ABW zatrzymała w ostatnich miesiącach, po wskazaniu przez SKW, dwóch szpiegów plasowanych w instytucjach związanych z bezpieczeństwem państwa: urzędnika cywilnego MON i pracownika firmy zbrojeniowej. To sukces?

Nie chciałbym komentować tych osiągnięć Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Ale zwrócę uwagę na coś innego, na innym poziomie analizy. Rzeczpospolita Polska jest określana mianem anomalii kontrwywiadowczej.

Reklama
Reklama

Co to oznacza?

Jesteśmy jedynym średniej wielkości państwem dysponującym armią o dużej sile ognia, którego służby nigdy nie zostały spenetrowane przez Rosję. Rosjanie w przeszłości zinfiltrowali m.in. amerykańskie CIA, FBI, brytyjskie MI6, MI5 czy niemieckie BND, BfV, o Francuzach nawet nie wspominając. Fenomen polega na tym, że przez 35 lat nigdy nie został wykryty tzw. kret w polskich służbach specjalnych. Tylko w Białymstoku został zatrzymany pod zarzutem szpiegostwa szeregowy analityk, który ostatecznie został skazany nie za to, a jedynie za ujawnienie informacji służbowej. Wdał się on w romans z agentką białoruskiego KGB Olgą Sołomenik.

Czytaj więcej

Płk Rafał Syrysko, szef ABW o nowej taktyce rosyjskich służb w Polsce i największych ryzykach

Tymczasem niecałe pół roku temu MI6 zakończyło operację szukania kreta w swoich szeregach. Nie udało się go odnaleźć, pomimo tego, że przez długie lata prowadzili wewnętrzne dochodzenie. Estońskie KAPO wykryło co najmniej trzech rosyjskich kretów. Gdyby czysto matematycznie przenieść to na polskie realia, to w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego powinniśmy wykryć przez 35 lat między 30 a 45 rosyjskich agentów.

Przed wojną łapaliśmy pół tysiąca szpiegów rocznie. Dlaczego dziś żadnego?

Wskazuje pan na nieskuteczność ujawniania osób, które działają wewnątrz służby? Nic nie wiemy o przewerbowanych oficerach polskich służb, ale w latach 2024-2025 ABW prowadziła 69 śledztw kontrwywiadowczych. Od początku pełnoskalowej wojny na Ukrainie zarzuty szpiegostwa usłyszały 82 osoby.  

Nie znamy treści tych zarzutów, nie wiemy, jak te śledztwa przebiegają, nie wiemy, jaki będzie ostatecznie akt oskarżenia i co z tego zostanie w czasie procesu. Ale przypomnijmy, że rosyjskie służby specjalne, głównie FSB, która prowadzi działania w Rzeczypospolitej, po transformacji ustrojowej w Polsce przejęła kartotekę KGB, w tym z materiałami SB z kompletem danych na temat figurantów opozycji demokratycznej oraz danymi o funkcjonariuszach PRL-owskich instytucji. Rosyjskie służby mają tendencję do infiltracji od góry, aby przejąć instytucje przeciwnika. Ich celem jest zdobywanie agentury na najwyższych szczeblach administracji, rzadko działają „oddolnie”. Idąc tym tropem, zapytam, ilu sowieckich szpiegów zatrzymywał rocznie polski kontrwywiad do 1939 r.?

Rosjanie w przeszłości zinfiltrowali m.in. amerykańskie CIA, FBI, brytyjskie MI6, MI5, czy niemieckie BND, BfV, o Francuzach nawet nie wspominając

Ppłk Marek Świerczek

Podejrzewam, że co najmniej dziesiątki.

Kilkuset rocznie. Głównie byli oni zatrzymywani przez KOP na terenach przygranicznych, byli wśród nich białoruscy chłopi czy żydowscy rzemieślnicy oraz działacze partii komunistycznej zwerbowani przez GPU. Cała ta zabawa, którą Sowieci prowadzili, służyła jedynie do zapchania polskiego kontrwywiadu i wmówienia nam, że skutecznie walczymy z sowieckim zagrożeniem.

