Plus Minus: W czasach PRL był pan w elicie PZPR. W którym momencie po wyborach w 1989 roku zrozumiał pan, że nic już nie będzie takie samo jak było?

Na początku nie mieliśmy tej świadomości. Było porozumienie zawarte przy Okrągłym Stole, że PZPR, ZSL i SD mające większość w Sejmie, będą wspólnie rządziły cztery lata, a „Solidarność" miała być w opozycji. Dlatego nie mieliśmy nadmiernych lęków, co dalej. Co prawda obaj z Aleksandrem Kwaśniewskim startowaliśmy do Senatu i przegraliśmy.

Przegrali wszyscy kandydaci PZPR na senatorów. Nie dało wam to do myślenia?

Czuliśmy się fatalnie. Ale ciągle uważaliśmy, że nic wielkiego się nie stało. Dopiero gdy Jarosław Kaczyński i Lech Wałęsa odwrócili układ okrągłostołowy, zaczęliśmy się niepokoić. Miałem wówczas spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim, który przyszedł do mnie do KC i lojalnie mnie uprzedził, że umowa Okrągłego Stołu przestała obowiązywać. „Solidarność" nie jest już w mniejszości, bo z ZSL i SD ma większość. Powiedział, że wyłonią swojego premiera i on będzie formował rząd, w konsultacji z nami. Wtedy zrozumiałem, że już nic od nas nie zależy.

Dlaczego „Solidarności" nie przyszło do głowy, żeby w ogóle nie wziąć was do rządu?

Czuli się związani klimatem i postanowieniami Okrągłego Stołu. W końcu razem rozpoczęliśmy transformację. A poza tym trochę się bali skoku w nieznane i reakcji ludzi PRL. W grudniu 1989 roku zostałem zaproszony na spotkanie z Wałęsą. To był już czas pierwszych niepokojów społecznych. Zaczęła się hiperinflacja i strajki, a Wałęsa jeździł po kraju i je gasił. Na spotkaniu był z Kaczyńskim i Bogdanem Borusewiczem. Ku mojemu zdumieniu cała ta trójka wypytywała mnie, jakie są nastroje w wojsku, MSW i administracji rządowej. Czy jest możliwy zamach stanu. Mówiłem, że nie ma żadnych sygnałów tego rodzaju. Nie wiem, czy mi uwierzyli.

Czy byliście zadowoleni, że doszło do rozwiązania Sejmu kontraktowego?

Oczywiście. Kolejne wybory dawały nam szansę. I wtedy po raz pierwszy zostałem posłem.

W Sejmie tamtej kadencji wybuchła sprawa moskiewskiej pożyczki, w czym pan uczestniczył.

Autopromocja
Panel dyskusyjny "Ach te magazyny"

Silniki boomu pracują pełną parą - rynek będzie rósł z uwagi na dalszy rozwój logistyki i e-commerce

OGLĄDAJ RELACJĘ

Pożyczkę załatwił Mieczysław Rakowski w końcu istnienia PZPR. W czasie wizyty w Moskwie Gorbaczow zapytał, jak może nam pomóc, a Rakowski poprosił o milion dolarów pożyczki na uregulowanie zobowiązań PZPR. Później okazało się, że jesteśmy w stanie uregulować wszystkie należności bez tego i Rakowski oddał te pieniądze w dwóch ratach.

Krążyły plotki, że połowa tych pieniędzy zniknęła w tajemniczych okolicznościach.

To zależy, kogo się słuchało. Wtedy po raz pierwszy moi koledzy – Włodzimierz Cimoszewicz, Tomasz Nałęcz – podjęli próbę wyeliminowania mnie z gry. Uznali, że pojawiła się dobra okazja, aby odciąć się od dawnego aparatu partyjnego. Że będzie ładniej i przyjemniej, gdy mnie nie będzie. Salony przestaną się krzywić, nie będą zatykały nosa. Najbardziej zdecydowany był Cimoszewicz. Miał zostać szefem klubu parlamentarnego, ale postawił warunek, że nie mogę złożyć ślubowania poselskiego, bo inaczej nie obejmie tej funkcji.

