Jakub Dymek: Lewica żyje poza parlamentem

Przekierowanie lewicowej agendy ze straszenia PiS lub PO dla doraźnych korzyści na faktyczne problemy pokazuje, że gra nie toczy się o bycie przyszłym koalicjantem, przystawką jednego lub drugiego ugrupowania, ale o realny wpływ na politykę – pisze publicysta „Krytyki Politycznej".

Aktualizacja: 19.12.2014 07:00 Publikacja: 18.12.2014 01:11

Robert Biedroń osiągnął sukces wyborczy, ponieważ nie prowadził kampanii pod partyjnym szyldem – uwa

Robert Biedroń osiągnął sukces wyborczy, ponieważ nie prowadził kampanii pod partyjnym szyldem – uważa autor

Foto: Fotorzepa/Jerzy Dudek

Poranne programy polityczne w radiu czy telewizji mają nas budzić – ktoś pokrzyczy, ktoś powie coś kontrowersyjnego, ktoś się oburzy. Lewicowego wyborcę, aktywistkę czy społecznika budzą jednak w sposób szczególny. Bo jak nie zerwać się z łóżka, gdy po raz dziesiąty w tygodniu ktoś z głośnika czy ekranu telewizora wierci dziurę w brzuchu i pyta: „Czemu nie ma lewicy?", „Czemu jest tak słaba?", „Czemu wciąż się kompromituje?". Ciśnienie skacze, wstaje się błyskawicznie, energia do działania jakby się zwiększa. Ale na pytania radiowych i telewizyjnych gadających głów odpowiedzi dalej nie ma. Albo inaczej: nikt, skupiając się tylko na losach SLD i Twojego Ruchu, nie chce jej tak naprawdę znaleźć.

Wyborcy bez złudzeń

Nie dziwi mnie, że skutecznej i wiarygodnej lewicy nie odnajdują ci, którzy szukają jej w parlamencie. Reprezentacja SLD w tej kadencji nie może sobie zapisać na konto żadnych sukcesów w dziedzinie walki o prawa pracownicze czy państwo opiekuńcze. Równość płci i związki partnerskie jakoś przebijają się do świadomości polityków i polityczek Sojuszu, ale z Leszka Millera raczej feministy nie zrobią. Podobnie jak starzy baronowie SLD nie staną się orędownikami nowego prekariatu. Nawet w dziedzinie polityki historycznej – na ten front Sojusz przerzucił przecież swoją awangardę – idzie im niemrawo. Wydany jakiś czas temu przez SLD „Niezbędnik historyczny" pokazał, że nawet w opisywaniu i analizie dorobku PRL sprawniejsze są młode socjolożki i badacze niż ludzie, którzy tamten system współtworzyli i na sentymencie do Polski Ludowej chcą budować swoje poparcie. Uparta obrona więzień CIA w Polsce pokazuje też, że czołowi politycy Sojuszu nie tylko ignorują lewicową opinię publiczną w kraju, ale i odcinają się od stanowiska właściwie całej lewicy politycznej w Europie i na świecie, której nigdy nie było po drodze z Bushowskim pomysłem na wojnę z terroryzmem.

Czołowi politycy lewicy są rozpoznawalni, ale mają olbrzymi elektorat negatywny, nie cieszą się też wielkim zaufaniem

Idźmy dalej. Twój Ruch Janusza Palikota? Owszem, odniósł spektakularny sukces w 2011 roku, z miejsca stając się trzecią siłą w Sejmie, wprowadzając do parlamentu Roberta Biedronia, Annę Grodzką, Wandę Nowicką. Ale wraz z nimi również oportunistów, którzy szybko zmienili barwy, gdy było im to na rękę. Palikot słabł z każdym kolejnym pomysłem, bo do żadnego nie udało mu się przekonać mediów, co dziś okazuje się ważniejsze niż kiedykolwiek. Lider TR z lewicy zresztą sam się wypisał. Najpierw, popierając podwyższenie wieku emerytalnego, w nadziei, że ułatwi mu to rozmowy z Platformą Obywatelską w przyszłości, a następnie – rejteradę z lewej strony sceny politycznej, potwierdzając serią wywiadów, w których mówił, że lewicą nigdy nie był.

Nikt nie ma złudzeń co do potencjału politycznego i wiarygodności parlamentarnej nieprawicy. Nie mają tych złudzeń wyborcy. W 2011 roku SLD wypadło poniżej oczekiwań, w tegorocznych wyborach do europarlamentu – mimo dobrych kandydatur – udało im się wysłać do Strasburga garstkę posłów i posłanek, wybory samorządowe były natomiast już klęską. Twój Ruch poradził sobie w eurowyborach jeszcze słabiej, a gorzką pigułkę, którą musieli przełknąć w listopadzie, osładza tylko sukces Biedronia w Słupsku.

