Można zrozumieć, że państwo sięga po nadzwyczajne środki, które mogą zagrażać podstawowym wolnościom obywatelskim, w sytuacji kiedy realnie narażone na niebezpieczeństwo jest dobro wspólne, np. w związku z atakami terrorystycznymi. Takie działania wydają się wtedy zrozumiałe, ponieważ celem jest ochrona ogółu.

Czymś zupełnie jednak niezrozumiałym w państwie o demokratycznych fundamentach, a jednocześnie nie tak dawnych złych doświadczeniach, jest tworzenie bez wyraźnej przyczyny kolejnych narzędzi inwigilacji.

Jak dowiedziała się „Rzeczpospolita", rząd zamierza poprzeć kontrowersyjne przepisy o kontroli operacyjnej przygotowane przez Senat, które z założenia miały wyprostować to, co przed rokiem zakwestionował Trybunał Konstytucyjny: zbyt dużą swobodę służb.

Tymczasem zmiany, które miały zdyscyplinować służby m.in. w sięganiu po billingi obywateli, idą w przeciwnym kierunku.

Dzieje się tak mimo negatywnych opinii i słów krytyki, której nie szczędzą nie tylko organizacje pozarządowe czy samorządy prawnicze, ale również ośrodki zajmujące się kontrolą jakości legislacji.

Od wielu lat Platforma Obywatelska straszyła państwem policyjnym Prawa i Sprawiedliwości, wizjami kolejnych ofiar IV RP o twarzy zapłakanej Beaty Sawickiej. Niosła owe strachy na wyborczych sztandarach.

Jak się okazuje, było w tym morze hipokryzji, gdyż teraz wartości, którym tak hołdowała i na których nienaruszalność tak była nastawiona, depcze, nie siląc się nawet na przekonujące uzasadnienie.