Kwaśniewski pana wtedy mocno wsparł.

Nie tylko on. Wielu kolegów z klubu powiedziało: Włodek, jak nie chcesz, to nie. Zdawali sobie sprawę, że konflikt jest niepotrzebny. A Cimoszewicz jako nowa gwiazda lewicy kreował się na bezkompromisowego szeryfa. W rezultacie znalazł się na aucie, a Kwaśniewski został szefem klubu. Dwa lata później wygraliśmy wybory parlamentarne i było oczywiste, że kandydatem na premiera jest Kwaśniewski. Niestety, prezydent Wałęsa uważał, że ma prawo wtrącać się do obsady rządu. Mieczysław Wachowski, który był głównym pośrednikiem w rozmowach z prezydentem, powiedział, że szef potrzebuje trzech kandydatów na premiera. To napisaliśmy mu na kartce: Kwaśniewski, Kwaśniewski, Kwaśniewski. Wachowski na to, żebyśmy nie robili sobie jaj, bo Wałęsa nie zgodzi się na Kwaśniewskiego. A ponieważ miał słabość do Pawlaka, to lider ludowców został premierem.

Tak lekko się na to zgodziliście?

Zgodziliśmy się, bo nie mieliśmy innego wyjścia. Ale Wałęsa może sobie pluć w brodę – gdyby zgodził się na Kwaśniewskiego, to ten, zajęty rządzeniem, nie wiadomo, czy startowałby na prezydenta. A tak Wałęsa wyhodował sobie rywala, który z nim wygrał.

Miał pan dobre relacje z premierem Pawlakiem?

Tak. Byłem w jego rządzie ministrem pracy, a to wymagało częstych kontaktów. I łatwo zorientowałem się, że moi koledzy krzywo na to patrzą. Poza tym szybko zaczęła się wojna podjazdowa z premierem. Toczono ją za pomocą szeptanej propagandy, artykułów prasowych, itd. Mnie to zawsze brzydziło, więc stałem po stronie Pawlaka.

Krążyły plotki, że służby specjalne zagięły wówczas parol na Pawlaka.

Docierały do nas informacje, że służby polują na premiera. Do dzisiaj nie wiem, czym się Pawlak naraził – czy nie doceniał służb, czy nie chciał z nimi współpracować.

Nie wsparliście Pawlaka i poległ w tej walce. A potem poległ Oleksy na aferze Olina.

Ministrem spraw wewnętrznych był Andrzej Milczanowski, prawa ręka Wałęsy, i to on ukręcił albo dał się wkręcić w tę aferę. Bardzo sobie ceniłem kontakty z Milczanowskim, chodziłem do niego na kolacyjki, on grał na pianinie standardy jazzowe. Mówił mi, że gdyby nie został politykiem, to chciał być w pierwszej piętnastce najlepszych polskich pianistów jazzowych. Miał imponującą kolekcję płyt. Bardzo mnie to interesowało, bo sam lubię jazz, zwłaszcza tradycyjny. Spędziłem u niego wiele wieczorów. Co nie zmienia faktu, że był całkowicie oddany Wałęsie. Gdy zdarzały się jakieś demonstracje, zawsze pytałem Milczanowskiego, jak się zachowa, a on zawsze odpowiadał: zachowam się tak, jak oczekuje tego prezydent Lech Wałęsa. Dawał do zrozumienia, że premier nie jest jego zwierzchnikiem, tylko prezydent.

Rozumiem, że po tzw. aferze Olina te miłe kolacyjki się skończyły?

