Kościół katolicki w ogóle nie powinien się angażować w politykę. Jego zadaniem jest bowiem troska o rozwój duchowy człowieka i jego zbawienie w zupełnie innym, wyższym wymiarze. Jeżeli poważnie traktujemy państwo demokratyczne, to musimy mieć na uwadze także to, że jedną z jego właściwości jest pluralizm światopoglądowy.
W Polsce tymczasem zarówno instytucje kościelne, jak i media popełniają ten sam błąd – wywierają na Polaków presję, by głosowali w określony, dogodny dla nich, sposób.
W trakcie obecnej kampanii prezydenckiej mogliśmy obserwować przypadki, gdy księża wyraźnie sugerowali wiernym, na kogo powinni oddać głos. To w ogóle nie powinno mieć miejsca. W końcu do Kościoła katolickiego należą także ci wierni, którzy nie popierają Jarosława Kaczyńskiego ani Prawa i Sprawiedliwości.
Niepokoi mnie także ostatnia decyzja Watykanu w sprawie beatyfikacji księdza Jerzego Popiełuszki. W rzeczywistości nie umarł on bowiem jako krzewiciel wiary, lecz jako działacz polityczny. Jeżeli jednak traktuje się ks. Popiełuszkę jak świętego, to aprobuje się zarazem jego śmierć męczeńską jako kapłana i działacza politycznego.
Kościół, podając za wzór postawę tego błogosławionego, zachęca pozostałych księży do angażowania się w politykę. Nie jestem w stanie tego zrozumieć.
[srodtytul]Ciche i głośne poparcie[/srodtytul]
Jednocześnie zdecydowana agitacja Kościoła na rzecz kandydata Prawa i Sprawiedliwości wcale mnie nie dziwi. Partia Jarosława Kaczyńskiego jest jedynym ugrupowaniem na polskiej scenie politycznej, które poza tym, że powołuje się na wartości społeczne i patriotyczne, otwarcie odwołuje się do katolicyzmu. PiS jak żadna inna partia w Polsce jednoznacznie podkreśla swój związek z Kościołem. Dlatego poparcie Kościoła dla tego ugrupowania jest dość logiczne.
Niejednoznaczna jest natomiast postawa Platformy Obywatelskiej, która też zabiega o aprobatę hierarchów kościelnych. Dowodem na to jest chociażby fakt, że premier Donald Tusk, przed pięcioma laty, będąc kandydatem w wyborach prezydenckich, wziął ślub kościelny ze swoją od 27 lat żoną Małgorzatą. Jednak PO, w odróżnieniu od PiS, oficjalnie do tego cichego poparcia biskupów się nie przyznaje.
Wiele osób, nie zdając sobie z tego sprawy, głosowało na Platformę Obywatelską. Wyborcy sądzili, że skoro partia rządząca głosi liberalizm ekonomiczny, to stoi również na gruncie wyraźnego rozdzielenia sfery państwa i Kościoła. A w gruncie rzeczy tak nie jest.
Mam więc zastrzeżenia do tych wszystkich partii politycznych, które po cichu zabiegają o poparcie ze strony Kościoła, a oficjalnie jednoznacznie tego nie mówią, wprowadzając wyborców w błąd. Zapewne taka postawa służy pozyskaniu głosów tych, którzy są obojętni pod względem religijnym czy też nie chcą żyć w państwie wyznaniowym.
[srodtytul]Winni nie tylko księża[/srodtytul]
Uważam, że zarzuty co do zachowania w trakcie kampanii prezydenckiej należy też postawić mediom publicznym. Przekaz z nich płynący niejednokrotnie przesądzał o wyniku wyborów. Media te nieustannie namawiały do tego, by głosować na PO. Najbardziej oburzało mnie twierdzenie, że głos oddany na kogoś innego (łącznie z PiS) będzie głosem straconym. To samo dotyczy sondaży, które starały się wykazać przeciętnemu obywatelowi, że jeżeli nie będzie głosować na typowanego przez nie kandydata, jego głos pójdzie na marne. W państwie demokratycznym należy mieć szacunek dla poglądów, w tym politycznych, grup mniejszościowych. Tymczasem w telewizji publicznej słyszy się z reguły poglądy przedstawicieli większości społeczeństwa. Następuje tym samym manipulacja świadomością jednostek, które na ogół błędnie mniemają, że większość ma rację i że duża liczba zwolenników jakiegoś kandydata świadczy o tym, że powinien zostać wybrany.
Kościół na szczęście do tego się nie posunął.
[i]—not. mog[/i]
[i]Prof. Maria Szyszkowska jest filozofem, politykiem lewicy, działaczką społeczną, wykładowcą akademickim[/i]