Dwie postaci wędrują pod rękę główną ulicą Clairton w Pensylwanii. Mężczyzna ma na sobie mundur zielonych beretów, a kobieta jaskrawoniebieski płaszcz. W oczach mijających ich mieszkańców miasteczka wyglądają jak szczęśliwa para paradująca zapylonym bulwarem. Jednak ich twarze są napięte i rzadko patrzą sobie w oczy. Kiedy ktoś przystaje, żeby przywitać się z mężczyzną, kobieta ukradkiem zerka na sklepową witrynę, żeby poprawić włosy.

– Cięcie!

Meryl uwolniła rękę z uścisku Roberta De Niro. To był pierwszy dzień na planie „Łowcy jeleni" i wszystko toczyło się nie po kolei. Scena, w której Michael i Linda razem idą przez Clairton, pochodziła z trzeciego aktu, rozgrywającego się po powrocie z Wietnamu. Musieli sobie wyobrażać wszystko, co wydarzyło się wcześniej: zalotne spojrzenia w sali weselnej, pełny napięcia powrót do domu. Wszystko to, co mieli sfilmować później. [...]

Według scenariusza akcja toczy się pewnego szarego listopada, podczas sezonu na jelenie. Jednak gdy ekipa zjawiła się w północno-wschodnich stanach tworzących „Pas rdzy", była pełnia lata, jednego z najgorętszych w historii. Kiedy już skompletowano obsadę i zdobyto finansowanie, filmowcy wiedzieli, że muszą działać szybko, gdyż zdrowie Johna Calaze'a było jak tykająca bomba zegarowa, a czekanie na jesień stanowiło zbyt wielkie ryzyko. Musieli zerwać liście z drzew, zabarwić trawę na brązowo farbą w aerozolu i rozsypać na ziemi uschnięte liście. Mieszkańcom Mingo Junction pozostało się dziwić, dlaczego drzewa przed Klubem Słowackim straciły liście pod koniec czerwca.

Upał dokuczał aktorom. Pomimo trzydziestu kilku stopni musieli nosić flanelowe koszule i wełniane czapki, podczas gdy ekipa chodziła w krótkich spodenkach. Po każdym ujęciu zmieniali przepocone ubrania. George Dzundza wcielający się w rolę barmana nosił sztuczne bokobrody, które ciągle zsuwały mu się z twarzy. Meryl stale miała pod ręką suszarkę i dbała, aby jej włosy nie oklapły przed kamerą.

Niewielu ludzi w Mingo Junction zwracało na nią uwagę – w odróżnieniu od De Niro, który nie mógł się przespacerować Commercial Street, aby jego zdjęcie nie trafiło do „Herald-Star". Pomiędzy ujęciami zabijała czas, robiąc swetry na drutach, tak samo jak grana przez nią postać. Kiedy miała okazję, zwiedzała miasteczko. W sklepie z odzieżą Weisberger's kupiła szal i pogawędziła z właścicielem. Sprzedawca był zachwycony możliwością rozmowy z gwiazdą filmową, nieświadomy, że Meryl przez cały czas pracuje, nasiąkając tempem i atmosferą życia nad rzeką Ohio.

Wciąż miała pewne wątpliwości co do postaci Lindy i nie wahała się ich wyrażać. Gdy dziennikarze „New York Times" przyjechali, żeby napisać o „filmie o Wietnamie, który nie krytykuje Ameryki", była z nimi oszałamiająco szczera.

– Linda to w wielkim skrócie męska wizja kobiety – wyjaśniła. – Jest niezwykle bierna, cicha, słaba w każdej sytuacji. Stale ma łzy w oczach, ale jest niezłomna duchem, wszystkim się przejmuje, ale nigdy nie wpada w przygnębienie. Często jest poniżana przez innych, ale nie reaguje gniewem. – Przechodząc do sedna, kontynuowała: – Innymi słowy, jest bardzo odmienna ode mnie. Osobiście jestem wojowniczką, więc wcielenie się w nią stanowi dla mnie duże wyzwanie. Pragnę ją wyrwać z kaftana bezpieczeństwa, ale oczywiście nie mogę czegoś takiego nawet zasugerować. Myślę sobie, że to ktoś, kto wyrośnie na jedną z milionów neurotycznych gospodyń domowych. Ale to męski film, który nie opowiada o problemach Lindy. Sądzę, że z punktu widzenia opowieści jest ona uroczą osobą.