Oczywiście. Mieliśmy wcześniej sygnały, że coś się dzieje. Do mnie dodzwonił się pewien gość, który nie chciał się przedstawić. Umówiłem się z nim w niedzielę w ministerstwie, żeby był spokój i trochę czasu. Okazało się, że to oficer UOP, który powiedział: panie ministrze, chciałem pana uprzedzić, że szykuje się jakaś operacja przeciwko wam, ktoś od was zostanie oskarżony być może o szpiegostwo. Pytam, o kogo chodzi. – Nie wiem, może o premiera – odpowiada. Więc ja w te pędy pojechałem do Oleksego, który mieszkał w rządowej willi przy ul. Parkowej, wyciągam go na spacer do Łazienek i pytam, czy wie, że szykuje się jakaś operacja. A on na to: coś słyszałem, ale nie ma się czym przejmować. Mówię do niego: jesteś premierem, wezwij do siebie kierownictwo UOP i zapytaj o to. Ale Oleksy lekceważąco machnął ręką, a potem wszystko wybuchło.

Uważa pan, że mogliście zapobiec temu oskarżeniu?

Gdybyśmy to wcześniej odpalili, to może sprawy potoczyłyby się inaczej. Później przypomniałem sobie, jak Milczanowski i Henryk Jasik wypytywali mnie i kolegów, kogo wystawiamy na prezydenta. Mówiłem, że Kwaśniewskiego. A oni na to: Kwaśniewski, taki młody, Oleksego wystawcie. A dlaczego Oleksego? Bo to dojrzały, godny facet. Będzie interesujący pojedynek. Oni już wówczas wiedzieli, co się szykuje, i gdyby Oleksy został naszym kandydatem na prezydenta, to afera Olina zostałaby odpalona w kampanii. Wałęsa wygrałby prezydenturę w cuglach.

Dlaczego tego nie zrobili? Przecież ta afera nie przysłużyłaby się Kwaśniewskiemu.

Podobno byli przekonani, iż Wałęsa wygra i nie ma takiej potrzeby.

A dlaczego sprawę ujawnili po wyborach?

Może liczyli na to, że jak to się mówi, naród zawyje i nie zgodzi się na zaprzysiężenie Kwaśniewskiego? Bo w ich oczach Kwaśniewski, Oleksy, Miller to jedna banda. Tak czy inaczej musieli to zrobić, skoro wiadomo było, że odchodzą. Nie mogli tego zostawić w szafie.

W tamtej kadencji rząd Włodzimierza Cimoszewicza położył podwaliny pod reformę OFE, którą pan tak krytykuje.

Gdy byłem ministrem pracy, nie godziłem się na tę reformę. Przyjeżdżali do nas specjaliści, którzy zrobili tę samą reformę w Chile, ale nie przekonali mnie. Wiele lat później, w 2011 roku Jolanta Fedak, minister pracy z PSL, odchodząc ze stanowiska, pokazała mi opracowanie, w którym lobbyści OFE stwierdzali, że Polsce został przedłożony świetny plan, ale mimo nacisków międzynarodowych organizacji finansowych zły minister pracy, czyli ja, to blokował. Jak tylko opuścił stanowisko, to sprawy ruszyły z miejsca. Rzeczywiście, gdy zostałem szefem URM u Cimoszewicza, to przestałem się tym zajmować. Moje miejsce w Ministerstwie Pracy zajął nieodżałowany Andrzej Bączkowski, który niedługo po tym zmarł na atak serca. Na nim tę reformę wymuszono. Ale po 1997 roku myśmy za tym już nie głosowali.

W tamtej kadencji niespodziewanie stał się pan też promotorem rehabilitacji pułkownika Ryszarda Kuklińskiego. Dlaczego?

Kuklińskim niezbyt się interesowałem, ale dotarł do mnie nieżyjący już opozycjonista Józef Szaniawski. Byłem wówczas ministrem pracy i powiedziałem mu, że pomylił adres, bo powinien pójść do MSW albo MSZ. A on na to: po co, przecież to pan jest Leszkiem Millerem. Gdy zacząłem się interesować sprawą odbyłem dziesiątki rozmów, poleciałem do Stanów, aby porozmawiać m.in. z ambasadorem Koźmińskim i prof. Brzezińskim. Upewniłem się, że sprawa Kuklińskiego ma duże znaczenie dla rządu Clintona w kontekście projektu rozszerzenia NATO. Administracja Clintona znajdowała się pod silną presją Polonii amerykańskiej oraz wpływowych kręgów wojskowych i wywiadowczych. Opinie Zbigniewa Brzezińskiego i Jana Nowaka-Jeziorańskiego też były jednoznaczne. Trzeba było ten problem rozwiązać.

Pana koledzy partyjni nie mogli być zadowoleni.

Wiedzieli o tym tylko Kwaśniewski i Cimoszewicz. Nie byli nastawieni entuzjastycznie, ale też nie zgłaszali sprzeciwu. Wszystko robiliśmy w najgłębszej tajemnicy. Największym problemem było przesłuchanie Kuklińskiego, na które początkowo nie chciał się zgodzić. W końcu do Waszyngtonu poleciało dwóch prokuratorów, którzy w Instytucie Brzezińskiego przez trzy dni przesłuchiwali Kuklińskiego. Po różnych perturbacjach prokuratura wojskowa umorzyła postępowanie, uznając, że pułkownik działał w stanie wyższej konieczności. Wszystko to miało miejsce przed wyborami w 1997 roku. Pomyślałem, że gdy sprawa wyjdzie na jaw, to jeżeli przegramy wybory, będzie na mnie. W ostatniej chwili wymusiłem na wszystkich zainteresowanych zachowanie tajemnicy do dnia wyborów. I tak się stało. Następnego dnia po wyborach Brzeziński poinformował oficjalnie o zakończeniu sprawy Kuklińskiego.

A pan uważał Kuklińskiego za zdrajcę czy bohatera?

W ogóle tego nie roztrząsałem w takich kategoriach. Dla mnie to była kwestia racji stanu. Sprawa Kuklińskiego była problemem w naszych staraniach o wejście do NATO, trzeba ją było zdjąć i tyle. Spadła na mnie jeszcze przykra misja – uprzedzenie o wszystkim generała Wojciecha Jaruzelskiego. W przeddzień wyborów poszedłem do niego i mówię: Panie generale, chciałem pana poinformować, że zaraz po wyborach pojawi się komunikat o zakończeniu sprawy Kuklińskiego. Wszystkie zarzuty zostaną umorzone. Na to Jaruzelski: Kto to wszystko załatwiał? – No, my – mówię. – A kto konkretnie? – Ja, trochę Kwaśniewski. – Trudno mi to zrozumieć – powiedział generał. Poprosił o szerszą relację, posiedzieliśmy trochę w milczeniu, pożegnałem się i wyszedłem.

W partii też miał pan z tego powodu perturbacje?

O tak. Wielu ludzi mówiło mi, że zrobiłem poważny błąd, bo nie znam całej prawdy o Kuklińskim. Na posiedzeniu klubu parlamentarnego ludzie na mnie krzyczeli, że to zdrajca, że straciliśmy poparcie kadry dowódczej wojska, że działałem na niekorzyść Sojuszu. Nawet gdy jeździłem na spotkania z wyborcami, zawsze znalazł się ktoś, kto mówił: Panie Miller, jak pan mógł to zrobić?

Kiedy pan postanowił, że zostanie premierem?

Wtedy, gdy się zorientowałem, że możemy wygrać z AWS. Początek był słaby. W pierwszych miesiącach poparcie dla nas się zmniejszało, a AWS szła w górę. Gdy spadliśmy do 20 proc., a w wyborach mieliśmy 27 proc., w klubie zaczęły się ruchy odśrodkowe. Pojawiły się głosy, że może pomysł wyboru Millera na szefa klubu nie był najlepszy. Ale po dwóch latach już wiedzieliśmy, że możemy wygrać z AWS.

Zdobył pan pełnię władzy, a potem po kawałku został pan jej pozbawiony.

Sam ją oddałem. Do ustąpienia ze stanowiska szefa partii namówił mnie kanclerz Niemiec Gerhard Schröder. Powiedział, że od czasu, gdy sam przestał kierować partią, ma więcej czasu i nie musi się szarpać. – Zrób to samo – mówił. Na początku się żachnąłem, ale później pomyślałem – czemu nie. To był oczywiście błąd, bo wtedy powstał konkurencyjny ośrodek władzy.

