Kraków, 12 maja 1983

Drogi Panie Stanisławie, Drodzy Państwo,

ponieważ moja starcza pamięć nie jest pewna, czy Pan jest solenizantem majowym, czy listopadowym, pozwoliłam sobie skreślić poemat okolicznościowy, który wraz z najlepszymi życzeniami od nas obojga przesyłam. Przepraszam za spóźnienie, ale z niczym nie mogę zdążyć. Wydaje mi się nawet, że zegary na mój widok przesuwają się szybciej... Odczuwam to w kościach, a nie w Historii (niestety), która zdaje się stać w miejscu...

Bawiłam przez dwa dni w salonach warszawskich, pośród deszczu i burz oraz gwałtownie obniżonej temperatury. Kolegów nie opuszcza humor (wisiel-czy wprawdzie...). W stolicy mówi się, że podobno nie pojedziemy na olimpiadę, gdyż w Los Angeles grasują gangsterzy przebrani za aniołów. Niektó-rzy fruwają nawet na propagandowych skrzydłach i szkodzą sprawie pokoju. Poza tym mówi się o ben-zynie (że leją), o kawie (że jest), o sytuacji biome-teorologicznej (że kiepska). Jeżeli chodzi o kronikę personalną, to dowiedziałam się, że odszedł ze sta-nowiska pan M., który tyle ciepłych słów poświęcił współczesnej polskiej literaturze.

W Krakowie zimno, leje deszcz (na szczęście dla polskiego rolnictwa), a my przygotowujemy się do sezonu wędkarskiego, organizując towarzyskie na-rady i płynne konferencje. Tyle wieści, mało atrak-cyjnych, ale brak skandali towarzyskich, nie mówiąc o obyczajowych. Serdeczności wiele przesyłamy Pań-stwu i Panu Tomaszowi –

Ewa Lipska i Władek

Jak sprawuje się Proton? (jamnik państwa Lemów – red.)

* * *

Wiedeń, 23 maja 1983

Droga Pani Ewo,

faktycznie jestem Stanisławem od ósmego maja i dziękuję za list z wierszem na orle i prozą na reszce. Nie wszystko ze mną dobrze, choć może będzie. 4 czerwca mam być operowany – i jeżeli pójdzie gładko, po jakichś dwu tygodniach opuszczę szpital. („Małżonko miła, twoje li to/ Pod obcas wlazło mi jelito? – Małżonku mylisz się, to już/ Twe wątpia muszą iść pod nóż").

Poza tym mieliśmy trochę gości. Krzysztof Meyer, Herdera laureat tegoroczny, był u nas po onych uroczystościach, na których jednak (z uwagi na powyższą prozę i rymy) świeciliśmy nieobecnością. Opowiadał dużo ciekawych rzeczy o życiu współczesnych kom-pozytorów naszych, największych zwłaszcza; rzeczy nieznane raczej, bo ten Związek jest dość herme-neutyczno-hermetyczny i bez pojęcia o nutach nie-łatwo się tam dogrzebać sensów. Od niego dopiero dowiedziałem się, że Penderecki komponuje teraz nader harmonijnie, tradycyjnie, melodyjnie, jakby konwencjonalnie. Co wszystko na wiarę przyjmo-wać muszę. Byli też tu chwilę tylko Władek z Zosią (Bartoszewscy – red.). Tomasz, dziękujący za pamięć, właśnie pod oknami chodzi w wielkim huku, bo nabył czterotaktową ko-siarkę trawy z myślą o naszym klińskim ogrodzie, wszelako rozmiarów średniej szalupy, tak że do auta ni z tyłu, ni z boku wleźć nie chce (za lat pradawnych pewien młodociany sąsiad mego ówczesnego przyja-ciela Romka Husarskiego zbudował w skos pokoju ogromną łódź, bagatelnie zapomniawszy o tym, że dobrze byłoby ją kiedyś wodować, czego się bez roz-biórki kamienicy nie dałoby zrobić).

