O co chodzi w piłce nożnej? O to, żeby strzelić więcej goli niż przeciwnik? Zła odpowiedź. O to, by kibice mogli dać upust swoim emocjom? Też nie. Prawidłowa odpowiedź brzmi: w piłce nożnej chodzi o walkę z rasizmem, homofobią i przemocą oraz o piętnowanie postaw obraźliwych wobec innych. Wszyscy, którzy tego nie rozumieją, są mastodontami nieprzystającymi do nowoczesności.
Od kilku lat, zwłaszcza w ojczyźnie futbolu, na Wyspach Brytyjskich, trwa nieprzerwana kampania obrońców politycznej poprawności, której celem jest uczynienie z piłki nożnej jeszcze jednej wypranej z emocji gałęzi biznesu rozrywkowego. Każdy obraźliwy gest, każde zdanie odnoszące się do rasy, religii czy upodobań seksualnych gracza albo kibica drużyny przeciwnej jest traktowane jako przestępstwo i może być ścigane prawem. Pada ostatni bastion wolności słowa – stadion piłkarski.
Bluzgi gorsze od brutalnych fauli
W ubiegły weekend dwa mecze Pucharu Anglii wzbudziły szczególne zainteresowanie mediów. W Londynie Chelsea grała derbowe spotkanie z Queen's Park Rangers, kilkaset kilometrów na północ Liverpool walczył z Manchesterem United. W dawnych czasach ludzie byliby zainteresowani grą i wynikiem, ale takie rzeczy są dziś tylko dla futbolowych prostaków. Najważniejsze pytanie piłkarskiego weekendu w Anglii brzmiało: czy na obu stadionach dojdzie do aktów rasizmu, czy nie.
Podobno rasizm to jeden z największych problemów futbolu na Wyspach. Nie szkodzi, że 30 procent zawodowych graczy to czarni, a futbol jest jedną z ciągle nielicznych dziedzin życia, w której czarny Brytyjczyk może stać się milionerem wyłącznie dzięki swojemu talentowi i pracy. Nie szkodzi, że na trybunach widać dziś kolorową mozaikę ludzi, a akty rasizmu na stadionach należą do wyjątków. Czym mniej jest w Anglii rzeczywistych przejawów rasizmu, tym gorętsza staje się walka z nim i tym więcej organizacji się do niej włącza.
Od kilku miesięcy brytyjskie media sportowe, i nie tylko, żyją sprawą dwóch piłkarzy – Luisa Suareza z Liverpoolu i Johna Terry'ego z Chelsea, którzy kilka miesięcy temu dopuścili się ponoć napaści na tle rasowym na czarnych piłkarzy. W weekend ofiary i ich prześladowcy stanęli naprzeciw siebie. Na szczęście tym razem mecze przebiegły bez zakłóceń, ale pamięć o wstrząsających wydarzeniach sprzed kilku miesięcy dominowała relacje z meczów.
O co chodziło? W grudniu urugwajski napastnik Liverpoolu Suarez został uznany za winnego użycia rasistowskiego określenia wobec francuskiego obrońcy Manchesteru United Patrice'a Evry. Angielski Związek Piłki Nożnej opracował 100-stronicowy raport z tego wydarzenia, które, nawiasem mówiąc, składało się łącznie z trzyzdaniowej wymiany bluzgów między obu piłkarzami, w której Suarez rzekomo nazwał Evrę „negro". Urugwajczyk został odsunięty od ośmiu meczów, co jest groteskowo surową karą. Zwykle nawet za brutalne faule rujnujące karierę zawodnika piłkarze dostają trzy, cztery mecze zawieszenia. Obrońca Chelsea John Terry skończył w sądzie. Został on oskarżony o „przestępstwo publiczne na tle rasowym", ponieważ rzekomo (Terry zaprzecza) nazwał obrońcę QPR Antona Ferdinanda „pier...ną czarną p...dą".
