Reklama

Artur Nowak-Far: Państwo powinno dobrze ważyć korzyści i koszty interwencji

Rzetelna regulacja jest zawsze lepsza niż iluzja regulacyjna, która prowadzi do tego, że ludzie „robią swoje”.
Państwo powinno ważyć, czy regulacja nie przyniesie strat

Państwo powinno ważyć, czy regulacja nie przyniesie strat

Foto: Adobe Stock

Państwo ma władzę regulacji wszystkiego. Jednak wszystkiego nie reguluje. Wiadomo przecież, że o rzetelną regulację jest trudno – musi ona wskazywać realny, zrozumiały społecznie cel, a także ustanawiać takie mechanizmy jego osiągnięcia, które są proporcjonalne, a więc dobrze ważą korzyści i koszty interwencji regulacyjnej. Jeżeli się tego nie zapewni, powstają iluzje regulacyjne: prawo coś reguluje, a ludzie „robią swoje”.

Czy iluzję regulacyjną można zobaczyć?

Każdy odpowiednio wnikliwy konsument łatwo może się przekonać, że w sklepach spożywczych, a także – co ciekawe – w punktach sprzedaży wyrobów tytoniowych, poczesne miejsce znalazły dodatki smakowe – aromaty. Oferowana jest ich taka rozmaitość, że nawet ich oglądanie przypomina jakąś niesamowitą podróż po kolorach, kształtach opakowań, a zwłaszcza nazwach – zarówno produktów, jak i samych aromatów.

Dla waszej wiedzy – to wszystko ilustracja iluzji regulacyjnej. Tej obecnie istniejącej i tej stanowiącej odpowiedź na nowe zjawiska na rynku. Państwo prowadzi przecież walkę z nałogami; zależy mu (słusznie!) zwłaszcza na tym, by młodzi ludzie nie szukali i nie znajdowali kontaktu z produktami, które mają moc wciągnięcia w nałóg. Jednym ze sposobów tej walki jest wprowadzanie zakazów nadawania wyrobom tytoniowym wabiących zapachów i smaków (co samo w sobie jest przejawem niesamowitej niekonsekwencji, skoro inne nałogi niż „tytoniowy” mogą cieszyć się wszelkimi smakami i zapachami świata). Co ciekawe, zakaz aromatyzacji ma wkrótce dotyczyć także saszetek nikotynowych.

Czytaj więcej:

Zmiany w przepisach podatkowych Chaos z akcyzą od e-papierosów: jedno ministerstwo i dwa różne projekty

Pro

Producenci tych wszystkich wyrobów (przynajmniej ci legalnie funkcjonujący) dostosowują swoją ofertę do wymogów prawa. Wyroby, o których mowa stają się stopniowo bezsmakowe i bezzapachowe – część z nich zaczyna mieć jedynie zapach tytoniu (bo ten jest zawsze – nie wiadomo dlaczego – dozwolony). Ale czy użytkownicy tych wyrobów dokładnie takie je spożywają? A gdzie tam! – nie ma nic prostszego niż samemu zaromatyzować jałowy produkt! Efekt jest więc taki, że powstaje dziwna sytuacja, w której jak domek z kart rozpada się cały pomysł, jak to skutecznie Państwo będzie teraz zapobiegać nałogowi palenia tytoniu czy ssania saszetki, jak to nie trafią one przez to do ust uczniów i jak nauczyciele nie będą już zmuszani do zgadywania, co też w buziach mają nastolatki (na lekcjach nie powinni mieć niczego poza aparatami ortodontycznymi, jeżeli tak zalecił lekarz). To wszystko wiara, która opiera się nie na obserwacji zachowań konsumentów, ale na głębokim zanurzeniu samych prawodawców w ich własny świat wyobrażeń, jak świat powinien działać.

Reklama
Reklama

Czy z iluzją regulacyjną można żyć?

Oczywiście! Nie ma nawet innego wyjścia. Jak pokazuje praktyka sklepowa, znakomicie dadzą sobie z nią radę konsumenci. Zadowoleni muszą być również sprzedawcy – przecież regulacja wykreowała nowe potrzeby i nowy popyt na aromaty. Zmniejszenie popytu na produkty, o których tu mowa, ma odciążyć także służbę zdrowia, od leczenia następstw nałogów z nimi związanych.

Gorzej jest z polskimi producentami tytoniu – ci nie mogą być zadowoleni. Skutkiem regulacji jest przecież zmniejszenie popytu na hodowane przez nich liście. Bo przecież nawet do saszetek nikotynowych te liście są niezbędne. Aby wytworzyć 1 tonę czystej nikotyny potrzeba z 40 ton takich liści. Sytuację ratuje trochę to, że polscy producenci zaopatrują nie tylko polski, ale i zagraniczny rynek nikotynowy – nie bez powodu Polska jest 3. co do wielkości producentem tytoniu w UE, zaś udział tytoniu w eksporcie wyrobów rolno-spożywczych to imponujące 11 proc. Ale nikt nie wynagrodzi tym producentom niepokoju o przyszłość w warunkach ciągłego ograniczania ich działalności.

Poszkodowany jest również Skarb Państwa – tu wspomnieliśmy o legalnych alternatywach przerabiania produktów przez samych konsumentów. A przecież dochodzi do tego zjawisko wchodzenia przez sprzedawców wyrobów nielegalnych w te miejsca rynku, które zostały opuszczone przez producentów legalnych. A przecież produkty nielegalne nie tylko uszczuplają dochody budżetowe, ale – co wydaje mi się ważniejsze – nie dają nawet minimalnych gwarancji, że nie szkodzą zdrowiu użytkowników grubo ponad wszelkie akceptowane legalnie miary. Jakie dla systemu ochrony zdrowia będą koszty leczenia następstw używania produktów nielegalnych i aromatów z szemranych źródeł? – nie wiemy.

Pieniądze, pieniądze…

Szacunkowo, ubytek dochodów budżetowych z samych saszetek, to 520 mln zł w pierwszym roku obowiązywania iluzji regulacji i około 1 mld zł w następnych latach. Łączny koszt iluzji regulacyjnej dla wszystkich wyrobów przemysł szacuje na około 8 mld zł. W dzisiejszych, niespokojnych czasach, trochę szkoda tych pieniędzy.

Autor jest profesorem nauk prawnych, doktorem nauk ekonomicznych, wykłada w Szkole Głównej Handlowej; nie jest konsumentem wyrobów, o których tu napisano

Opinie Prawne
Jacek Goliszewski: Potrzebujemy wizjonerów
Materiał Promocyjny
Jedna rata i większa kontrola nad budżetem domowym?
Materiał Promocyjny
PR&Media Days 2026
Opinie Prawne
Marek Kobylański: Cyfrowa pułapka na przedsiębiorców
Opinie Prawne
Piotr Szymaniak: Trybunał zrobił unik, ale cieszyć się nie ma z czego
Opinie Prawne
Bogusław Chrabota: Trybunał Konstytucyjny na drodze do samozagłady
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama