Dziwka – szepnęła kobieta. – Pod matczynym dachem... z bolszewikiem. Przyłożyła do dziurki od klucza drugie oko, jakby w nadziei, że dzięki temu w ciemnym pokoju zobaczy łatwiejszy do zaakceptowania obraz. Znów jednak miała przed sobą tylko sylwetki nagich ciał. Ze złości przygryzła wargę. Następnie powoli się wyprostowała. Jej wzrok padł na migocące ozdoby umieszczone na jodełce wiszącej nad kuchennym stołem. Wydawało się jej, że jedna z bombek zaraz spadnie z końca gałązki. Przesunęła ją. Przeszła przez ciemne pomieszczenie w stronę ławki, ale nie usiadła. Spoglądała na drzwi do pokoju jak na granicę. Nie wiedziała jednak, czy tej ważnej granicy nie może przekroczyć, czy – wręcz przeciwnie – musi to zrobić.

Po chwili kilkoma energicznymi krokami wróciła pod drzwi. Kiedy jej palce zacisnęły się na klamce, ponownie się zawahała. Zabrała powoli rękę i wytarła w fartuch, jakby dotknęła czegoś nieczystego. Przeszła znów przez kuchnię i osunęła się na ławkę. Drewno zaskrzypiało. Kobieta w napięciu patrzyła na drzwi, ale kiedy się nie otwierały, pogroziła w ich stronę pięścią i zniesmaczona zasyczała:

– Zwierzęta w rui. Nic wam nie przeszkadza.

Pokręciła głową i westchnęła.

– Ale to jest mój dom – powiedziała już niemal na głos. – I moja córka.

* * *

Dziewczyna wędrowała twarzą po torsie mężczyzny. Twarde włosy łaskotały ją po ustach. Wdychała ostry męski zapach. Kiedy dotarła do pachy, odsunęła się:

– Musimy wymyślić, jak cię wykąpać, żeby mamusia niczego nie zauważyła.

– Czto? – spytał mężczyzna.

– Wykąpię cię. Umyję.

– Mienia myt' nada? – śmiał się mężczyzna. – Woz'mu snieg...

– Jaki tam śnieg! Wykąpię cię w ciepłej wodzie jak dzieciątko.

– Dzieciątko? – powtórzył mężczyzna.

Uniósł się na łokciu, by widzieć twarz dziewczyny. Przyglądał się jej w jasnym świetle księżyca, które przenikało przez małe okno.

– Kogda wojna zakonczitsia i dietiatko budiet.

Dziewczyna parsknęła śmiechem, przycisnęła dłoń do ust, by stłumić chichot.

– Imia pierwogo malczika budiet Aleksiej – szeptał mężczyzna. – W naszej siemje wsiegda tak bywajet, pierwyj malczik Aleksiej. Aleksiej Aleksiejewicz.

– A z kolei w naszej rodzinie córka ma zawsze imię po matce, Zuzana. Aleksiej i Zuzana.

Dziewczyna odwróciła się na bok i przysunęła do mężczyzny. Podkurczoną nogę położyła mu na brzuchu.

– A kiedy już wojna się skończy?

– Kogda my ubjom wsiech niemcew!

– Wszystkich chyba nie?! Na dole w mieście też żyją Niemcy, to są dobrzy ludzie.

Mężczyzna ją pocałował. Nagle wstał i przycisnął twarz do okna.

– Niemcy! – krzyknął.

Otworzył okno i nagi wyskoczył na dwór. Dziewczyna wyrzuciła za nim karabin.

Ułamek sekundy później otworzyły się drzwi i do pokoju wbiegła matka.

– Zamknij okno, durna babo. Niemcy idą!

Dziewczyna jednak nadal stała. Złożyła ręce, a jej usta szeptały już pierwsze słowa modlitwy. Matka ją odepchnęła, doskoczyła do okna i je zamknęła. W pośpiechu pozbierała porozrzucane części rosyjskiego munduru.