Mecze nie są obowiązkowe
Proszę mnie dobrze zrozumieć. Nazywanie kogoś w ten sposób jest przejawem skrajnego chamstwa. Rzecz w tym, że tego typu zachowania w trakcie meczu piłkarskiego nie są żadnym przejawem rasizmu czy homofobii. Boisko piłkarskie jest dziwnym miejscem: ludzie kopią się bezkarnie po nogach, obrzucają ordynarnymi wyzwiskami, czasem nawet dają sobie po twarzy.
Przykładając normalne miary, zarówno piłkarze, jak i ludzie na trybunach, to psychopaci pompowani adrenaliną, których należałoby odwieźć w komplecie do szpitala wariatów albo do więzienia. Do tej pory tego nie robiono, wychodząc z założenia, że zdecydowana większość piłkarzy i kibiców po meczu zmienia się w normalnych ludzi: piłkarze podają sobie dłonie i zapominają o urazach, a kibice wracają do domów i zamiast śpiewać wulgarne piosenki jedzą kolację z rodziną, a następnego dnia idą do pracy i nie wymyślają szefowi, nawet jeśli kibicuje innej drużynie. To, co dzieje się na boisku i stadionie piłkarskim, traktowane jest inaczej niż to, co dzieje się w normalnym świecie.
Rozumiem, że taka konwencja nie jest przeznaczona dla wszystkich. Na szczęście uczęszczanie na mecze piłkarskie nie jest obowiązkowe. Niektórzy nie lubią, gdy siedzący obok gruby spocony facet z pianą na ustach wyraża niepochlebne opinie na temat matki piłkarza drużyny przyjezdnej. Zresztą tradycyjnie na stadionach istniały specjalne sektory dla „koneserów futbolu", ludzi, którzy przyszli po prostu obejrzeć mecz, a nie zmieniać się na 90 minut w dzikusa. Jednak do niedawna trybuna była miejscem, na którym z założenia wolno było więcej. Można zostać poważnie obrażonym, można się wkurzyć albo oburzyć. I to chodzi – właśnie po to wielu ludzi przychodzi na stadion.
Zabawa w ofiary i donosicieli
W ostatnich latach skupiona wokół futbolu grupa aktywistów społecznych forsuje jednak nowy model futbolu. Według tego modelu, jeśli np. uderzony łokciem w twarz piłkarz krzyknie do przeciwnika: „Wyp..., ty pedale!", to nie jest to skutek puszczenia blokad u sportowca, który w ogniu walki nie panuje nad odruchami, ale wyraz jego głęboko przemyślanych ideowych przekonań na temat homoseksualistów, które jako obraźliwe powinny być karane prawem. Wiem, że brzmi to jak niezbyt śmieszny dowcip, który mogli wymyślić wyłącznie ludzie, którzy nigdy w życiu nie grali w piłkę ani nie chodzili na stadion. Jednak to oni nadają dziś kierunek zmianom. Złe emocje są nie do przyjęcia nie tylko jako politycznie niepoprawne. Ważne również jest to, że odrzucają one od futbolu ludzi z pieniędzmi, na których sponsorom zależy znacznie bardziej niż na tradycyjnych kibicach.
W efekcie wprowadza się kuriozalne przepisy, np. w Szkocji parlament pod kierunkiem Szkockiej Partii Narodowej uchwalił pod koniec ubiegłego roku jedną z najbardziej drakońskich ustaw ograniczających wolność słowa w demokratycznym świecie. Za śpiewanie „obraźliwych" piosenek w trakcie meczu piłkarskiego można zostać skazanym na karę więzienia do pięciu lat. Nie ma rozróżnienia na słowo i czyn – karana jest nie fizyczna agresja wobec drugiego człowieka (z tym nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien mieć problemu), ale „obraźliwe" słowo czy gest. Już są pierwsi skazani. Paradoksalnie obecnie derby Glasgow Celticu z Rangersami, podczas których od zawsze kibice obrażali się słowem i gestem, a piłkarze grali tak, jakby uczestniczyli w wojnie plemiennej – stają się coraz mniej dramatyczne, zarówno na boisku, jak i na trybunach.
