Rząd potrafi szybko i efektownie zmieniać przepisy, zwłaszcza, gdy robi to na fali publicznych emocji, oburzenia- jakimś bulwersującym wydarzeniem, nagłośnionym w TV. Udowadniał już to wiele razy. Toteż zaostrzenie kar za chuligańskie burdy zapewne będzie najważniejszym punktem zbliżającego się posiedzenia Rady Ministrów i tematem rozlicznych konferencji i narad.
Problem polega na tym, że odtrąbione w świetle jupiterów plany, i „twarda" postawa niezłomnego ministra Sienkiewicza może niczego nie zmienić.
Bo to nie w ułomności przepisów jest problem, ale w ich egzekwowaniu, oraz strategii państwa w walce z tym zjawiskiem, której po prostu nie ma.
Problem burd pseudokibiców na stadionach został wyeliminowany dobrych kilka lat temu. Dziś na obiektach sportowych jest to zjawisko marginalne, bo przeniosło się na ulice i trasy dojazdowe pseudokibiców.
W przypadku stadionów wystarczyły rozwiązania organizacyjne ( karty kibica, kontrole, monitoring, aktywne służby ochrony) oraz egzekwowanie przyjętych reguł, aby „kibol" pojął, że zadyma mu się po prostu nie opłaca, a ryzyko ujęcia i kary jest bardzo duże.
W tym jednak zasługa głównie organizatorów, właścicieli obiektów, którzy zadbali o bezpieczeństwo na stadionie (czytaj swój interes). Poza nimi, w obszarze działania państwa jest niemoc. Bo od lat oprócz grożenia palcem, buńczyznych haseł i zapowiedzi, dzieje się nie wiele. Również mentalnie. Przykład gdyński pokazał, że policjanci nie tylko nie potrafią monitorować przemieszczających się kibiców po Polsce i szacować ryzyko, ale o zgrozo zaczynają się upodabniać do strażników miejskich, dla których jedynym sensem funkcjonowania są mandaty dla kierowców. A tam gdzie można oberwać, lepiej trzymać się na uboczu i czekać na posiłki.
To żenującej i smutne, ale również w policji naczelnym wyznacznikiem są statystyki, którymi może pochwalić się miejscowy komendant w centrali a nie angażowanie się w długotrwałe operacje monitorowania i wyłapywania chuliganów.
Jeżeli zatem, rząd- tak jak zapowiada- chce potraktować sprawę poważnie powinien zapytać najpierw komendę główną policji jak wygląda długofalowe zaangażowanie stróżów prawa w walkę z tym zjawiskiem, czy jest jakaś strategia, plan, koordynacja działań, system wymiany informacji itp. Ile raportów i analiz powstało, ile wniosków z nich zrealizowano w praktyce.
Jaka będzie odpowiedź łatwo się domyśleć. A najlepiej to widać nie po gdyńskiej lekcji, ale na przykładzie Krakowa, gdzie problem ulicznego czy osiedlowego „kibolstwa" znany jest od dekad i co jakiś czas zbiera swoje krwawe żniwo. Problem mimo, że wiele razy nagłaśniany wciąż przerasta nasze organy ścigania.