy stały się tym krajem Europy, który wydaje najwięcej na obronę: półtora raza tyle, co Rosja.

Oczywiście Republika Federalna ma za sobą wiele lat zaniedbań, które powodują, że doprowadzenie Bundeswehry do porządku zajmie czas. Niemcy nie mają też broni jądrowej. Z drugiej strony, w przeciwieństwie do Moskwy, Berlin działa w ramach największego sojuszu świata i z pewnością pociągnie swoim przykładem inne kraje Europy. Na Kremlu nie może więc nie powracać niepokojące wspomnienie z przełomu lat 70. i 80. ubiegłego stulecia, gdy prezydent USA Ronald Reagan przyspieszył wyścig zbrojeń, który ostatecznie wycieńczył Związek Radziecki i doprowadził do jego rozpadu.

Czy dziś Rosja jest lepiej przygotowana do stawienia czoła takiemu wyzwaniu? Jeszcze kilka dni temu większość ekspertów wskazywała na atuty, jakie posiada, a które były obce ZSRR. To daleko posunięta integracja z globalną gospodarką, która powoduje, że jak obosieczny miecz sankcje nałożone na Kreml byłyby równie bolesne dla Zachodu. Najważniejszy przykład to oczywiście uzależnienie Niemiec i szerzej Unii Europejskiej od dostaw rosyjskiego gazu i ropy. Ale Putin zbudował też warte 630 mld dolarów rezerwy walutowe, które miały pomóc utrzymać stabilność gospodarki w trudnych czasach.

Moskwa zaprzęgła ponadto długą listę byłych zachodnich przywódców – od Niemca Gerharda Schrödera po Francuza François Fillona i Włocha Mattea Renziego – do pracy za krocie w swoich koncernach. Powstała w ten sposób siatka wpływowych polityków, którzy mieli przeciągnąć na stronę Rosji opinię publiczną Europy. Wszystko uzupełnione o wielką machinę produkcji fake newsów.

Jednak już pierwszy tydzień wojny pokazał, że i na tym froncie sprawy poszły nie tak, jak przewidywał Putin. Po początkowych oporach przede wszystkim w Unii Zachód odciął wybrane rosyjskie banki od systemu transakcji finansowych SWIFT. Rzecz bezprecedensowa – zamroził aktywa rosyjskiego banku centralnego. Aerofłot i inne linie lotnicze Rosji straciły dostęp do zachodniej przestrzeni powietrznej. Rosjanie zostali też wykluczeni z najbardziej prestiżowych imprez sportowych i kulturalnych. Stali się pariasem. Nagle okazało się, że globalizacja nie tylko integruje gospodarki, ale też potrafi okazać się narzędziem karania tych, którzy łamią zasady cywilizowanego świata.

Wyjątkowe wrażenie musi też robić potok decyzji największych koncernów o wycofaniu się z Rosji. Shell, Ford, ExxonMobil zwijają swoje operacje w Rosji. Rezygnacja BP z 20-proc. udziału w koncernie Rosnieft może kosztować Brytyjczyków 25 mld dolarów. Ogłaszając koniec sprzedaży w Rosji, Apple rezygnuje z kolei z jednego z najbardziej intratnych rynków świata.

Putin dokonał też rzeczy niezwykłej: w ciągu zaledwie kilku dni pogodził na płaszczyźnie politycznej cały Zachód. Jeszcze kilka tygodni temu powodowani wzmożonym za Donalda Trumpa antyamerykanizmem Niemcy chcieli budować odwróconą plecami do Atlantyku federalną Europę. Jednak we wtorek ambasador RFN Arndt Freytag von Loringhoven tłumaczył „Rzeczpospolitej", że Berlin nie ma już żadnych oporów przed wzmacnianiem flanki wschodniej NATO, udziałem w programie atomowym sojuszu, wysyłaniem broni Ukraińcom czy sprowadzaniem droższego gazu skroplonego w zastępstwie tańszego, rosyjskiego. W ten sposób znika też jeden z głównych trudnych tematów dzielących Polskę i Niemcy, otwierając drogę do zasypania trwających od 2015 r. sporów między oboma krajami. Nagle okazało się, że Amerykę czy Polskę łączy z Niemcami znacznie więcej, niż dzieli: przywiązanie do praw człowieka, demokracji. A może i praworządności.