Skąd zatem ta świeża troska o psychiczny komfort kibica? Po części jest to objaw szerszego trendu współczesnej kultury, w której wiara, że ludzie są silnymi indywidualnościami potrafiącymi sobie poradzić z przeciwnościami losu, krytyką ze strony innych, a nawet agresją słowną zostaje zastąpione przekonaniem, że wszyscy składamy się z wrażliwych na krzywdę grup pokaleczonych ofiar losu, które bez ochrony państwa, organizacji społecznych i sądu zginą marnie. Kibice Celticu od stu lat znoszą antykatolicką agresję słowną na stadionie Rangersów i odpowiadają na to nacjonalistycznymi piosenkami sławiącymi IRA na swoim obiekcie. Teraz obie grupy dowiadują się, że bez opieki władz grożą im stan permanentnej depresji i inne cierpienia psychiczne.
Co ciekawe, szkoccy i angielscy kibice reagują zgodnie z oczekiwaniami władz. Po pierwsze, nikt nie dziwi się, gdy mecze stają się okazją dla służb bezpieczeństwa do wyszukiwania na trybunach wszelkich oznak „obraźliwego" zachowania. Na spotkaniach obarczonych największym ryzykiem pojawiają się nie tylko stewardzi, ale również policjanci, którzy patrolują trybuny (w mundurach i po cywilnemu), identyfikując kibiców, którym wymsknie się politycznie niepoprawny okrzyk.
Jest też nowe zjawisko: sami kibice rejestrują zachowania swoich przeciwników, a następnie publikują niepoprawne gesty czy słowa na YouTube, wzywając policję do działania. Zachęceni do występowania w roli ofiar kibice, zgodnie z sugestią władz, zmieniają się w ofiary i donosicieli.
Wszystko dla sponsorów
Wielka Brytania stoi w awangardzie przemiany piłki nożnej ze sportu pełnego pasji i rodzącego pasję w wydezynfekowany biznes rozrywkowy zorganizowany według ustaleń sponsorów i wiodącej myśli politycznej poprawności. W Polsce mamy rodzimą wersję walki z kibicami. U nas politycy również nie rozróżniają między stadionowymi bandytami, których należy wsadzać do więzienia, a pełnymi pasji fanatykami piłkarskimi, których, owszem, nie ma obowiązku wspierać ani nawet rozumieć, ale którzy – póki nie napadają na ludzi ani nie podpalają samochodów – mają pełne prawo do kibicowania w sposób, jaki uznają za stosowny. Boisko i trybuny są częścią przestrzeni publicznej i wszelkie ograniczanie w niej prawa do wolności słowa jest nadużyciem ze strony władz. Jest też wyrazem wszechogarniającej bylejakości, oportunizmu i konformizmu, które stają się znakami rozpoznawczymi naszej kultury.
Na boisku przed meczami już teraz mamy piłkarzy odczytujących drżącym głosem apele o zwalczanie rasizmu. Moim zdaniem wkrótce pójdziemy krok dalej: piłkarze, którym wymsknęło się przekleństwo, albo – nie daj Boże – „rasistowski" czy „homofobiczny" gest, będą musieli składać przedmeczową samokrytykę. Nie będzie wolno wykonywać żadnych gestów religijnych, np. żegnać się przed meczem, ani politycznych (czy ktoś jeszcze pamięta piłkarzy Liverpoolu, którzy napisami na koszulkach wyrażali wsparcie dla strajkujących dokerów?). A na trybunach będziemy mieli jednolity tłum przypominający pacjentów po lobotomii mózgu klaszczący radośnie po równo dla obu drużyn i wznoszący zupełnie nieobraźliwe okrzyki, które potem sponsorzy wykorzystają w reklamie czipsów i coli.