Wygłaszanie takich pretensji dziennikarzom „Timesa" przez nieznaną aktorkę grającą w swoim pierwszym dużym filmie świadczyło o nie lada śmiałości. [...]

W ciągu tych pierwszych kilku tygodni Cimino nakręcił końcową jedną trzecią filmu, przygnębiające sceny po powrocie z Wietnamu. W Duquesne w Pensylwanii przekształcił pewne poletko w cmentarz, gdzie nakręcił pogrzeb bohatera granego przez Christophera Walkena. Kiedy skończył, udostępnił ten teren miejscowym dzieciakom, żeby urządziły na nim boisko. W barze Welsh's nakręcił niezapomniany finał, w którym żałobnicy śpiewają smętną wersję God Bless America. Meryl i John siedzieli obok siebie, śpiewając o górach, preriach i oceanach białych od piany.

Po nakręceniu tragicznej końcówki filmu Cimino zabrał się za jego hałaśliwy początek. Obsada zdążyła się już lepiej poznać, co pomogło w uzyskaniu swobodnej atmosfery. Cimino chciał, żeby te sceny kojarzyły się z domowymi nagraniami, zupełnie jakby publiczność oglądała urywki własnej przeszłości. Bardzo się starał, by aktorzy mieli poczucie autentyczności, do tego stopnia, że nawet przygotował fałszywe pensylwańskie prawa jazdy, które nosili w kieszeniach.

Głównym punktem pierwszego aktu było przyjęcie weselne. Cimino wyobrażał je sobie jako pełną detali scenę pokazową, a nie szybkie wprowadzenie w akcję, o jakim myślał Michael Deeley. Cimino był niegdyś świadkiem na podobnym prawosławnym ślubie i zamierzał nakręcić ten fragment w stylu filmu dokumentalnego, umieszczając w nim jak najwięcej autentycznych elementów. Na miejsce akcji wybrał Lemko Hall w Cleveland, salę balową, w której odbywały się uroczystości lokalnej społeczności słowiańskiej.

Przez trzy dni trenerka Olga Gaydos uczyła aktorów rosyjskich tańców ludowych, takich jak: korobuszka i trojka, taniec trzech ogierów. Meryl i druga druhna Mary Ann Haenel wirowały po obu stronach Johna Cazale'a, śmiejąc się z jego nieporadności.

– Wystarczy – powiedział, nieco rozdrażniony. Nagle wszyscy się zatroskali.

– Wszystko w porządku? Musisz odpocząć?

Kiedy to było możliwe, zakochani szukali prywatności. „Rozmawiali po cichu", wspominała Mary Ann Haenel. „Stykali się głowami. Spacerowali razem. Wyglądali na szczęśliwych. Jednak od czasu do czasu widać było, że spoglądają na siebie z ogromną powagą".

Świat Clairton był tylko tłem dla problemów zdrowotnych Johna. „Występowanie w tym filmie stanowiło malutką część trudnego krajobrazu naszego życia", wspominała Meryl. „Było nam bardzo ciężko i nikt tak naprawdę nie wiedział, czy leczenie raka zadziała. Ale my mieliśmy nadzieję, że wszystko się dobrze skończy".

W końcu 3 sierpnia, z kilkutygodniowym opóźnieniem, Cimino zaczął kręcić jedno z najbardziej szalonych i pijanych, a także najdłuższych przyjęć weselnych w historii kina. Ulicę przed Lemko Hall zamknięto dla ruchu i zastawiono ciężarówkami oraz generatorami. Wewnątrz okna zakryto czarnymi zasłonami, tak że w sali stale panowała ciemność. Na ścianach wisiały olbrzymie portrety Savage'a, Walkena i De Niro z czasów szkoły średniej, a także transparenty z życzeniami powodzenia w Wietnamie. Bar w głębi był otwarty przez cały dzień, każdy więc mógł zagrać w remika albo wychylić butelkę piwa Rolling Rock. Oczywiście Cimino nie miał nic przeciwko temu, żeby aktorzy byli podchmieleni. Tym lepiej.

