Zawsze wydawało mi się, że komornik to zawód zaufania publicznego. Okazuje się jednak, że coraz częściej jest przedsiębiorcą, i to kapitalistycznym. Egzekucja to dla niego przede wszystkim maksymalizacja zysków. W tym wszystkim ginie dłużnik: człowiek, który – co nie ulega wątpliwości – nie płacił na czas i z tego powodu podlega karze.

Oczywiście ktoś powie, że komornik nie jest od tego, by być lubiany. Jednak próba budowania na egzekucji biznesu budzi mój sprzeciw. Wynagrodzenie komornika zależy od wartości przedmiotu egzekucji, stanowi odpowiedni jego procent. Niby wszystko w porządku. Jeśli jednak do kryterium jednostkowego zysku dodamy obrót, może się okazać, że efektywniejsze finansowo jest sprzedanie mienia (np. traktora lub auta) szybko, choć po zaniżonej cenie, by poprawić wynik wyższym obrotem. A że traktor nie należał do dłużnika? Kogo to obchodzi, może właściciela traktora, bo na pewno nie komornika.

Pomnażanie obrotów, większe zyski, przyjmowanie kolejnych spraw do egzekucji. Wszystko to brzmi jak strategia firmy. Bo kancelarie komornicze stają się firmami. Te się rozwijają i powstają hurtownie komornicze, w których coraz częściej dochodzi do pomyłek, niesłusznych lub wręcz niezgodnych z prawem zajęć. A to już kuriozum. Dobrze, że nikt nie wpadł na pomysł udzielania premii dyrektorom zakładów karnych za większy obrót.

Komornicy zdają się zapominać, że nie są katami, lecz ramieniem sprawiedliwości. Mają działać zgodnie z prawem. Nagana dla człowieka, który komuś zajął bezprawnie jego własność, wprowadził rozgardiasz w życie i zmusił do chodzenia po sądach, jest – delikatnie rzecz ujmując – nieadekwatnym środkiem.