Jaki był zatem ich główny cel?

Równolegle tworzyli siatki szpiegowskie w urzędach i w wojsku. Tą najistotniejszą, w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, kierował Tadeusz Kobylański, który był odpowiedzialny za wypracowywanie polityki Rzeczypospolitej wobec Związku Radzieckiego, bo był naczelnikiem Wydziału Wschodniego w MSZ. Miał on niewiarygodne wpływy, bo był skoligacony z prezydentem Ignacym Mościckim. To jego siatka była jednym z autorów klęski wrześniowej, ponieważ jej członkowie przekonali rząd sanacyjny, że ZSRR zachowa „życzliwą neutralność” w razie wojny polsko-niemieckiej. Co ciekawe, o tym, że Sowieci wejdą do Polski po podpisaniu paktu Ribbentrop-Mołotow, wiedziały inne państwa europejskie, ale nie przekazały nam tej informacji, a nasz – oślepiony – wywiad nie był w stanie jej zdobyć.

Czytaj więcej

Były oficer ABW ostrzega: Sabotaże? Dajemy się łapać na inscenizacje Rosjan

Nasza ślepota wywiadowcza na wschodzie spowodowała to, że we wrześniu 1939 r. przenieśliśmy na wschód prezydenta, rząd, wywiad drugiego rzutu i inne instytucje państwowe. 17 września 1939 r. Prezydent RP znajdował się 30 km od czoła nacierającej Armii Czerwonej.

To wynikało z tego, że nasz wywiad na kierunku wschodnim był sparaliżowany. To efekt działania tzw. komisji ppłk. Ludwika Bociańskiego powołanej w Oddziale II Sztabu Generalnego WP w celu zbadania wpływów sowieckich w wywiadzie wojskowym po ujawnieniu operacji dezinformacyjnej „Trust”. Sowieci powołali fałszywą organizację monarchistyczną, która kompromitowała oficerów wywiadu wojskowego.

W II RP komisja Bociańskiego zaczynała pracę z przekonaniem, że trzeba sowieckie wpływy w wywiadzie „wypalić ogniem i żelazem”. W Finlandii Bociański przesłuchał sowieckiego uciekiniera, który ujawnił mu nazwiska polskich oficerów współpracujących z GPU.

Ale i tak nie oczyścił on wywiadu z sowieckich wpływów.

Dlatego, że zaczęły wychodzić nowe nazwiska, w tym oficerów Sztabu Generalnego, generałów, marszałka Piłsudskiego, któremu GPU podsunęło agenturę występującą jako rzekomi rosyjscy monarchiści. Wywiad stanął przed wyborem: albo dokonać masowych aresztowań i sądownej czystki, co skutkowałoby przyznaniem się do tego, że wybitni politycy i wojskowi byli umoczeni w kontakty z Sowietami, albo zamieść sprawę pod dywan. Wybrano drugą opcję. W konsekwencji podjęli najbardziej absurdalną decyzję – byliśmy jedynym wywiadem na świecie, któremu zabroniono w Związku Sowieckim werbować agenturę, aby uniknąć „bycia wodzonym przez nich za nos”.

W Polsce szefem służb może być nawet sprzątaczka?

Brak rozliczenia pokazał, że Oddział II był podatny na sowieckie operacje, a służby nie wyeliminowały tej agentury ze struktur wojskowych i cywilnych. Czy tę sytuację można przenieść na III Rzeczpospolitą?