Czy to wszystko oznacza jednak, że lewicy nie ma już – jak sugerują media – nigdzie? Oczywiście, że nie, i pokazali to sami wyborcy, szukając alternatywy tam, gdzie mogli. Stąd głosy na komitety lokalne, ruchy miejskie, kandydatów bezpartyjnych. Nawet ci partyjni, którym udało się odnieść sukces – w Słupsku, Częstochowie, Wadowicach – zyskali na własnych pomysłach i programie, a nie partyjnym szyldzie, bo ten mógł ich tylko ciągnąć w dół. Były miasta, gdzie elektorat lewicy lepszą alternatywę znalazł nawet w PiS, jak we Wrocławiu, gdzie Mirosława Stachowiak-Różecka w drugiej turze zagroziła popieranemu przez PO Rafałowi Dutkiewiczowi dzięki postulatom prospołecznym, które promowała głośniej i skuteczniej niż lokalne struktury SLD.

Wyborcy po raz kolejny okazali się mądrzejsi od mediów, bo w odróżnieniu od gadających głów z radia i telewizji szukali, zadawali mądre pytania i nie zadowalali się rutynowymi odpowiedziami. Pokazali, że w odróżnieniu od mediów widzą jedno: szukanie silnej i wiarygodnej lewicy w dzisiejszym układzie partyjnym to strata czasu.

Schylić się po strategię

Szukać jej można za to z sukcesami w miastach, w inicjatywach lokalnych, w związkach zawodowych. Połączona siła mniejszych inicjatyw, uparte drążenie wielu spraw przez grupy nieformalne, zmiana w głowach i większa świadomość (lokalna, miejska, pracownicza, obywatelska) Polaków i Polek wpływa na polityczną busolę tego rządu skuteczniej niż apatyczne i słabe SLD. Niezadowolenie mieszkańców i mieszkanek z imitacyjnego i wyimkowego programu modernizacji realizowanego przez Platformę i aplikowanego także polskim miastom nie pozwoliło na wygraną w pierwszej turze pewniakom popieranym przez PO, jak wspomniany Dutkiewicz we Wrocławiu czy Hanna Gronkiewicz-Waltz w stolicy. To nie duże partie wprowadzają do debaty najważniejsze dla lewicy i sprawiedliwego społeczeństwa tematy. Zatrudnianie na umowach śmieciowych przez uniwersytety, raje podatkowe, łamanie praw pracowniczych wyciągnęły odpowiednio: Komitet Kryzysowy Humanistyki, Młodzi Socjaliści, Inicjatywa Pracownicza, a nie SLD i Twój Ruch czy największe polskie redakcje.

Z tego, jak już teraz wybierają Polacy i Polki, i ze zwrócenia uwagi na to, jakie sprawy są dla nich ważne i wokół czego koncentruje się uwaga niezależnej lewicy, wyłania się jednak pewna strategia. Nie do końca, a szkoda, zauważają ją media. Politycy, którzy na okołolewicowych sztandarach do parlamentu się dostali, grzeszą jednak bardziej, bo nie chcą lub nie są w stanie się po nią schylić. A można.

Jaka to strategia? Odcięcie się od podziału PO i PiS jest jej pierwszym punktem. Owszem, większość głosów w Polsce i tak przepływa tylko między tymi dwoma obozami (albo ściślej: w ramach jednego prawicowego obozu, który tworzy PO–PiS), ale jasne powinno być dla wszystkich, że nawet dwie duże partie nie pokrywają całości spektrum politycznego. PO, żeby pokonać Ryszarda Grobelnego w Poznaniu, musiało pozorować wychył w lewo, podobnie postąpił PiS, żeby zagrozić Dutkiewiczowi we Wrocławiu. A przecież ewentualna trzecia siła lewicowości pozorować nie musi, może prospołeczne i równościowe postulaty głosić otwarcie i z obietnicą obstawania przy nich także po wyborach. Nie musi też licytować się o nie w ramach dzisiejszego podziału. Przeciwnie, powinna mówić, że to właśnie trwanie duopolu PO–PiS powoduje, że wielu spraw nawet nie uda się ruszyć. In vitro – Platforma będzie krążyć, PiS blokować. A wiemy z Częstochowy, że da się inaczej. Podobnie jest ze związkami partnerskimi. A jeszcze szersze pole otwiera się, gdy wyjść poza tak zwane sprawy obyczajowe.