Czytaj więcej

Rosyjski atak na Ukrainę. Uwaga na Czarnobyl

Cena życia

Czy to oznacza, że Putin jest skazany na porażkę? Zdecydowanie za wcześnie, aby to przesądzić. Świat, który się przed nami otwiera, niespodziewanie został poruszony sumieniem. Ale za sprawą Kremla, inaczej niż do tej pory, władzę w nim będą mieli przede wszystkim ci, którzy są gotowi iść na śmierć. A Zachód do nich nie należy.

– Nie możemy wprowadzić strefy zakazu lotów wojskowych nad Ukrainą (no fly zone), bo to by oznaczało, że brytyjskie myśliwce wchodzą w starcie z rosyjskimi. A więc bardzo poważną eskalację konfliktu. Zachód nie rozwiąże tego starcia drogą wojskową – tłumaczył Boris Johnson.

W 1994 r. Wielka Brytania była obok Stanów Zjednoczonych i Rosji sygnatariuszem porozumień budapeszteńskich, które miały gwarantować integralność terytorialną Ukrainy w zamian za oddanie przez ten kraj broni atomowej Moskwie. To był czas, gdy podbudowana niezwykłym zwycięstwem w zimnej wojnie Ameryka uważała, że jej idee wolności, demokracji i gospodarki rynkowej nie znają granic. Na tej fali w 2001 r. prezydent USA Bill Clinton przyjął do Światowej Organizacji Handlu (WHO) Chiny, hodując Ameryce groźnego rywala. To ta sama ufność we własny model życia spowodowała, że apel Lecha Kaczyńskiego o surowe ukaranie Rosji za inwazję na Gruzję w 2008 r. nie znalazł zrozumienia na Zachodzie.

– Wierzyliśmy, że skoro Niemcy, do 1945 r. najbardziej okrutny kraj świata, mogą przekształcić się w demokrację, to i Rosja może stać się innym państwem. Tym bardziej że Rosjanie zachowali się bardzo konstruktywnie w czasach zjednoczenia Niemiec – tłumaczy Arndt Freytag von Loringhoven.

Na początku swoich rządów Putin zdawał się być zresztą gotowy, aby grać zgodnie z regułami napisanymi na Zachodzie. Owszem, brutalnie spacyfikował Czeczenię i podporządkował sobie oligarchów, ale z perspektywy Berlina czy Waszyngtonu to były marginalne sprawy, wypadek przy pracy na drodze do integracji z Zachodem. Sam Putin na przełomie stulecia wystąpił o członkostwo Rosji w NATO.

Drogi Rosjan i Zachodu zaczęły się rozchodzić z odwrotnego powodu, niż to stało się z Chinami. W tym ostatnim przypadku Pekin w ciągu 30 lat zbudował tak potężne państwo, że brakowało mu miejsca w systemie zbudowanym przez Amerykanów. Rosja, której reżim Putina nie był w stanie lub nie chciał zreformować, poczuła się natomiast w tym układzie zbyt słaba, niezdolna do konkurowania z Zachodem. Nie mogąc zapewnić stabilnego poziomu życia przy spadających cenach ropy, Kreml zaczął więc sięgać po dawne recepty utrzymania władzy: zagraniczne podboje i wewnętrzne represje. Rosyjski przywódca uznał to za tym bardziej konieczne, że u jego boku, na Ukrainie, wyrosła prawdziwa demokracja, która jeśli zdołałaby zbudować zamożne państwo, stałaby się niezwykle groźnym z punktu widzenia Moskwy przykładem dla rosyjskiego społeczeństwa.