Filmowcy zamieścili ogłoszenie, że szukają statystów, i zatrudnili około dwustu gości weselnych z trzech okolicznych parafii. Płacili im dwadzieścia pięć dolarów za dzień – dwa dolary więcej, jeśli przyszli z zapakowanym prezentem. Poproszono ich o zostawienie prezentów po drugiej stronie sali, gdzie paczki spiętrzyły się aż pod sufit. Tuż przed rozpoczęciem zdjęć asystent reżysera podszedł do Cimina i powiedział z niedowierzaniem:

– Michael, wszyscy przynieśli prezenty!

– No tak, przecież im kazaliśmy – odrzekł reżyser.

– Nie rozumiesz. – W pudełkach znajdowały się tostery i inne urządzenia, sztućce i porcelana. Parafianie kupili prawdziwe prezenty, jakby przyszli na prawdziwy ślub.

Przyjęcie zaczynało się każdego ranka o wpół do ósmej i trwało do dwudziestej pierwszej albo dwudziestej drugiej. Wszyscy byli zmęczeni i zdezorientowani, ale szczęśliwi. Cimino nagrywał ten chaos z antropologicznym zaciekawieniem, od czasu do czasu wkraczając, żeby pokierować pojedynczymi scenami. W pewnej chwili bohater grany przez Johna tańczy z druhną, gdy nagle odbija mu ją szef orkiestry, grany przez Joego Grifasiego. Kiedy John widzi, że mężczyzna chwyta dziewczynę za pośladki, zrywa się na nogi i ich rozdziela, a następnie odwraca się w stronę druhny i uderza ją w policzek. Cimino powiedział, że jego wujek zrobił to samo na jednym z rodzinnych wesel.

Inne sceny hulanki pojawiły się w sposób naturalny. Mężczyzna obżerający się gołąbkami. Christopher Walken przeskakujący nad kuflem piwa. Chuck Aspegren ciągnący do szatni jedną z druhen, która okłada go parasolką. Podczas jednego z ujęć John był tak wyczerpany, że niosąc Roberta De Niro na grupowe zdjęcie, stracił równowagę i obaj mężczyźni upadli na podłogę. Cimino zachował tę scenę: zależało mu na wypadkach, nie elegancji.

Meryl dawała się wciągnąć z zabawę, przynajmniej gdy kamera była na nią skierowana. Gdy De Niro kręcił nią na parkiecie, wybuchła oszołomionym śmiechem. Kiedy złapała wiązankę ślubną, wrzasnęła z radości. Nie zastanawiała się zbyt długo nad swoją postacią, ale znalazła sposób na jej zagranie. „Przypomniałam sobie wszystkie dziewczęta w mojej szkole średniej czekające, aż coś się wydarzy w ich życiu", powiedziała później. „Linda czeka, aż przyjdzie mężczyzna i się nią zaopiekuje. Jeśli nie ten, to inny: czeka na mężczyznę, który uczyni jej życie prawdziwym".

W wielkim skrócie, grała postać, którą opanowała do perfekcji w szkole średniej: chichoczącą, uległą, uganiającą się za chłopakami cheerleaderkę. W swojej zwiewnej różowej sukience z kokardą przywoływała ducha tamtej zapomnianej dziewczyny, która wiedziała, że aby zagwarantować sobie drugą randkę z futbolistą ze szkoły Bernards, musi zrezygnować z własnych opinii. Kiedy Michael Wroński pyta Lindę, jakiego piwa chce się napić, ona wzrusza ramionami i odpowiada: „Wszystko jedno". Meryl odkryła, że zapamiętała tę postać i potrafi ją przywołać na żądanie. Z tym że teraz była na tyle pewna siebie, że mogła się jej pozbyć, gdy tylko kamery przestawały pracować.