Traktat TTIP jest dla potencjalnej lewicowej koalicji wyśmienitą okazją, by pokazać, że obie partie prawicowe nie rozumieją interesu Polski w europejskiej polityce handlowej, nie traktują problemów polskiego rynku serio i kiepsko orientują się w nowoczesnych wyzwaniach gospodarczych. Głosy mieszkańców dużych miast, drobnych przedsiębiorców i tych, którzy naprawdę troszczą się o innowacyjną gospodarkę, także mogłyby należeć do dzisiejszej lewicy, gdyby zechciała postawić sprawę inaczej. Powinna powiedzieć, a nie jest to tajemnica, że TTIP będzie wielkim ułatwieniem dla olbrzymich koncernów, otworzy rynki europejskie na eksport z USA i zagrozi ochronie lokalnego przemysłu i producentów.

W Polsce nawet skrajni liberałowie gospodarczy przyznają, że wielkim firmom i zagranicznym korporacjom żyje się w Polsce jak w raju, podczas gdy mały biznes ucierpiał na kryzysie. Skoro więc oni mogą punktować (prawicową przecież w kwestiach gospodarczych) koalicję, czemu nie może zrobić tego lewica przed wyborami? „Po stronie pracowników, polskich firm i lokalnej gospodarki" – to wręcz gotowe hasło. Innowacje i modernizacja to w ogóle zasadnicza sprawa, która pozwala mówić odrębnym głosem, wystarczy pokazać, jak bardzo ucierpiała polska kolej, jak sprywatyzowano transport autobusowy, jak podrożała komunikacja w miastach w ciągu dziesięciu prawie lat, gdy rządził PiS, a potem PO–PSL.

Przeorientowanie lewicowej agendy ze straszenia PiS lub PO dla doraźnych korzyści na faktyczne problemy daje nie tylko szansę na odróżnienie się (a można w wielu sprawach: bezpieczeństwo energetyczne, realna pomoc dla Ukrainy, prekariat, podatki) od dzisiejszego układu. Pokazuje też, że gra nie toczy się o bycie przyszłym koalicjantem, przystawką jednego lub drugiego ugrupowania, ale realny wpływ (nawet z ław opozycji) na politykę. Co więcej, może być pierwszym krokiem do odbudowania zaufania między lewicą parlamentarną (nieważne pod jakim szyldem) a coraz silniejszą lewicą pozaparlamentarną, która też przecież zyskuje, gdy ma w Sejmie wiarygodnego sojusznika. Niekoniecznie ukochanego przyjaciela, ale rzetelnego partnera.

Chowanie się za własnym ego

Czołowi politycy lewicy są rozpoznawalni, ale mają olbrzymi elektorat negatywny, nie cieszą się też wielkim zaufaniem. To tylko pokazuje, że potrzebna jest „koalicja spraw, nie koalicja twarzy". To możliwe dzięki temu, że są jeszcze politycy i polityczki (Biedroń, Grodzka, Nowacka), którzy taką koalicję poprowadzić mogą, ale także dlatego, że ona wcale nie wymaga rutynowego politykierstwa. Raczej wyjścia z trójkąta między Sejmem, studiem telewizyjnym i partyjnym zjazdem. Ten impuls do zmiany może wyjść tylko gdzieś spoza niego. Ale polityczne centrum nie może być dalej głuche, a liderzy partii, które wciąż chcą za lewicowe uchodzić, powinny przestać chować się za własnym ego, bo w końcu schowane za tym ego zejdą ze sceny i nikt ich wspominać nie będzie.

Serce lewicy bije dzisiaj poza parlamentem, ale w interesie wszystkich, którzy na serio chcą ją budować, jest połączenie tego, co z niej w Sejmie zostało z żywym krwiobiegiem idei, postulatów i dobrych pomysłów w Polsce. Tylko tak da się ten organizm reanimować.

Więc jeżeli ktoś chce się oszukiwać, przekonując, że polityka ogranicza się do Sejmu, droga wolna. Ale proszę, nie nazywajmy tego szukaniem lewicy. Wyborcy są mądrzejsi. I, jak widać, szukają jej dużo skuteczniej. Wielu już znalazło.

Opinie polityczno - społeczne
Michał Szułdrzyński: Rada Ministrów Plus, czyli „Bezpieczeństwo, głupcze”
Opinie polityczno - społeczne
Jędrzej Bielecki: Pan Trump staje przed sądem. Pokaz siły państwa prawa
Opinie polityczno - społeczne
Mariusz Janik: Twarz, mobilizacja, legitymacja, eskalacja
Opinie polityczno - społeczne
Bogusław Chrabota: Śląsk najskuteczniej walczy ze smogiem
Opinie polityczno - społeczne
Jerzy Surdykowski: My, stare solidaruchy