Poleciała głowa dyrektora więzienia, w którym odsiadywał wyrok skazany. Minister zapowiedział też, że chce zaproponować rządowi zmiany w monitorowaniu groźnych przestępców oraz zaostrzenie kar za okrutne gwałty.

Gwałt to rzecz straszna, obrzydliwa, oburzająca. Naturalna się staje chęć odwetu, oczekiwanie surowej, sprawiedliwej kary. Budzą się one zresztą w opinii publicznej praktycznie zawsze, gdy dojdzie do bulwersującego przestępstwa: wypadku, zabójstwa, gdy ginie niewinna ofiara.

Odruch stary jak świat, czy jednak za każdym razem musi mu ulegać minister sprawiedliwości, który – mam takie idealistyczne przekonanie – powinien patrzeć na problemy trochę z lotu ptaka, trochę z szerszej perspektywy?

Niestety, w Polsce od blisko dwóch dekad ministrowie sprawiedliwości ulegają populistycznym pokusom bardzo łatwo. Absolutne wyjątki potrafią się im oprzeć.

Efekty? Prawo karne nowelizowane nawet kilkanaście razy w ciągu roku. Zazwyczaj według tego samego schematu: bulwersujące przestępstwo i szybkie podniesienie kary za jego popełnienie, oczywiście w świetle reflektorów.

Nikt nie dokonuje analizy, czy taka zmiana przyniesie spodziewany skutek w postaci spadku przestępczości, nikt nie monitoruje również, jak sprawdził się przepis po roku, dwóch czy trzech latach obowiązywania. Nie o to przecież chodzi. Ważne jest tu i teraz, szybki, spektakularny sygnał do opinii publicznej dający wzrost poparcia w sondażach.

Tyle że to droga donikąd, bo zaostrzenie i tak już surowego prawa niczego nie zmieni, nie odstraszy. Będzie medialnym efektem na chwilę, do następnego gwałtu.

Warto przypomnieć, że w państwie Hammurabiego istniał jeden z najostrzejszych kodeksów karnych w dziejach, którego przesłanie obrazuje słynne: „oko za oko, ząb za ząb". I czy naprawdę ktoś uważa, że przestępczość tam została zupełnie zlikwidowana?

Zapraszam do lektury najnowszej „Rzeczy o Prawie".