Zamiast drużyny cheerleaderek miała inne druhny: Mary Ann Haenel, Mady Kaplan i Amy Wright. Pewnego dnia wszystkie niecierpliwiły się podczas przedłużającej się przerwy w zdjęciach. Meryl wyszła, żeby sprawdzić, skąd bierze się opóźnienie, a gdy wróciła, doniosła, że ekipie skończyła się taśma filmowa. (Cimino starał się uchwycić każdy moment, więc zużywał jej całe kilometry). Ale miała też dobre wieści: jeden z facetów pokazał jej, jak zabić muchę – jedna brzęczała w ich garderobie od samego rana. Meryl nauczyła koleżanki, co należy zrobić: klasnąć w dłonie tuż ponad muchą, która wtedy podleci do góry i da się zabić. Meryl tego spróbowała, a wtedy mucha wystrzeliła w górę i uciekła, znajdując schronienie w dekolcie Amy Wright. Dziewczęta piszczały i dusiły się ze śmiechu, podczas gdy Amy rozpaczliwie unosiła spódnicę, próbując wypuścić owada.

W końcu Cimino ogłosił zakończenie zdjęć i wesele, które zdawało się trwać całą wieczność, dobiegło kresu. Zdjęto transparenty. Wyrzucono gołąbki do śmieci. Wypłacono dniówki statystom i ich odprawiono. Meryl, John, Christopher Walken i Robert De Niro również się rozeszli. W dziwnie pustej sali Cimino zobaczył jednego z miejscowych mężczyzn – siedział na scenie, trzymając do połowy opróżnioną szklankę piwa. Cicho szlochał.

– Co się stało? – spytał go reżyser.

– To był taki piękny ślub – odpowiedział mężczyzna przez łzy.

Już bez udziału Meryl ekipa „Łowcy jeleni" przeniosła się do Tajlandii, która w filmie Cimina miała udawać Wietnam. Film przekroczył zakładany budżet, a harmonogram prac dawno przestał obowiązywać. Scena wesela nie tylko nie okazała się „drobiazgiem", lecz pochłonęła mnóstwo czasu i pieniędzy, co martwiło władze EMI. Barry Spikings zabrał reżysera na spacer nad jezioro.

– Michael, czy dajesz z siebie wszystko? – spytał.

Cimino zapewnił go, że tak.

Zdjęcia w Tajlandii były nie dość, że kosztowne, to także niebezpieczne. Departament Stanu odradzał ekipie wyjazd do kraju kontrolowanego przez prawicową juntę. Na granicy z Birmą, gdzie grasowali uzbrojeni powstańcy, Cimino i jego aktorzy nocowali w chatach krytych słomą i jedli mięso zielonej kobry, które podobno wzmacnia męskość.

Cimino chciał, żeby sceny w Wietnamie były równie autentyczne jak sceny w Clairton. Zatrudnił miejscową ludność do ról strażników. Jako jeńcy wojenni De Niro, Walken i Savage codziennie mieli na sobie te same ubrania. Nie golili się ani nie kąpali. Spali w mundurach. „Nieziemsko cuchnęli", chwalił się Cimino. Podczas sceny w zanurzonej w wodzie klatce na tygrysy szczur zaczął gryźć Savage'a w twarz. Cimino umieścił tę scenę w filmie.

W okolicy obowiązywała godzina policyjna, więc ekipa musiała się rozstawiać w tajemnicy o drugiej w nocy pod nadzorem agentów CIA. (Cimino również umieścił ich w filmie). Mogli wysyłać negatywy, ale nie otrzymywali odbitek, więc kręcili w ciemno, bez wglądu w materiał dzienny. Spikings przyleciał nadzorować zdjęcia, a nad wszystkim czuwał generał Kriangsak Chomanan, najwyższy dowódca Tajskich Królewskich Sił Zbrojnych. W połowie zdjęć wezwał Spikingsa do Bangkoku i grzecznie poprosił o zwrot pożyczonej broni, śmigłowców i transporterów opancerzonych, ponieważ na weekend zaplanował zbrojny zamach stanu. Obiecał Spikingsowi, że odda cały sprzęt do wtorku.

