Oczekiwania po pierwszych trzech sezonach „Czarnego lustra" były ogromne. Mówi się, że serial Charliego Brookera jest dziełem na miarę „Strefy mroku", produkcji na Zachodzie absolutnie kultowej, która otrzymała w latach 60. ubiegłego wieku trzy nagrody Hugo. To, co najbardziej przyciąga widzów do „Czarnego lustra", to fakt, że mówi ono głównie o zjawiskach zatrważająco prawdopodobnych. Widzowie oczekiwali więc kolejnego mocnego ostrzeżenia przed tym, co niesie ze sobą nieostrożne użycie nowych technologii. Ta sztuka w czwartym sezonie nie do końca się jednak udała.

Siłą poprzednich 13 odcinków serialu były przede wszystkim pomysły – z jednej strony zaskakujące, z drugiej uderzające prawdopodobieństwem. Niektóre odcinki, wbrew etykiecie serialu science fiction, mogłyby rozegrać się już dzisiaj. Miejscem, w którym „Czarne lustro" zdecydowanie rozjeżdża się ze współczesną czy planowaną technologią, jest jednak bariera między maszyną a świadomością. Jak dotąd nauka nie opracowała skutecznych sposobów na to, by bezpośrednio wpływać na ludzki mózg, tworzenie wyobrażeń i odczuć, z pominięciem zmysłów, lub odwrotnie – by myśli i obrazy przekształcać w cyfrowy sygnał. A to właśnie te tematy są przede wszystkim ogrywane w czwartym sezonie. Momentami w sposób wtórny.

Stosunkowo najlepiej udaje się to autorom nowego sezonu w odcinku „Arkangel". Może dlatego, że wybrany temat jest faktycznie na czasie. Mówi się o „rodzicach helikopterach", którzy jak śmigłowce krążą wokół własnych dzieci. Dziecko jest dla nich centrum świata – jednak po to, by to centrum się nie rozpadło, kontrolują każde poczynanie latorośli. Kiedy przestaną to robić, ujawnia się czarna przepaść ich własnego, nieudanego życia i okazuje się, że dziecko stało się jednocześnie bożkiem i niewolnikiem. Jodie Foster, reżyserująca ten odcinek, stanęła na wysokości zadania.

Aby uwypuklić problem, przedstawiła technologię pozwalającą na kontrolowanie każdego kroku dziecka przez rodziców, co prowadzi w ostatecznym rozrachunku do tragedii. Podobny film można byłoby nakręcić bez odwołania do nieistniejących jeszcze narzędzi, jednak przy ich użyciu metafora jest silniejsza. „Arkangel" ukazuje odwieczną i banalną prawdę, którą jednak warto podkreślać – że technologia jest tylko narzędziem wzmacniającym nasze najlepsze i najgorsze instynkty.

Niestety, mimo fragmentów doskonałych czwarty sezon chwilami sprawia wrażenie, jakby pomysły scenarzystów się wyczerpywały. Być może zapamiętany zostanie „Metalhead", postapokaliptyczny horror, który jednak jest chyba najgorszym odcinkiem sezonu – mimo monochromatycznych zdjęć i trzymającej w napięciu akcji. Największą słabością „Metalhead" jest bowiem absolutny brak tła przedstawiającego otaczający bohaterów straszny świat i przyczyny, które doprowadziły do takiego stanu.

A to właśnie była karta atutowa najlepszych odcinków „Czarnego lustra". Sytuacja człowieka zaszczutego przy użyciu technologii poruszała dużo mocniej w poprzednich sezonach, w których ujrzeliśmy choć szczątkowe uzasadnienie tego, co się dzieje.

Wątki z dotychczasowych serii wiąże solidny finał – „Black Museum", w którym odnaleźć można wiele smaczków z poprzednich epizodów. Historia o koszmarnej galerii technicznych artefaktów przekazuje to, co Brooker z zespołem chcą nam powiedzieć od początku – że źródłem zła nie jest technologia, ale człowiek. „Black Museum" daje złudną nadzieję na sprawiedliwość – tylko jakim kosztem? Takich rozważań oczekujemy od „Black Mirror".

Czy jednak jego twórcy są w stanie w kolejnych sezonach ująć je w odpowiednio świeżą formę? Na razie wydaje się, że „Czarne lustro" – jak wskazuje czołówka – jest już nieco popękane z wyczerpania.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Konkurs dla startupów i innowacyjnych firm

WEŹ UDZIAŁ