Kiedy piszę te słowa, wciąż napływają nowe informacje, więc postanowiłam opisać sprawę w dwóch czy nawet trzech kolejnych felietonach.

Tło sprawy przedstawia się mniej więcej następująco: sędziów do Sądu Najwyższego i do różnych federalnych sądów mianuje prezydent za „poradą i zgodą" Senatu. Od wielu już jednak lat akceptacja sędziów przypomina starcie dwóch drużyn siłaczy ciągnących linę, każdy w swoja stronę. Już dawno przestano mianować i akceptować sędziów na podstawie ich kwalifikacji i bezstronności; wprost przeciwnie: demokraci wysuwają i popierają sędziów posiadających to, co się nazywa w Stanach postawą liberalną, która sprowadza się do ograniczenia prawa do posiadania broni i przede wszystkim prawa do przerywania ciąży. Po drugiej stronie są republikanie – liberałowie w sprawach gospodarczych i w sprawach zasięgu rządu federalnego, którzy bronią wolności poszczególnych stanów do decydowania zarówno o poczęciu życia ludzkiego, jak i prawa do zakończenia go za pomocą broni palnej.

Powoływanie się na ducha i literę konstytucji ma sens, gdy debatują o tym prawnicy z prawdziwego zdarzenia, a nie reprezentanci partii politycznych, walczący o głosy wyborców. Można powiedzieć, że konstytucję, pisaną ponad 200 lat temu, której bronić ma Sąd Najwyższy, obie strony traktują czysto instrumentalnie. Kolejni prezydenci starali się wypełnić brakujące miejsce w Sądzie Najwyższym kandydatami, którzy najbardziej odpowiadali partiom, z których się wywodzili. Co kraj, to obyczaj, i sędziowie amerykańskiego Sądu Najwyższego mianowani są dożywotnio. Bywały więc przypadki, gdy sędziowie namawiali swojego bardziej zramolałego kolegę, by podał się do dymisji. Przez ostatni rok prezydentury Baracka Obamy Senat, zdominowany przez republikańska większość, odmawiał nawet rozpatrywania jego kandydatur.

To, co dzieje się teraz z kandydaturą Bretta Kavanaugha jest oczywistą i nieukrywaną zemstą demokratów. Kiedyś sędziowie byli akceptowani na podstawie swoich kwalifikacji, ale ostatnio, prawie zawsze, proporcja głosów odpowiada proporcji partyjnego rozdziału. Prezydent Trump mianował Kavanaugha nie tyle z powodu jego wysokich kwalifikacji, ale dlatego że jednoznacznie wyraża opinię, że wobec prezydenta nie można prowadzić ani śledztwa, ani poddawać go karze. Demokraci od razu ogłosili, że są przeciwni jego kandydaturze i w czasie przesłuchań w Komisji Prawnej Senatu próbowali pokazać, że sędzia Kavanaugh nie ma dostatecznych kwalifikacji, jest wrogiem kobiet i mniejszości etnicznych. Większość jednak, niewielka co prawda, w komisjach i w Senacie, należy do republikanów.

Gdy zakończyły się przesłuchania i zbliżała się data głosowań, demokraci nagle się ożywili. Najpierw pojawiły się informacje o tajemniczej kobiecie, która wiele tygodni temu napisała list do posłanki z Kalifornii o tym, że sędzia Kavanaugh, mając 17 lat, dobierał się do niej i tak ją tym przestraszył, że myślała, że ją udusi. Cała Ameryka, a przede wszystkim telewizje kablowe, dyskutowała o tym, nie znając szczegółów sprawy. Wiadomo było jednak, że kobieta nie pamięta dokładnie, kiedy i gdzie wydarzyła się ta napaść i że tak była nią poruszona, że o niej zapomniała i dopiero po 30 latach przypomniała sobie o tym w czasie terapii.

Tak zwane wspomnienia odtworzone mają mieszaną reputację: zdarzały się przypadki, że wspomnienie nie było wspomnieniem pacjenta, lecz sugestią terapeuty. Większość odtwarzanych wspomnień dotyczy zazwyczaj traumatycznych przeżyć seksualnych, przede wszystkim w okresie wczesnego dzieciństwa, a nie w wieku kilkunastu lat. W tym przypadku pamięć wróciła doktor psychologii Christine Blasey Ford, wykładowczyni statystyki na Uniwersytecie w Palo Alto. Po ujawnieniu sprawy łatwo można było się zorientować, kto jest po czyjej stronie. Entuzjastyczni zwolennicy dowalenia Kavanaughowi nazywali ją bądź profesor, bądź doktor Ford, sceptycy nie dodawali tytułów przed nazwiskiem, zwłaszcza że tytułowanie nie jest zbyt w Ameryce popularne.

W następnym felietonie – tylko dla dorosłych – szczegóły, wielu już, oskarżeń natury seksualnej, dziewictwo sędziego oraz o potrzebie utworzenia KOM-u: Komitetu Obrony Mężczyzn.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:
prenumerata.rp.pl/plusminus
tel. 800 12 01 95