Najbardziej zdradziecką sceną była ucieczka śmigłowcem, którą kręcono nad rzeką Kwai. (Cimino cieszył się z nawiązania do Davida Leana). Woda była lodowato zimna i pełna węży oraz krokodyli różańcowych, a przepływające łodzie zmieniły podwodne bambusy w śmiercionośne włócznie. W tej scenie De Niro i Savage mieli skoczyć do wody z helikoptera z wysokości niemal trzydziestu metrów. Kaskaderzy odmówili.

– Sami to zrobimy – powiedział De Niro.

– Wasze ubezpieczenie tego nie obejmuje – odrzekł Spikings.

– Kto powie ludziom od ubezpieczeń?

Savage i De Niro wspięli się na prowizoryczną stalową przeprawę, która udawała chwiejny most linowy. Kiedy nadleciał śmigłowiec, jedna z jego płóz zaczepiła o potężny kabel podtrzymujący most. Helikopter przechylał się i ryczał, a De Niro rozpaczliwie starał się uwolnić płozę. Podczas gdy pilot wrzeszczał przez radio w dialekcie, siedzący na pokładzie Cimino ubrany w mundur roboczy wyciągnął rękę w stronę Roberta De Niro, zdając sobie sprawę, że wirniki mogą się w każdej chwili przechylić i zabić jego, gwiazdorów oraz połowę ekipy.

Śmigłowiec się uwolnił, wywracając most spodem do góry. Kamery wciąż pracowały, gdy odleciał, unosząc De Niro i Savage'a wiszących ponad rzeką.

– Michael, powinniśmy skakać? – wrzasnął Savage do swojego partnera, wciąż używając imienia jego postaci.

– Savage, na litość boską – zawył De Niro – już nie gramy! Nie jesteśmy, kurwa, w filmie!

Zeskoczyli, jeden po drugim, do najeżonej bambusami i pełnej krokodyli lodowatej rzeki. Po chwili się wynurzyli – tak samo jak grani przez nich bohaterowie, oszołomieni tym, że jeszcze żyją.

* * *

Michael Cimino potrzebował trzech miesięcy, żeby obejrzeć cały nakręcony materiał, pracując po trzynaście, czternaście godzin na dobę. Potem razem z montażystą Peterem Zinnerem zabrali się do cięcia, wykrawając film. Pewnej nocy o trzeciej Cimino skończył podkładać ścieżkę dźwiękową i wysłał wstępną wersję obrazu do EMI. Film miał trzy i pół godziny. [...]

Cimino odmówił okrojenia swojego dzieła, przekonany, że jego mroczny czar kryje się w „cieniach". EMI zagroziła, że odsunie go od jego własnego projektu. „Powiedziałem im, że zrobię wszystko, co w mojej mocy. Wyciąłem kilka scen, a potem z powrotem je wkleiłem. Na myśl, że ktoś mógłby mnie zastąpić, robiło mi się niedobrze". Każdej nocy kładł się do łóżka z bólem głowy, który nie ustępował po obudzeniu. Przybrał na wadze. „Byłem gotów na wszystko, żeby zapobiec odebraniu mi tego filmu i jego zrujnowaniu".

Wytwórnia Universal zgodziła się na próbne pokazy dwóch różnych wersji obrazu: skróconej, która miała być wyświetlona w Cleveland, i dłuższej wersji reżyserskiej, która trafiła do Chicago. Cimino twierdzi, że tak się bał pozytywnej reakcji publiczności w Cleveland, że przekupił operatora kinowego, aby ten zatrzymał film w połowie. Zwyciężyła wersja trzygodzinna.

Fragment pochodzi z książki „Meryl Streep. Znowu ona!" Michaela Schulmana w przekładzie Roberta Walisia, która ukaże się 17 sierpnia 2016 r. nakładem Wydawnictwa Marginesy.

We wtorek 16 sierpnia rozdamy trzy egzemplarze książki w konkursie na profilu „Rzeczpospolitej" na Facebooku: https://www.facebook.com/dziennikrzeczpospolita/

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95