Zarzewie wojny, jakiej jesteśmy dziś świadkami w Ukrainie, wzięło się jednak także z nadmiernego zaufania Zachodu we własne siły. Tego fundamentalnego odkrycia Putin dokonał latem 2012 r., gdy wbrew zapowiedzi o „czerwonej linii" amerykański prezydent Barack Obama nie interweniował w Syrii, gdy Baszar Asad użył broni chemicznej, zabijając 1,5 tys. ludzi. Kreml zdał sobie wówczas sprawę, że ponoć uniwersalne wartości Zachodu – demokracja, prawa człowieka, praworządność – wcale takimi nie są, bo Waszyngton nie jest gotowy ich bronić poza granicami NATO oraz państw Azji i Ameryki Łacińskiej, które są bezpośrednimi sojusznikami Stanów Zjednoczonych. W tym sensie świat stref wpływów, który chciał sformalizować Putin, tak naprawdę nigdy nie zginął. A jeśli tak, to poszerzenie NATO na Wschód nie było niczym innym niż petryfikacją potęgi Ameryki i słabości Rosji z czasów, gdy świat wychodził z zimnej wojny. Teraz, gdy Kreml odzyskał część swojej mocy, ten proces powinien więc zostać wstrzymany lub przynajmniej odwrócony – rozumował Putin. Takie jest źródło żądań przedstawionych przez niego Ameryce pod koniec 2021 roku, które od początku uznano w Białym Domu za niemożliwe do zaakceptowania, bo oznaczałaby koniec amerykańskiej potęgi.

Żaden zapis nie okazał się bardziej prowokacyjny dla Moskwy niż postanowienia szczytu NATO w Bukareszcie z 2008 r. Wówczas pod naciskiem Niemiec i Francji prezydent George W. Bush zrezygnował z forsowania Planu Działania na rzecz Członkostwa (MAP) dla Ukrainy i Gruzji. Jako kompromis wpisano jednak do wniosków końcowych spotkania zapowiedź, że oba kraje „staną się członkami sojuszu". Moskwa już kilka miesięcy później przetestowała tę obietnicę inwazją na Gruzję: okazało się, że Bush nie przyszedł z pomocą Saakaszwilemu.

Przez kolejnych 14 lat także Ukraina nie zbliżyła się do członkostwa w NATO. Mimo to Putin uznał, że sama zapowiedź przyjęcia jej do sojuszu oznacza śmiertelne zagrożenie dla planu przywrócenia Rosji statusu światowej potęgi. W tym przekonaniu był zresztą utwierdzany faktem, że po aneksji przez Rosję Krymu i zajęciu Donbasu Ameryka mocno zaangażowała się w modernizację ukraińskich sił zbrojnych, przekazując łącznie na ten cel 2,5 mld dolarów i wysyłając do Kijowa wojskowych instruktorów. W ten sposób powstała armia, która dziś wzbudza podziw świata determinacją w walce z Rosjanami.

Putin doszedł z tego powodu do wniosku, że czas nie gra na jego korzyść i odkładanie inwazji będzie zwiększało ryzyko, że Ukrainy nie da się już podporządkować Moskwie. Jego nieufność podsycały też negocjacje w ramach tzw. formatu normandzkiego z udziałem Francji i Niemiec. Przez siedem lat nie udało się tu przekonać ani Rosji, ani Ukrainy do wprowadzenia w życie umów z Mińska (wynegocjowanych w 2014 i 2015 r.). Putin uznał, że Zachód go w ten sposób zwodzi.

Ta konfrontacja dla wielu miałaby być dowodem, że autorytarne państwa potrafią lepiej mobilizować swoje siły i skuteczniej prowadzić politykę zagraniczną, szczególnie na długą metę. Jednak ostatnie wydarzenia tego nie potwierdzają. Decyzję o inwazji Putin podjął po konsultacji z trzema osobami – szefem Federalnej Służby Bezpieczeństwa Aleksandrem Bortnikowem oraz dyrektorami wywiadów: zagranicznego Siergiejem Naryszkinem i wewnętrznego Nikołajem Patruszewem. To radykałowie bliscy środowiska KGB Petersburga jeszcze z lat 70., gdzie kształtował swój światopogląd sam Putin.

Tuż przed inwazją świat mógł zobaczyć, jak rosyjski prezydent na specjalnie zwołanej naradzie na Kremlu upokarza swoich najbliższych współpracowników – sygnał, że tak naprawdę tylko on ma w tym gronie zdanie rozstrzygające. Tyle że izolowany w trakcie pandemii Putin stał się coraz bardziej radykalny, „odzyskanie" Ukrainy stało się dla niego wręcz obsesją. O tym mówili m.in. dyplomaci z otoczenia prezydenta Francji Emmanuela Macrona, którzy mogli ocenić, jak wielka zmiana zaszła u Rosjanina od poprzedniego szczytu obu przywódców w 2019 roku. Wszystko to spowodowało, że Putin kierował się w tej kampanii założeniami, które miały niewiele wspólnego z rzeczywistością, zaczynając od przekonania, że Ukraińcy tak naprawdę czują się Rosjanami i jedynie z powodu prowokacji Ameryki poszli na konfrontację z Rosją.