Musimy się cofnąć do 1990 r., czyli do utworzenia Urzędu Ochrony Państwa. Instytucja ta wchłonęła strukturę Służby Bezpieczeństwa, która była zinfiltrowana przez KGB. Służby specjalne utraciły przy tym zdolność samooczyszczania się, bowiem stworzony został specyficzny model polityki kadrowej. UOP był tworzony przez Krzysztofa Kozłowskiego, który przyznał, że nie miał pojęcia o funkcjonowaniu służb. Przyszło z nim kilku panów, którzy też nie mieli żadnego przygotowania, a niekiedy ich edukacja zakończyła się na poziomie matury. Nowi dyrektorzy UOP przejęli politykę kadrową SB opartą na tak zwanej socjologii lojalności, awansowano ludzi, którzy zdawali sobie sprawę, że ich pozycja zawodowa zależy tylko od systemu, który ich wyznaczył, a nie od ich pracy. Przy czym pogorszono sytuację z czasów SB, gdyż usunięto wymóg wyższego wykształcenia oraz odpowiedniego doświadczenia.

Estońskie KAPO wykryło co najmniej trzech rosyjskich kretów

Marek Świerczek, były oficer ABW

W latach 90. XX w. z powodów politycznych zrealizowano leninowską zasadę, że „państwem może rządzić sprzątaczka”. Nie krytykuję tego, bowiem strona solidarnościowa chciała tworzyć nową jakość, nowe służby, oparte na ludziach dawnej opozycji, więc inaczej nie dało się stworzyć kadry UOP. Jeżeli byłoby to tymczasowe rozwiązanie, to byłoby akceptowalne, ale ten casus stał się podstawą funkcjonowania służb specjalnych w Polsce na 35 lat.

Nie zgodzę się z panem. Zostały określone wymogi, kryteria przyjęcia do służby. Niekiedy bardzo ostre. Nie jest tak, że ciągle jesteśmy na przełomie 1990-1991 r.  

To prawda, aby w połowie lat 90. dostać się do Urzędu Ochrony Państwa, trzeba było przejść bardzo skomplikowane testy fizyczne, badania psychologiczne itd. Obecnie te kryteria zostały obniżone, bowiem brakuje ludzi do służby. Chodzi mi jednak o ukryty mechanizm funkcjonowania polityki kadrowej. Casus senatora Krzysztofa Kozłowskiego polegał także na tym, że przyjęto zasadę cywilnego nadzoru nad służbami, w domyśle apolitycznego. Tyle że w rzeczywistości ten apolityczny nadzór stał się partyjny, urząd koordynatora do spraw służb specjalnych jest obsadzany przez zwycięską partię. Przy czym na czele instytucji może stanąć osoba, która nie ma żadnego przygotowania merytorycznego. To przenosiło się zaś na obsadę stanowisk szefów służb.

W ABW było ośmiu szefów, tylko dwóch było zawodowymi oficerami Agencji, którzy łączyli funkcję z wieloletnim doświadczeniem. Powstała praktyka, że szef, który przychodził z zewnątrz, bez przygotowania zawodowego, na stanowiska kierownicze wyznaczał kogo chciał. Powstała grupa tzw. naznaczeńców – to określenie zapożyczone z KGB, tak nazywa się osoby wskazywane tylko na funkcje kierownicze. Co istotne, zazwyczaj nie przechodziły one normalnego trybu szkoleniowego. Nie szły na szkolenia do szkoły oficerskiej, ale zaliczały np. dwutygodniowe kursy oficerskie. Pełniły funkcje na stanowiskach, tylko dzięki usunięciu konkretnych wymogów stanowiskowych i braku konkursów. Przypomnę, że służbami czasem kierowali ludzie, którzy publicznie mówili, że ani się tym tematem nie zajmowali, ani ich specjalnie nie interesuje – po prostu padło na nich.

Stawia pan poważny zarzut. Podważa pan kompetencje wielu szefów służb specjalnych.