Skończyłem, walcząc dzielnie z przypadłościami somy, powieść, którą zabrał dziś mój agent do po-wielania i wysyłania tu i tam. Tytułu jak zwykle nie mam, alić lepsza książka bez tytułu niż na odwrót. Właśnie zbliża się burza, lecz Tomasz nie ostygł w zapałach motoryzacyjnego koszenia trawy. Żona moja porządnie umęczona domem, no i czekającym ją pobytem w czerwcu, kiedy Tomek sam bodaj poje-dzie do domu, ze mną, a raczej beze mnie, bo do tej kliniki kawał drogi.

Jakoś krzywo wkręcił mi się papier w maszynę, więc naprostowałem. Chętnie bym jeszcze, z inszych schodząc planet,/ Opisał życie naszego jamnika,/ Ten ostrowłosy, niskonogi dzianet/ Na wszystko, co mu się podoba, sika,/ I żadna siła nie wstrzyma Protona,/ Póki pod biurkiem kupki nie wykona./ Wierszu, starocią pachnieć mi zaczynasz,/ Więc wsadzę tutaj jako nowość jaszczyk,/ Bo austriacki RADCA weterynarz/ Przeciw nosówce już mu zrobił zastrzyk./ Widząc atoli moich rymów nędze,/ Przechodzę w prozę, czym dalszych oszczędzę.

Żona, Tomasz, Proton i ja pozdrawiamy z głuszy wiedeńskiej Pana i Panią. A co będzie dalej, to się zobaczy.

Oddany – prosząc o przekazanie najlepszych

słów wszystkim rybołówcom i ich bliskim –

pozostaję w obliczu

N.P. (nieznanej przyszłości) –

Stanisław Lem

(...)

* * *

Kraków, 15 października 1983

Drogi Panie Stanisławie,

list z Wiednia przyjechał dorożką konną. Dorożka je-chała blisko trzy tygodnie, co świadczy o tym, iż koń rozpustnik – wpadał po drodze do knajp, zagryza-jąc co nieco. Popadłam w kompleksy na wieść o bab-kach i naleśnikach. Ja ostatnio serwuję wyłącznie ziemniaki w mundurkach, co, generalnie rzecz biorąc, wprowadza do naszej osobistej gastronomii pewną monotonię. Jeżeli chodzi o życie intelektualne, to dżdżownice napisały poemat zaczynający się od słów:

My, rosówki zdradzone

przez pisarzy od prozy,

opuszczone, zduszone

przez koterie i pozy.

My, rosówki zdradzone

i w proteście przeciwko

sprzedajemy o świcie

swoje śliskie nazwisko...

Ładne? Poemat, dziesięciozwrotkowy, został wrę-czony Pisarzowi Słodkowodnemu w imieniu Nie-boszczek. Właśnie jutro wyruszamy na kolejne łowy, tym razem na Gdów, gdzie ponoć urodzaj większy. Ostatnio łowi się na talony, na muchy, na haczyki średniego zasięgu i na audery (Aluzja do Haliny Auderskiej. Po rozwiązaniu przez władze w stanie wojennym Związku Literatów Polskich część jego członków, z inicjatywy władz państwowych, po paru miesiącach założyła nowy ZLP, podporządkowany PZPR; jego prezesem została Auderska – red.).

Moje kroje posuwają się naprzód. Opanowałam już ściegi kryte oraz plisy ozdobne. Wieczorami brnę przez Pana kryminały (właśnie czytam Mord im Wal-dorf-Astoria), które są na szczęście tak interesujące, że pozwala mi to na stały trening w języku. Jak Pań-stwo widzicie, życie nasze jest tak monotonne, że aż wstyd o tym pisać. Mam nadzieję jednak, że kiedyś, przy sznyclu wiedeńskim, poopowiadam Państwu takie historie, barwne i oryginalne, jakie wymyślić może tylko samo życie!

W Krakowie noce i wieczory chłodne, za to dnie piękne, ciepłe i słoneczne. Ale już niedługo tego do-brego, gdyż barometr gwałtownie spada. Następny list już mogę do Państwa pisać w nausznikach.