To wszystko nie wróży dobrej przyszłości dla Moskwy. Potępiając rosyjską inwazję na Ukrainę, ambasador Kenii przy ONZ Martin Kimani wskazał, że Afryka Subsaharyjska uniknęła po dekolonizacji nieskończonych wojen, bo zaakceptowała odziedziczone po europejskich potęgach granice, nawet jeśli nie odpowiadały one etnicznym podziałom kontynentu. Rosja, ostatnie imperium kolonialne Europy, uderzając na Ukrainę, wybrała inną drogę. Zachodni wywiad twierdzi, że Kreml planuje utworzenie niewielkiego, mniej lub bardziej niezależnego ukraińskiego państwa buforowego wokół Lwowa. Uważa, że w ten sposób uniknie nieskończonych walk z najbardziej „nacjonalistyczną" częścią ukraińskiego społeczeństwa. Jednak niezłomna obrona Charkowa, zamieszkanego w przeważającej części przez ludność rosyjskojęzyczną, drugiego miasta kraju, pokazuje, jak silna jest tożsamość Ukraińców także we wschodniej części ich państwa.

Powtórka z Reagana

W orędziu o stanie państwa wygłoszonym 2 marca Joe Biden zapowiedział politykę, której korzenie sięgają konfrontacji Ronalda Reagana z sowieckim „imperium zła". Jak w przeszłości, w przypadku najechanego przez ZSRS Afganistanu, elementem tej polityki jest wspieranie wojny partyzanckiej przeciw Rosji – tym razem na Ukrainie. A także, idąc za przykładem sankcji nałożonych na Moskwę na początku lat 80., szeroki zestaw restrykcji, które mają rzucić rosyjską gospodarkę na kolana.

Wiele wskazuje na to, że i zamierzony efekt jest podobny: złamanie rosyjskiej potęgi. Czy tym razem będzie ono definitywne?

Czytaj więcej

Premier Łotwy Arturs Karinš: NATO to nie jest pakt teoretyczny

Ukraina to nie jest oddzielne państwo, ale część Rosji. Zełenski i jego banda to naziści, narkomani. Tego, kto przeciwstawi się Kremlowi, czeka jądrowy atak: z każdym dniem Władimir Putin posuwa się w swoich wypowiedziach coraz dalej. Mamy do czynienia z szaleńcem? Prezydent USA Joe Biden nie ma w każdym razie zamiaru więcej rozmawiać z rosyjskim przywódcą. Zapowiedział to 24 lutego, kilka godzin po tym, gdy pociski manewrujące zaczęły bombardować Ukrainę, rozpoczynając ofensywę, jakiej Europa nie widziała od II wojny światowej. Później Putin wraz ze swoim ministrem spraw zagranicznych Siergiejem Ławrowem został wpisany na listę cudzoziemców, którzy jeśli zjawią się w Stanach, będą aresztowani. Amerykański prezydent wie, że z tym człowiekiem nie da się już niczego załatwić: zbyt wiele razy oszukiwał swoich zachodnich partnerów. Trzeba raczej przygotować się na długoletnią konfrontację, która zadecyduje, czy przyszłość należy do wolnego świata, czy też jesteśmy skazani na uznanie prymatu reżimów autorytarnych.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Plus Minus
J.D. Vance. Nawrócony na Trumpa
Materiał Promocyjny
Mity i fakty - Czy to prawda, że elektryczne auta palą się częściej niż spalinowe?
Plus Minus
Atomowe szachy poza kontrolą
Plus Minus
Jan Bończa-Szabłowski: Lubił zapach pomarańczy
Plus Minus
„Wracamy do Przodownika”: Dobre żarty z piwnicy
Plus Minus
Biolog uzbrojony w pistolety