Nie pierwszy raz to słyszałam. Należę do tych, którzy chodzą na demonstracje przeciw rządom PiS i często spotykam ludzi, którzy uświadamiają sobie, że co kilka dziesięcioleci przemierzają te same ulice w podobnej sytuacji i nastroju. Ja też w 1968 roku jako nastolatka znalazłam się na Krakowskim Przedmieściu, w samym środku studenckich demonstracji. Mogę więc z czystym sumieniem powtórzyć to zdanie.

Życie w stanie sprzeciwu, w gotowości do protestu, z uporczywymi myślami o granicach kompromisu, trzymanie ręki na pulsie – to jest los naszego pokolenia. W 1989 roku wskoczyliśmy w nowoczesny świat jak do pędzącego pociągu, nasza przedsiębiorczość była chwalona i podziwiana. Utrzymywaliśmy te nasze firmy ze zmiennym szczęściem i koniunkturą, ale jakoś szło. Nie wszyscy byliśmy zgodni z ogólnie panującym trendem ideologicznym czy gospodarczym, ale jednak osadziliśmy się na niezłej pozycji w Europie i nawet przestało nas to dziwić. Nie pytaliśmy się już, czy nasza przynależność do świata Zachodu jest chwiejna.

Tempo i siła, z jakimi rząd PiS burzy europejskie normy, mogą się wydawać paraliżujące. Przynajmniej powinny takie być dla mojego pokolenia. Ile życia można poświęcić na stan sprzeciwu? Dopracowaliśmy się wreszcie różnych własności, wychowaliśmy dzieci na gruncie wolnej Polski, co nie oznacza raju oczywiście. Pokolenie naszych dzieci to ludzie albo na kredytach, albo bez żadnych zabezpieczeń, ludzie o dużych aspiracjach, ale też z poczuciem przytłaczającej konkurencji. Co tu ukrywać, zachłysnęliśmy się wolnym rynkiem i obdarowywaliśmy nasze dzieci kolorowym plastikiem bez umiarkowania. A wnuki...W zasadzie przeciwni tej całej konsumpcji, jakoś nie umiemy się powstrzymać przed rozpieszczaniem ich za pomocą kolejnych nowinek dla dzieci. Jesteśmy twórcami, ale też bardzo naiwnymi konsumentami wolnego rynku. Z tego powodu trudno się było spodziewać, że właśnie ze strony naszego pokolenia przyjdzie największa fala oporu. Można oczywiście powątpiewać w sens demonstracji, która składa się w większości z 50-, 60-, 70-latków. Można mówić o pasywnej konserwatywnej bądź konsumpcyjnej młodzieży. Jest jednak coś niezwykłego w tym, że właśnie te roczniki znalazły jeszcze raz siły na opór. To jest dopiero bunt pokolenia!

Patrzę na tych wytrwale stojących z flagami, zwłaszcza na tych, którzy przyjechali z małych miast, i myślę o sile naszych doświadczeń. Nie wiem, czy był w historii taki właśnie bunt. Wystarczy zamienić kilka słów, żeby porozumieć się na ten sam temat – my wiemy, czym grozi władza jednej partii nad wszystkimi instytucjami. Nosiliśmy nasze potomstwo na ramionach, idąc w demonstracjach lat 80., staliśmy godzinami po produkty wędlinopodobne, ale dzieci tego nie pamiętają. Poza tym i tak czas jest dla nich największym wrogiem. Wszędzie gnają, ciągnąc dzieci za ręce, nie wypuszczają z rąk komórek i laptopów, każdy dzień jest pozszywany naprędce, więc jak można jeszcze znaleźć kilka godzin na demonstracje? Z czego zrezygnować i w imię czego?

Bardzo często i w różnych kontekstach przywołuje się scenę z filmu „Kabaret", kiedy to młody piękny chłopiec zaczyna śpiewać przed gośćmi restauracji – śpiewa o ptaszkach i kwiatkach, a potem zamienia piosenkę w pieśń młodych nazistów. Mnie w tej scenie przejmuje najbardziej krótka przebitka na starego człowieka, który nie daje się ponieść pieśni i patrzy na chłopca z widocznym przerażeniem. On jeden wie, że historia kołem się toczy, a w historii Niemiec to koło przeszło już wiele obrotów. Ten mężczyzna jest bardzo stary i bezsilny wobec biegu wydarzeń.

W wypadku mojego pokolenia tak nie jest. Wzięliśmy jeszcze raz głęboki oddech i konsekwentnie bijemy się o normy, jakie panują w cywilizowanym świecie. A przecież nie jesteśmy bezczynnymi emerytami, którzy z okna popatrują na ulicę. Jesteśmy aktywni zawodowo, niejednokrotnie pomagając młodszym pokoleniom. My tylko naprawdę znamy cenę bierności. W naszym wypadku bardzo prawdziwe jest powiedzenie: „co nas nie zabije, to nas wzmocni". Wzmocniło.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95