Aby zarządzać przedsiębiorstwem, trzeba nieustannie myśleć, poszukiwać i ryzykować. Myśleć o tym, jak tu nie dać się krajowej i zagranicznej konkurencji. Poszukiwać nowych rynków zbytu, kanałów dotarcia do klienta, nowych technologii i zdolnych pracowników. Ryzykować, inwestując czasem wszystkie rezerwy w nowe przedsięwzięcia. Od takiego myślenia nie zwalnia wyjście z biura, weekend czy wakacje. Jednak jeśli tacy właśnie ludzie zarządzają firmą – jest szansa, że będzie dobrze prosperowała. Taka właśnie firma da pracę ludziom, którzy może nie mają zdolności menedżerskich, ale przynajmniej ich miejsce pracy przetrwa.

Jakkolwiek patetycznie by to brzmiało, menedżerowie na co dzień tworzą siłę naszej gospodarki. I na ogół rynek ich ceni. Nieprzypadkowo ze swoją pomysłowością i zaangażowaniem trafiają do zarządów mniejszych i większych firm. I choć w ogólnej populacji są mniejszością, to większość mniej kreatywnych ludzi zawdzięcza im, przynajmniej pośrednio, swoje własne powodzenie. Bo pracują w dobrze zarządzanych firmach.

Czytaj też: 

Rząd planuje oskładkowanie większości prezesów

„Polski Ład” PiS: Nowa składka zdrowotna dla władz spółek

Niestety, właśnie się dowiadujemy, że rząd ma inne zdanie. Resort finansów zaproponował, by nałożyć obowiązkową składkę zdrowotną na członków zarządów spółek. I to w sytuacji, gdy owi członkowie zarządów i tak zazwyczaj ubezpieczenie płacą z innych tytułów. I wcale nie pojawiła się przy tym gwarancja, że w razie choroby taki menedżer trafi do lepszego szpitala niż inni. Zresztą ta propozycja ze zdrowiem nie ma wiele wspólnego. To po prostu danina za kreatywność i samodzielność. Ci mniej kreatywni takich niespodzianek nie doznają, a jeszcze dostaną większą kwotę wolną od PIT.

Kiedyś przeżyłem piękną przygodę, jaką był rejs „Darem Młodzieży", statkiem szkolnym Uniwersytetu Morskiego w Gdyni. Jeden z oficerów „Daru" opowiedział mi wówczas, dlaczego absolwenci polskich szkół morskich są cenieni na wszystkich oceanach od Singapuru po Buenos Aires. Bo gdy bosman powie Polakowi, „zajmij się pokładem", to ten wie, że trzeba uporządkować liny, zmyć deski, wyczyścić rdzę. Sam zadba o ogólny porządek na statku. Dla odmiany, marynarz chiński posłusznie wykona polecenie „klaruj liny", ale potem siądzie w kucki i będzie czekał, co dalej. Dopiero gdy bosman powie mu coś o rdzy, ten może się domyśli, że trzeba chwycić za pilnik. Bo rzadko kiedy potrafi pomyśleć o łajbie jako całości. Za to polski marynarz jest ceniony za swoje gospodarskie podejście. Umie zarządzać – jeśli nie całym statkiem, to przynajmniej jego częścią.

Najwyraźniej polski rząd woli chińskie załogi. A przecież dziś wody światowej gospodarki wcale nie są spokojne. To, że nasza flota jeszcze po nich pływa, to zasługa tych zdolnych oficerów pokładowych, którzy uratowali wiele małych i dużych statków w czasie sztormu zwanego pandemią. A teraz ci właśnie oficerowie dostaną po nosie. Do stu beczek zgniłych śledzi, dokąd my płyniemy?