– Halt! – odezwało się na dworze.

Zaraz potem rozległy się strzały i padły rozkazy po niemiecku. Dziewczyna przykleiła twarz do szyby, ale matka znów ją odciągnęła:

– Głupia, włóż koszulę i się połóż! Udawaj, że śpisz. Nigdy go nie widziałaś. Nie mamy z tym nic wspólnego.

Strzelanina nie ustawała.

Naga dziewczyna klęczała na łóżku z głową pochyloną aż do kolan i modliła się mechanicznie.

– Matko Boża, wysłuchaj mnie i pomóż. Matko Boża, wysłuchaj mnie i pomóż. Matko Boża, wysłuchaj mnie i pomóż – powtarzała.

Matka z wojskowym ubraniem w rękach patrzyła na jej nagie plecy.

– Wysłuchaj grzesznicę i pomóż bolszewikowi?! – wysyczała. – Dobrze, że ojciec tego nie dożył.

Ich wzrok się spotkał. Obie właśnie zdały sobie sprawę, że nie słychać już strzałów.

– Mamusiu, oni mi go zabili – wyszeptała dziewczyna.

– Ubierz się i połóż – poleciła jej matka. – Jemu już nie pomożesz, albo uciekł, albo go złapali.

Dziewczyna wykonała polecenie powoli jak dziecko, które jest świadome własnej bezsilności. Matka usiadła na skraju łóżka i grubą kołdrą przykryła nagą córkę.

Wierzchem dłoni pogłaskała ją po policzku:

– Niemcy mogą nadejść w każdej chwili. Będą nas przesłuchiwali. O niczym nie wiesz! Obudziła cię strzelanina. Jego ubranie wrzucę do pieca. I włóż coś w końcu na siebie, ty latawico!

* * *

O świcie matka wyszła na dwór. Wzięła z szopy łopatę i zaczęła odgarniać śnieg. W nocy trochę napadało, ale ślady pod oknem pokoju córki były nadal widoczne. Zrobiła kilka ruchów łopatą, zanim dostała się do ziemi.

Przycisnęła twarz do szyby. Córka ciągle klęczała przy łóżku i się modliła.

Kobieta wyruszyła po śladach. Na zmianę odgarniała śnieg albo usypywała go na małe kupki. Przeszła tak przez podwórko i ogród aż pod płot. Jedna żerdka była rozwalona. Kobieta wzięła ją do ręki i z całej siły cisnęła na wielką górę pociętego drewna przy oborze.

– Tę dziurę mamy w płocie już od kilku lat, Herr Offizier. Ciągle nie mogę jej naprawić. Przecież pan wie, że kiedy kobieta jest bez chłopa, to od razu widać to na gospodarstwie. Psie życie, panie oficerze. Hundeleben, Herr Offizier. Frau ohne Mann... Der Frau ohne das Mann... – przygotowywała sobie, co powie Niemcom.

Przerzuciła parę łopat śniegu z ogrodu i zasypała ślady za płotem. Po czym jej wzrok przykuła jakaś rzecz na zboczu.

– Mój Boże – wyszeptała – spraw, żeby to mi się tylko śniło.

W oddali wystawało ze śniegu coś sinego.

Chałupa stała na skraju wsi. Było całkiem możliwe, że oprócz niej i niemieckich żołnierzy nikt inny nie wiedział o martwym ciele w śniegu. (...)

Córce nic nie powie. Zakazała jej wychodzić z domu i jeszcze jej to powtórzy. I musi przeszkodzić każdemu, kto będzie chciał iść w stronę trupa pod ich oknami. Ochroni córkę. Jest taka młodziutka, z czasem zapomni. Przespała się z nim, ale nie jej jednej to się przytrafiło. Wojna wkrótce się skończy i dziewczyna znajdzie sobie innego. Takiego, który umie wybaczać. I to wszystko zostanie tylko w najtajniejszych wspomnieniach, ukryte jak pod śniegiem. (...)