Serdeczności wiele dla Państwa i Pana Tomasza

od nas obojga – Ewa Lipska

Wisełka z Kornelem przesyłają serdeczności!

* * *

Wiedeń, 31 października 1983

Droga Pani Ewo,

to ładnie, że Pani o nas nie zapomniała. W między-czasie zdarzyło się to i owo. Zaprosił mnie na kolację Stadtrat für Kultur, ale zamiast na ucztę pojecha-łem do szpitala, bo zacząłem silnie krwawić (przy siusianiu). Krwawienie nie chciało ustać, no i przed 13 dniami operowano mnie, a od 3 dni jestem już w domu. Teraz muszę się traktować przez szereg tygodni jak jajko. Na szczęście moja żona nie była sama, bo akurat przyjechała z Krakowa jej siostra z przyjacielem, których żeśmy zaprosili uprzednio, ale w rozkoszach zwiedzania zabytków nie uczest-niczyłem, bo tylko piłem flaszkami wodę mineralną, stękałem i pochłaniałem kupy proszków.

Życzyłbym sobie, żeby był już z tym koniec. Okropnie narosła mi góra listów, na które nie odpo-wiedziałem. W tymże międzyczasie znaleźliśmy, ni-mem zachorował, domek do wynajęcia, a umowę to już w łóżku w szpitalu podpisywałem. Bardzo miły, z małym ogródkiem, tam będzie można pracować, jeżeli dalsze choróbska tylko mnie ominą.

Szwagierka odjechała dziś rano i znów jesteśmy sami, a Tomek w szkole. Abym się nie musiał wsty-dzić różnych austriackich starców, żona kupiła mi mgławicowo-gwiezdny szlafrok i tę chociaż mam ko-rzyść z tamtych mało ponętnych dni. Co do wierszy, to przypominam sobie mały niestety fragment dra-matu, jaki napisałem był za młodu, a to jest ze sceny, gdzie król stoi na zamordowanej królowej:

Małżonko miła, twoje li to

Pod obcas wlazło mi jelito?

Niestety dalszego ciągu nie mogę sobie przypomnieć. Ja też proszę o pozdrawianie wszystkich mnie pozdrawiających. Dostaję tu różne zaproszenia do różnych pono uroczych miejscowości, ale co naj-mniej przez dwa miesiące nie wolno mi się ruszyć z Wiednia, abym w razie potrzeby mógł być zawie-ziony na sygnale gdzie trzeba. Człowiek psuje się od środka, a dobre i to, że nie zaraz od głowy. Panią i Pana Władysława jakże lubo nieraz wspominamy na tej pustyni. Pisałem był przed chorobą to i owo, ale wszystko już kurzem przysypane, bo i kiedy teraz. Sytuacja światowa rozwija się podług mych domnie-mań ciemnawych, więc podług mego pomyślunku, lecz nie po mojej myśli. TV tutejsza też nudna. Łakoci pochłaniać mi nie wolno, raczej sucharki, rosołek, witaminki, takie rzeczy. Doszły mnie zmiany w lek-turach z programów szkolnych. Także nasz były szef (Jan Józef Szczepański – red.) pisał do mnie, a ja do niego. Scenariusz, który nie-gdyś napisałem z nim wg „Pamiętnika znalezionego w wannie", wyjdzie teraz u Fischera jako pocket, co porządnie mnie uradowało, bo będą łupy do podziału. Siedzę przy maszynie, z trzydniowym zarostem (do wuja starca rzekło dziewczę raz), i patrzę ze zgrozą na 500-stronicowy maszynopis Rozmów z Stanisła-wem Lemem, który Stanisław Bereś przysłał mi do autoryzacji (nagrywał te rozmowy przed półtora ro-kiem w Krakowie). Może zauważyła Pani, że łatwiej mówić głupstwa niż rzeczy mądre, ja to w każdym razie zauważyłem w tym maszynopisie, bo całkiem zapomniałem, com tam do mikrofonowej tubki był naplótł. Ale też czasy były troszkę inne. Żona warzy zupę, więc nie dopisuje, tedy w jej i własnym imieniu zasełamy Państwu wyrazy tychże życzeń, które nam dusze porzą.