Dlaczego konkurencyjny? Szefem SLD został Krzysztof Janik, a wy przez lata byliście jak dwa konie w jednym zaprzęgu.

Tak się tylko wydaje. Gdy jest dobrze, to jest dobrze. Ale gdy notowania spadają, to wszystko zaczyna pękać. Przyjaźnie się kruszą. Ludzie stają się wrogami. Marek Borowski doprowadził do rozłamu w SLD, gdy byłem na szczycie Unii Europejskiej. Dostałem wiadomość, że 40 osób wychodzi z Sojuszu. Wszyscy moi partnerzy też ją dostali i zaczęli pytać: Co się dzieje? Partia ci się rozlatuje? To było nieprzyjemne. Wtedy postanowiłem, że skoro straciliśmy większość, to nie widzę sensu trwania na stanowisku premiera. Chciałem tylko oficjalnie wprowadzić Polskę do UE 1 maja 2004 roku i być pierwszym premierem Rzeczpospolitej w członkowskim kraju Unii Europejskiej. Uzgodniłem to z Kwaśniewskim i 2 maja odszedłem z funkcji szefa rządu.

Nie sądzi pan, że głównym powodem upadku pana rządu było wyrzucenie PSL z koalicji? Straciliście większość i byliście skazani na decyzje opozycji.

Głównym powodem była afera Rywina. Opozycja była przekonana, że po udanych negocjacjach w Kopenhadze na temat warunków naszego członkostwa w UE będziemy rządzić dwie kadencje. Nie wiedzieli, jak nas ugryźć. Wtedy spadł im z nieba artykuł w „Gazecie Wyborczej" o korupcyjnej propozycji Lwa Rywina. Uwierzyli, że skryminalizowanie SLD jest ich szansą. Dziś wiem, że po ukazaniu się tego materiału powinienem był zwołać konferencję i powiedzieć, że Polska odniosła wielki sukces w Kopenhadze, ale są siły, którym się to nie podoba i one zmontowały tę aferę.

Musiałby pan pójść na wojnę z Agorą?

Powinienem był to zrobić. I jeszcze puścić oko do dziennikarzy, mówiąc: – Wiecie państwo, co to są za siły, jaki to jest kapitał. Mogłem też pójść wariantem przećwiczonym później przez Donalda Tuska, czyli powołać komisję śledczą, obsadzić ją najwierniejszymi żołnierzami, zapewnić sobie większość i po dwóch tygodniach zamknąć sprawę. Ale to wiem dzisiaj.

Podczas przesłuchań przed komisją ściął się pan ostro ze Zbigniewem Ziobro. Czy to była pana porażka?

Nie. Do dzisiaj ludzie na spotkaniach mówią: Ale pan miał instynkt, że nazwał tego Ziobrę zerem. Porażką było to, że nie potrafiłem zgnieść afery Rywina w zarodku. Okazałem się naiwny, pozbawiony wyobraźni i tupetu. Wtedy wierzyłem, że prawda obroni się sama.

Pamiętam taką słynną scenę podczas głosowania nad raportem z prac tej komisji, gdy chodził pan do Andrzeja Leppera i prosił, żeby wyszedł z sali.

Przede wszystkim Józef Oleksy, który był wówczas marszałkiem Sejmu, pod naciskiem opozycji dopuścił do głosowania nad kilkoma wersjami raportu komisji śledczej, choć nie musiał. Gdy zorientowaliśmy się, w jakim kierunku to idzie, w gabinecie Janika spotkaliśmy się z Lepperem i Januszem Maksymiukiem. Oni byli już po rozmowie z Ludwikiem Dornem, który w imieniu PiS złożył im ofertę wejścia do koalicji w przyszłym Sejmie, pod warunkiem poparcia raportu Ziobry. – Andrzej – mówię – mniej więcej wiem, co ci powiedział Dorn, ale nie wierz mu. Do żadnej koalicji nie wejdziecie. Wiesz, jak oni cię traktują. Uważają cię za ruskiego agenta. Poprzyj nas. Ale widziałem jego rozbiegane oczy. Już byli kupieni.

