– Po co ponad stu sędziów pracuje w Ministerstwie Sprawiedliwości jako urzędnicy, pobierając przy tym i sędziowskie, i urzędnicze wynagrodzenia? Nie mogą to być po prostu zwykli urzędnicy? – zapytał znajomy laik.

– Bo zajmują się sprawami sędziowskimi, organizacją pracy sądów, statystyką, projektami przepisów dla sądownictwa – odparła merytorycznie znajoma zorientowana w sprawie.

– A czy komunię, którą ksiądz rozdaje podczas Eucharystii, też przygotowują księża? – nie ustępował znajomy laik.?Hm..., pomyślałem, coś w tym jest, skoro mamy Krajową Radę Sądownictwa, Sąd Najwyższy, organizacje i stowarzyszenia sędziowskie, z którym władza zobowiązana jest konsultować ważne dla tych środowisk zmiany.

A jeśli do tego dodać, że wiele zmian przygotowanych przez tzw. sędziów resortowych było, mówiąc delikatnie, nietrafionych albo budziło zaciekłą krytykę „sędziów sądowych"– wątpliwości są coraz większe.

I jeszcze rosną, gdy popatrzymy na umocowanie takiego sędziego urzędnika. Jest niezawisłym sędzią, chronionym przez immunitet, który kiedyś, po odbyciu delegacji, wróci do macierzystego sądu, by orzekać (nie licząc tych, którzy sędziami pałacowymi są od 20 lat i dobrze płatnej kariery nie chcą zamieniać na duszną sędziowską salę rozpraw).

Jest też urzędnikiem, który podlega ministrowi sprawiedliwości, politykowi. Jego kariera, awans od niego zależą. Czy to nie jest zbyt bliska relacja, stwarzająca pokusy dla słabych charakterów? Casus Milewskiego to doskonały przykład.

Ważąc korzyści i zagrożenia, można zapytać, po co wymiarowi sprawiedliwości takie ryzykowne uwikłanie.

Wróćmy do samego projektu zmian. Wydaje się, że ministerstwo, próbując ograniczyć sędziowskie delegacje do pięciu lat, zastosowało półśrodek, który niczego nie rozwiąże. Czy nie lepiej dać zainteresowanym wybór: kariera w ministerstwie albo sędziowska toga?