Oddany

Stanisław Lem

* * *

Kraków, 17 listopada 1983

Drogi Panie Stanisławie,

zmartwił nas Pana list. Mamy nadzieję, że czuje się Pan już lepiej. Na wszystkie sprawy żołądkowo-je-litowe najlepsze są zioła. Wiem to z własnego do-świadczenia, gdyż sama czuję się ostatnio nie najle-piej i wróciłam właśnie do ziół, które mnie w swoim czasie wyciągnęły z otchłani. W Krakowie listopa-dowo, ciemno, śnieg z deszczem. Poza tym wszystko biegnie normalnie: narady, konferencje, spotkania, zjazdy. Naród się konstytuuje, zrzesza, rewizytuje, obraduje. Prowadzi się rozmowy o standardzie życia i o upowszechnianiu kultury. A ja szyję... Nic, tylko szyję. Teraz suknię średniego zasięgu, czyli poranną i wieczorową zarazem. Mam też wiele zamówień na męskie koszule nocne. Na razie mogę je wykonywać z materiałów obiciowych, gdyż właśnie takie rzucili na rynek. Przyzna Pan jednak, że obiciowa koszula nocna to jest coś! Nie ma to nic wspólnego z jakimkolwiek biciem i nie jest to też żadna aluzja polityczna (to uwagi dla dodatkowych czytelników). Fragment Pańskiego poematu jest wspaniały i szkoda, że nie pamięta Pan, co było dalej. Zawsze losy królowych (nie mówiąc już o królach) bardzo mnie interesowały.

Proszę sobie wyobrazić, że telefonowała do nas Lilka z Berlina (Helena Bohle-Szacka – red.), z nowego mieszkania. Wzruszyliśmy się, ale zarazem zasmucili, gdyż owa Herbertstr. to był już przecież symbol. Wydawało mi się, iż jest w nie najgorszej formie, ale nie jestem pewna, czy tak jest naprawdę. Szkoda, że ludzie posiadają niezwy-kłe zdolności do komplikowania swoich życiorysów. Cieszymy się, że Pan Tomasz świetnie sobie radzi – byliśmy zresztą przekonani, że nie będzie inaczej. Życzymy Panu wiele zdrowia i ślemy Państwu i Panu Tomaszowi najlepsze pozdrowienia –

Ewa Lipska i Władek

(...)

* * *

Wiedeń, 27 lutego 1984

Droga Pani Ewo,

jestem u Pani zadłużony na dwa listy, alić wiem, że się Pani z mężem w międzyczasie widziała z moją żoną. Więc mniemając, iż moja żona coś tak powie-działa o różnych częściach ciała, które mi po trochu wysiadają, nic w tej przykrej, choć nieciekawej kwe-stii pisać nie będę.

Austriacy są mniej więcej Polakami mówiącymi popsutym niemieckim językiem. Moje życzenie o jasiek – Ohrkissen – jak to wie każde normalne dziecko niemieckie, budzi powszechny lęk, bo tu się mówi jakoś Polster; poza tym mniemają oni (nieco fałszywie), że takie wyrazy, jak Kolatschen, Kren, są echt niemieckie. Zresztą bo ja wiem, co oni mówią, skoro głuchnę nadal, pomału, lecz uporczywie: je-dyne korzystne spostrzeżenie a propos jest takie, iż widząc monetę lub banknocik, zaczynają wszystko całkiem dobrze rozumieć, nawet chyba gdyby kto mówił po EGIPSKU.

