Czarniawką zresztą nazwano ją dopiero po wojnie. Za Niemca nosiła dumne miano Schwarzwasser, a jej mitycznym dorzeczem były hałdy okolicznych kopalni. To właśnie ze strumyków żłobiących zbocza hałd brała się woda i kolor granicznej rzeczki.
Nieraz jako dziecko wyobrażałem sobie wczesne godziny pierwszego dnia września 1939 roku, kiedy tysiące obutych w ciężkie buciory hitlerowskich najeźdźców przeskakują metrowej szerokości koryto Czarniawki i pędzą na podbój sanacyjnej Polski. W istocie, świetnie byliśmy zabezpieczeni przed rzeszą barbarzyńców Adolfa Hitlera. Strategiczną rolę granicy Czarniawka przestała pełnić dokładnie pięć lat później, kiedy granicę przesunięto kilkaset kilometrów dalej na zachód. Strumyk Czarniawka stał się więc całkiem neutralny, za to na potęgę wyrósł rozrastający się na brzegach dawnej granicznej „rzeki" park.
Przed wojną były to raczej chaszcze. Za to po wojnie, czy to za sprawą przypadku, czy okrutnego żartu komunistów, pośrodku poniemieckich terenów zielonych postawiono kamienny pomnik ze spiżowym torsem, a całemu parkowi nadano imię generała Świerczewskiego. Żeby było jeszcze godniej, na straży parku postawiono dwa odlane w brązie lwy, sieroty po zburzonym przez Sowietów gigantycznym pałacu w Świerklańcu. Strzegły więc teraz pamięci zamordowanego przez bandytów z UPA polskiego generała i stanowiły ulubione tło dla fotografujących się nowych mieszkańców dawnego Hindenburga.
Nie pamiętam, kiedy spojrzałem na pomnik generała Waltera po raz pierwszy, ale musiały to być głębokie lata 60. Zapewne jeszcze z jakiegoś przedpotopowego wózka albo z wysokości karku niosącego mnie na barana dziadka. Co zobaczyłem, zaglądając w spiżowe oczy bohatera komunistycznej Polski? Hart ducha? Siłę woli? Proletariacką niezłomność? Ano nie. Z późniejszej legendy wynika, że najbardziej interesowały mnie siadające na łysinie bohatera hiszpańskiej wojny domowej „ptaszki". W istocie generał Walter miał wielkie powodzenie u lokalnych gołębi. Nie darowały mu ani jednego popołudnia, czego zresztą ślady nosił godnie na głowie przez całe moje dzieciństwo, skłaniając mnie do zadawania coraz bardziej niewygodnych pytań. – A czy ktoś to sprząta? – pytałem. – Niestety, trzeba czekać na deszcz... – z zagadkowym uśmiechem odpowiadał mój dziadek.
Do dziś intensywnie czuję dyskomfort generała Świerczewskiego, który tak bardzo udzielał się również mojej skromnej osobie. Nie tylko miałem poczucie głębokiej niesprawiedliwości dziejowej (nie dość, że zabity przez UPA, to jeszcze udręczony przez gołębie!), ale też wchodząc w jego głowę, wyobrażałem sobie, jak głęboko pożąda oczyszczających strumieni deszczu. – A może założymy mu kapelusz? – wymyśliłem któregoś dnia, kiedy wiedziałem już, do czego służą kapelusze. Dziadek nie wyraził zgody, więc rozstałem się z tą myślą i w ogóle z troską o samopoczucie generała Waltera na zawsze.