W żadnym wypadku, wielu z tych ludzi było myślącymi propaństwowcami. Pokazuję jedynie, że ustawodawca de facto nie stworzył w służbach specjalnych, czyli instytucjach, które stanowią jądro bezpieczeństwa państwa, mechanizmów merytorycznej obsady kadrowej. Za to powstał, mówiąc brutalnie, folwark, w którym w cieplarnianych warunkach mogą rozwijać się wszystkie patologie urzędnicze: kumoterstwo, klientelizm i dworskie mechanizmy awansu. Próbę zmian próbował podjąć Andrzej Barcikowski (szef ABW w latach 2002–2005, związany z SLD – red.), który próbował tworzyć tzw. rezerwę kadrową w oparciu o wielopłaszczyznowe profilowanie funkcjonariuszy. Oni mieli być kandydatami na stanowiska kierownicze. Gdy Barcikowski odszedł z ABW, ta rezerwa została natychmiast zlikwidowana i powrócono do woluntarystycznej polityki kadrowej.

Były szef Agencji Wywiadu został skazany za pedofilię. Nie wyciągnięto z tego żadnych wniosków

Jakie są konsekwencje tego, że kryteria naboru kadr na stanowiska kierownicze nie są jasne? Dlaczego ma to wpływ na to, że nie istnieje mechanizm wyłapywania potencjalnych kretów obcych służb?

Urząd Ochrony Państwa o puczu Giennadija Janajewa dowiedział się z radia. Pomimo tego, że mieliśmy w Rosji wtedy kilkudziesięciu oficerów w grupie „Wisła”. Kilka lat temu służby nie przewidziały pełnoskalowego uderzenia Rosji na Ukrainę. Jak pisał Jerzy Niezbrzycki: „Polska z jakichś powodów nie potrafi stworzyć sprawnych służb specjalnych”. Za to w służbie obcych wykazujemy się pomysłowością, czego dowodem stworzenie Czeki przez Polaków.

Jakie są skutki braku wewnętrznych mechanizmów weryfikacji i awansu?

W 2024 r. były zastępca szefa Agencji Wywiadu płk. Piotr W. został skazany na karę więzienia za pedofilię. W 2019 r. podejrzanym o szpiegostwo na rzecz wywiadu chińskiego został były funkcjonariusz ABW kpt. Piotr D. (w tej samej sprawie oskarżonym jest Weijing W., były dyrektor polskiego oddziału firmy Huawei – red.), odpowiedzialny w służbie za bezpieczeństwo teleinformatyczne.

Zastanawiam się, jak mógł przejść przez tzw. wirówkę Piotr W., oskarżony o tak poważne przestępstwo kryminalne?  

Otóż tzw. naznaczeńcy są często wyjęci spod wymogów kontrolnych, chociażby takich, jakie stosuje się wobec zwykłych oficerów. Nie jest tajemnicą, że podlegają oni m.in. sprawdzeniom na wariografie. Jak to możliwe, że jeden z najwyższych rangą funkcjonariuszy był pedofilem i nikt tego przez dziesiątki lat nie wyłapał? A może zrobiły to obce służby i zgromadziły przeciwko niemu kompromaty? Zdarzało się, że ludzie na wysokich stanowiskach mieli poważne problemy z alkoholem lub sprawami obyczajowymi niosącymi ryzyko szantażu. Jakim cudem takie osoby przechodziły drobiazgowe sprawdzenia i wielokrotnie dostawały poświadczenie bezpieczeństwa?

Wydaje się, że każdy taki przypadek powinien być analizowany.

Tak. Powinno się sprawdzić kolegów, ludzi, z którymi człowiek oskarżony o szpiegostwo lub lokujący się w obszarze podwyższonego ryzyka kontrwywiadowczego się kontaktował. Każda inna służba specjalna po stwierdzeniu takiego casusu dokonuje głębokich roszad, aby zdezaktualizować wiedzę, którą ten człowiek mógł przekazać przeciwnikowi. Ale nie u nas.

Mamy do czynienia z przeciwnikiem, który ma w swoich szeregach niebezpiecznych, inteligentnych ludzi, którym się płaci, żeby nas oszukali i zniszczyli. Po drugiej stronie mamy do czynienia z wywiadem, który jest jednym z najlepszych na świecie

Ppłk Marek Świerczek

Rosjanie działają w ten sposób, że każdy agent, który wykonuje dla nich określone zadania, jednocześnie daje naprowadzenia na kolejnych kandydatów do werbunku. U nas w przypadku Piotra D. przyjęto, że w momencie zatrzymania już nie był funkcjonariuszem ABW i w zasadzie nie było po co drążyć. Sprawa W. została uznana za obyczajowe kuriozum, bez skutków dla bezpieczeństwa AW, choć jest dowodem na istnienie monstrualnych luk w systemie bezpieczeństwa wewnętrznego służb specjalnych.