Nasza TV chciała pchnąć na ekrany mój „Pamiętnik znaleziony w wannie" i b. chętniem na to poszedł, ino już byłem napisał ongi – co prawda dla Niemców, ale po naszemu – scenariusz do spółki z Janem Jó-zefem i ten J.J. ich jakoś zraził. Jak słyszę, ludzie niemający lepszej pracy biorą się do pisania Monogra-fii o mej osobie, resp.[ectively] mym dziele, co jest lekkomyślnością, zważywszy, iż najpierw nie jestem klasykiem typowym (czyli w stanie daleko posunię-tego rozkładu), a ponadto mogę nawet po śmierci, mało że nękać, widmem nalatywać, lecz ręce i nogi powyrywać, bo osoby, które szczególnie – jakem słyszał – palą się do tego, nawet w piecu uczciwie zapalić nie potrafią.

Nam jest tu dość smutno, i choć moje słabowa-nie nie wyłącznym jest powodem, to jednak takoż. TV tutejszej oglądać sił nie mam; a gdyby jakaś inna była gorsza, to jest akurat taka sama mała pociecha jak to, że człowiekowi porwanemu dla okupu tylko jedno ucho odcięli, a drugiemu oba i jeszcze kawa-łek szpondra, dla lepszego przekonania rodziny, że warto płacić. Zdaje mi się, iż popadam w styl zwany peryfrastycznym, ale cóż zrobić. To bardzo dobrze, że Pani pisze książeczkę, bo choć Pana Boga nie ma, PO TO Panią stworzył, a krój, mój Boże, z jednego można mieć satysfakcję, a z drugiego ponadto jesz-cze grosiwo na Cheopsa. Nb. słyszałem o tych Che-opsach i wahadełkach – to już dawno wymyślono, i wcale nie w Polsce. Marzę o tym, aby się zdobyć na zmianę taśmy w maszynie, ale nie mam dość silnej woli. Cóż więcej? Tomasz dziękuje za życzliwe słowa, nie wiem, czy Państwo widzieli go ostatnio na Kli-nach, bo i tam się pochorował.

Już nie muszę kupować pornograficznych pism, gdyż rozdział o Granicy wzrostu w kulturze, gdzie o mass mediach i o porno być też miało, skończyłem wreszcie i teraz po trochu te piękne magazyny wy-noszę z domu i wrzucam do takich pojemników na papiery i gazety, tylko się rozglądam, czy kto nie wi-dzi, bo mógłby sobie coś błędnie pomyśleć. Zostawi-łem sobie na razie edycję parodystyczną „Playboya", gdzie jest całkiem goła Diana, ta synowica Elżbiety angielskiej, i poniekąd zachęca czytelników, a właś-ciwie oglądaczy do tego, co Pani wie, i chociaż jest to niechybnie tzwany pic, czyli fotomontaż, nie pojmę, czemu to nie jest karalne. Ale być może już Pani pi-sałem o tej Dianie, bo ja tu mam niewiele silnych przeżyć, jeśli brzucha nie liczyć ani tej polędwicy wołowej, co ją teraz właśnie usiłowałem zjeść, a chociaż Teściowa (bo przyjechała do nas) z żoną bardzo wiel-kie lanie jej (polędwicy) spuściły, TEŻ była zelówka. Pisałem do pani Smorąg, żeby dyrektor Próchno, względnie Staub, który wrócił, jak słyszę, starał się o prawa do Eco „Imienia róży"; nowe PISMO, które tu dostałem raz, zamieściło kawałki tak przełożone, że gdybym oryginału nie czytał (właściwie w wer-sji niemieckiej i jeszcze angielskiej), nigdy bym nie dał wiary, że tak można dobry tekst złajnić. I tym się kończy epistoła, w której jest sama prawda goła i rymy pełne, chociaż wiem, że to nie to,

Stanisław Lem

PS No i masy serdeczności dla Pani i dla Pana od nas wszystkich. ©?

Książka Stanisława Lema, Ewy Lipskiej i Tomasza Lema, „Boli tylko, gdy się śmieję... Listy i rozmowy", ukazała się przed kilkoma dniami nakładem Wydawnictwa Literackiego.

Stanisław Lem (1921–2006) to polski pisarz science fiction, tłumaczony na ponad 40 języków. Ewa Lipska jest poetką i felietonistką. Tomasz Lem, tłumacz, jest synem Stanisława Lema i autorem książek o swoim tacie

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95