* * *

Kiedy Zuzana wracała po zboczu do domu, zauważyła, że od strony ich ogrodu idzie w jej kierunku trzech mężczyzn. Dwaj to byli żołnierze radzieccy, czerwień naramienników na ich mundurach świeciła w chłodnym marcowym słońcu, trzecim był milicjant, ubrany po wiejsku cywil z czerwoną opaską na rękawie. Oby tylko nie chcieli wywieźć stąd gdzieś daleko Aleksieja, przyszło jej znowu do głowy.

– Wy jesteście Zuzana Lauková? – spytał milicjant, kiedy spotkali się na środku łąki.

– Tak, przecież wiecie – odparła Zuzana.

Mężczyzna pogardliwie wydął usta:

– Musicie złożyć wyjaśnienia w pewnej sprawie, pójdziecie z nami.

Żołnierze radzieccy wykazywali nią małe zainteresowanie. Szli z przodu i coś ich żywo bawiło.

– Chodzi o pochowanie Aleksieja? – spytała Zuzana.

– Nie wiem – odpowiedział mężczyzna z czerwoną opaską. – Na dole w Lewoczy wam powiedzą. Weźcie dokumenty i jak chcecie, to też jakieś okrycie. Może znów zacząć padać.

Zuzana przyśpieszyła, by dogonić żołnierzy. Chciała usłyszeć jak najwięcej z ich śpiewnej ruszczyzny, która przypominała jej Aleksieja.

Kiedy przyszli do domu, matka stała już na podwórku.

– Co się dzieje? – spytała.

– Nicziego – uśmiechnął się jeden z żołnierzy i machnął ręką.

– Naprawdę nic – uspokajała matkę Zuzana. – Niech się mama nie niepokoi.

– Musi złożyć wyjaśnienia w pewnej sprawie, pójdzie z nami – milicjant powtórzył swoje wcześniejsze słowa. Odwrócił się do Zuzany i rozkazał wrogo:

– Prędko do środka, po dokumenty. Raz-dwa!

W kuchni Zuzana otworzyła kredens i wzięła z niego swoje dokumenty. Schowała je w modlitewniku.

– Chcecie zabrać też ten śpiewnik? – milicjant był zaskoczony.

– Jeśli będzie trzeba czekać, to chociaż się pomodlę – wytłumaczyła Zuzana.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

Zuzana weszła do pokoju, by wziąć wełnianą chustę. Drzwi pozostały uchylone, więc słyszała, jak matka pyta mężczyznę, czy teraz jest już z Rosjanami. Powiedział jej, że przecież każdy widział, co się działo w okolicznych wsiach, kiedy przechodził tamtędy front. Rosjanie byli rozwścieczeni i ktoś musiał znaleźć odwagę, by ich zhaltować. Matka spytała go drwiąco, czy wcześniej haltował też Niemców. Odparł, żeby lepiej siedziała cicho.

Zuzana pomyślała, że przecież wcale nie musi chodzić po Lewoczy jak stara babka z modlitewnikiem w ręku, więc przebrała się w granatową odświętną spódnicę mamy, która z przodu miała wszytą od wewnątrz kieszeń. Tam włożyła książeczkę.

Przy furtce stał rosyjski samochód. Żołnierze siedzieli już w środku i czekali, aż Zuzana wsiądzie. Matka jednak mocno objęła córkę, przyciskała ją do siebie, jakby nie chciała jej puścić. W końcu milicjant musiał wysiąść z auta, by energicznie odciągnąć córkę od matki. Kobieta rozpłakała się i znów próbowała ująć w ramiona Zuzanę. Milicjant odepchnął ją i krzyknął:

– Uchodi, swołocz!

Rosyjscy żołnierze wymienili między sobą rozbawione spojrzenia.

Zuzana wsiadła i auto ruszyło.