Nie tylko Samoobrona była przeciwko wam. Również dawni koledzy, którzy poszli do SdPl.

I nie był to jedyny przypadek ich nielojalności. Gdy weszliśmy do Unii Europejskiej, w Sejmie została powołana komisja europejska, a mnie koledzy z SLD złożyli propozycję stanięcia na jej czele. Moim kontrkandydatem był Kazimierz Ujazdowski. W pierwszym głosowaniu otrzymaliśmy tyle samo głosów. Posłowie z SdPl nie głosowali za mną. Przed drugim głosowaniem zadzwoniłem do Borowskiego i mówię: – Słuchaj, Marek, byłoby mi przyjemnie, gdyby twoich trzech posłów zagłosowało na mnie. – Nie zagłosują na ciebie – mówi Borowski. Dlaczego? Bo nie. I faktycznie nie zagłosowali. Jedną z tych osób była Sylwia Pusz, którą bardzo lubiłem i popierałem. Gdy doszło do głosowania, to ona zaczerwieniona, ze wzrokiem wbitym w ziemię, nie podniosła za mną ręki. I znowu był remis. Wtedy zrezygnowałem.

Ciągle chowa pan urazę?

Po tylu latach już nie, ale właściwie się nie spotykamy.

A z Krzysztofem Janikiem, pana prawą ręką przez lata?

Od czasu do czasu.

Z Aleksandrem Kwaśniewskim?

Nie. Bardzo mnie zaskoczyło, że Kwaśniewski podczas rozmowy z Kaliszem, która została potajemnie nagrana i niedawno wyemitowana, opowiadał, że media powinny się zainteresować moim synem. Całkiem niedawno, kiedy salon uznał, że jestem propisowski, pojawiły się spekulacje, że albo zwariowałem, albo muszę się czegoś bać. I nie o siebie, tylko o swoją rodzinę, najpewniej o syna. Dla mnie to jest ohydne, ja nigdy nie atakowałem czyjejś rodziny.

Może to przypadkowa zbieżność?

Nie sądzę.

Dlaczego właściwie poróżnił się pan z Kwaśniewskim?

Na to składa się wiele przyczyn. Dałem się wciągnąć w wojnę „pałaców". Parę razy próbowaliśmy łagodzić te napięcia, ale jego dwór i mój podsycały animozje. Kwaśniewski z powodów prestiżowych i rozbudowanego ego wkraczał w kompetencje, których nie miał, np. chciał podpisać traktat o naszym członkostwie w UE, choć to była prerogatywa premiera, pojechać do Dublina na uroczystość wstąpienia Polski do Unii, co nie było przewidziane w protokole, wtrącał się w moją politykę kadrową. Ale ja też niepotrzebnie zaogniałem sytuację. Bo gdy np. starałem się o ministerialną nominację dla Wiesława Kaczmarka, którego Kwaśniewski nie chciał, to mu w pewnym momencie powiedziałem: Oluś, w tej sprawie nie masz nic do powiedzenia. Nie musiałem tego mówić, ale powiedziałem, a on to zapamiętał.

A na koniec SLD się pana pozbył.

Zrobił to Wojciech Olejniczak, którego znałem od dziecka i zrobiłem go ministrem rolnictwa wbrew klubowi i Kwaśniewskiemu, który miał swoją kandydatkę na to stanowisko. Gdy Olejniczak został wybrany na szefa partii, to się bardzo ucieszyłem. Byłem wtedy w USA, ale po moim powrocie zobaczyłem innego człowieka. Pomyślałem sobie: Oho, Olek nie zmarnował czasu. Kwaśniewski powiedział Olejniczakowi, że musi wyeliminować mnie i Oleksego. Obaj nie mieliśmy wobec niego żadnych kompleksów. Traktowaliśmy go jak partnera równego sobie, a on tego nie znosił. Chciał mieć ludzi, którzy patrzyli w niego jak w obrazek. Po moim odejściu na jakiś czas został bezdyskusyjnym królem na lewicy.

—rozmawiała Eliza Olczyk (dziennikarka tygodnika „Wprost")

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95