List mailem przysłał, życzenia własną ręką zaadresowane złożył...
Poniżej, Pan Wicepremier rozpoczął swój list tak:
zbliżające się Święta Bożego Narodzenia, to czas (...)
.. Dobrych parę minut oczy przecierałem ze zdziwienia. Ja, skromny obywatel, a tu proszę.. Wicepremier prawie czterdziestomilionowej populacji troszczy się o mnie. Po nocach nie śpi, nad biedą moją rozmyśla, na jeszcze biedniejszych ode mnie słowem wskazuje, abym nie zapomniał o nich, ani o Ojczyźnie - ufność w serce wlewa. Sam miód! Własną wicepremierowską ręką wykaligrafował nagłówek, zapewne śpieszył się gdzieś, biedaczysko, zapracowany widać, na jakieś bardzo ważne spotkanie. Niewyraźnie napisał, to fakt, ale co mi tam.. Po silniejsze okulary pobiegłem, nawet lupę, w końcu rozszyfrowałem: „Sz Pastw". W pierwszej chwili pomyślałem, że może to pomyłka, życzenia nie do mnie, do Agencji Rolnej, może o jakieś pastwiska mu chodzi. Ale nie. Skapowałem się wreszcie, że to ja jestem adresatem. „Szanowni Państwo" - ach ! – rozumiem ! - „skrótem napisał był ..
Po pierwszym zdaniu to wykapowałem, napisanym z małej litery - rzec by można - prosto, po chłopsku. Mała litera to na pewno ja. A co tam Pan Wicepremier Piechociński będzie się certolił, o formy grzecznościowe, czy interpunkcyjne zabiegał. Ważne, że w ogóle do mnie napisał. Wcześniej decydenci nie pisali. Ani Gomułka, ani Gierek, ani namiestnik bolszewii, potocznie zwany "generałem". Nikt, nigdy wcześniej do mnie nie napisał. Ani słowa. To niby o co ja się czepiam? Komu to potrzebne? Było, nie było, od wielu lat nad wyraz dzielnie kopię się z koniem. Czy ktoś to dostrzegł, docenił ? Zatem odpuścić chciałem, ale tego samego dnia, po południu, otrzymałem zaproszenie do teatru - w staroświeckim rozumieniu tego słowa - do kultury. Tym razem jakaś teatralna dama z „info@teatr warsawy" zaprasza mnie na spektakl pt. „ Burdelszopka 2013." Burdel jak burdel.
Każdy mniej więcej wie o co chodzi. Z tą różnicą, że jedni wiedzą więcej, inni mniej. Natomiast gorzej z fuzją. Szopki z burdelem. Nawet gdyby szło o kpinki z rekonstrukcji rządu, czy z naszych tzw. polityków. Albowiem słowo „szopka" wywołuje ( przynajmniej w moim umyśle ) pewne asocjacje; ciepłe, pachnące dzieciństwem, ciszą kościoła, wiarą. Bo to przecież jakże piękna, szczególnie w Polsce od pokoleń pielęgnowana tradycja Bożonarodzeniowa – jakże piękny zwiastun miłości i pokoju. Także dla około jednego miliarda dwustu milionów wierzących w cud narodzin Syna Bożego. I tu nagle, ktoś chce mi te moje ostatnie ciepłe wspomnienia odebrać, spostponować, tworząc pojęciowy przekręt z antagonistycznych słów.
Jakiś ktoś wkracza w moje dzieciństwo arogancko, bezprawnie . W przekonaniu, że kaganek z kopcącym knotem który trzyma w dłoniach emanuje światłem artyzmu. Gdzie zatem ( i czy w ogóle ?) istnieje jeszcze jakaś granica, choćby cienka linia, której nie wolno przekroczyć? Szacunek dla tradycji, wartości utrwalonych w historii, dla słowa? Gdzie skryć ma się sacrum, by nie dopadł je profan? I jakie ustawić zasieki w obronie kultury systematycznie przemielanej w przaśny, chamski twór. Powie ktoś: to bez znaczenia. Ja sądzę inaczej: jeśli w otoczeniu wicepremiera nie ma nikogo, kto nauczyłby go , jak poprawnie pisze się list, jeśli bawić nas będzie „burdelszopka", to rozkwitające na naszych oczach „burdelpaństwo" wessie nas wszystkich. I za parę lat życzyć będziemy sobie wzajemnie:
SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO BURDELROKU !