Teraz możemy wrócić do casusu komisji ppłk. Bociańskiego z II Rzeczypospolitej. Mam wrażenie, że rozszerzenie takiego śledztwa prędzej czy później doprowadziłoby do ludzi z establishmentu politycznego, którzy stali za awansami tych ludzi. A to mogłoby zagrażać interesom politycznym, bo służba – jak wspomniałem – szermując zapewnieniami o apolityczności, jest cyklicznie, co parę lat upartyjniana.

ABW potrzebuje jasnej strategii, a służby muszą zostać wyjęte z obszaru walki partyjnej

Zatem jakie rozwiązanie by pan widział, aby wyjść z tego klinczu?

Potrzebna jest głęboka reforma służb specjalnych, ich pełna profesjonalizacja. Przede wszystkim stworzenie służby, a nie urzędu, który zajmuje się m.in. wydawaniem certyfikatów bezpieczeństwa i zwalczaniem przestępczości gospodarczej. Służby specjalne to nie jest część administracji państwowej, którą da się ująć w ramy biurokratycznych algorytmów.

Dlaczego?

Bo mamy do czynienia z przeciwnikiem, który ma w swoich szeregach niebezpiecznych, inteligentnych ludzi, którym się płaci, żeby nas oszukali i zniszczyli. Po drugiej stronie mamy do czynienia z wywiadem, który jest jednym z najlepszych na świecie. Dlatego warunkiem funkcjonowania służby powinna być staranna selekcja oficerów pod względem intelektualnym, charakterologicznym i fizycznym, a następnie ich solidne, rzetelne szkolenie zawodowe.

Czytaj więcej

Jak rozbijać instytucje od środka. ABW poznała instrukcję dla kolaborantów

Paradoksalnie to Służba Bezpieczeństwa miała dobrze rozwinięty system edukacji funkcjonariuszy, łącznie z akademią, która miała prawo doktoryzować funkcjonariuszy. A Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego od 35 lat nie potrafi nawet wypracować spójnego programu szkolenia oficerskiego. Raz są organizowane szkolenia trwające rok, innym razem przez trzy miesiące, albo – jak wspomniałem – w międzyczasie są okienka, gdy zostaje się oficerem po dwóch tygodniach. Zlikwidowano nawet testy wiedzy ogólnej, bo trzeba odbudować kadrowo zrujnowane delegatury ABW, co sprawia, że obecnie odżył duch lat 50. XX w.

Kluczowe jest jednak wyjęcie służb podległych MON i ministrowi koordynatorowi służb specjalnych z obszaru walki partyjnej. Dopóki to się nie stanie, będziemy bezbronni. Elity muszą otrzeźwieć i wypracować polską, ponadpartyjną definicję racji stanu.

Podpułkownik i doktor historii, były funkcjonariuszem ABW. Jest autorem wielu artykułów naukowych i

Marek Świerczek

Podpułkownik i doktor historii, były funkcjonariuszem ABW. Jest autorem wielu artykułów naukowych i monografii dotyczących rosyjskich i sowieckich służb specjalnych, redaktorem naczelnym „Przeglądu bezpieczeństwa wewnętrznego”, autorem powieści z pogranicza literatury historycznej i grozy oraz opowiadań fantastycznych. Właśnie wydał pracę „Śpiące psy. Rosyjskie gry agenturalne wobec Urzędu Ochrony Państwa początkiem lat 90. XX w.”, która opisuje m.in. przypadek zatrzymania i skazania za szpiegostwo na rzecz GRU byłego funkcjonariusza MSW Marka Zielińskiego

Foto: IPN