Najwyraźniej w tej Europie nie ma Niemiec czy Wielkiej Brytanii, które nie mają ochoty ratyfikować konwencji.
Przegłosowanie europejskiego zestawu świstków papieru ma spowodować, że w Polsce zniknie wreszcie przemoc wobec kobiet (choć, z niewiadomych przyczyn, nie zniknęła w Szwecji), a pijani konkubenci (a to oni najczęściej biją) już nigdy nie podniosą ręki na swoje partnerki.
Takie bajki od piątkowego głosowania nieustannie opowiadają nam politycy PO, SLD i Twojego Ruchu, których głosami przepchnięto genderowy dokument. Przekonują oni, że zapisy dotyczące promowania płci kulturowej i niestereotypowych ról płciowych mają tak wielką moc, że natychmiast nawrócą maczystowsko nastawionych mężczyzn i sprawią, że staną się oni pokorni jak baranki.
Już to widzę oczyma wyobraźni... Wpada napity (wbrew bowiem teoriom zawartym w konwencji najczęstszą przyczyną przemocy w domu jest alkohol, a nie tradycja czy religia) facet do domu i ma ochotę na kimś wyładować swoje frustracje. A wtedy kobieta wyjmuje z szafeczki książkę Judith Butler i spokojnym tonem mówi do pijanego mężczyzny: – Przemyśl swoją tożsamość seksualną i odpowiedz sobie na pytanie, w którym miejscu kontinuum różnicującego kulturową męskość i kobiecość się znajdujesz.
Facet powalony koniecznością zmierzenia się z tak fundamentalnymi pytaniami natychmiast wyciągnie z kieszeni któreś z dzieł Michela Foucaulta i razem zastanowią się nad tym, kim są naprawdę, i czy przypadkiem ich biologiczność nie narzuca im zachowań sprzecznych z dokumentami, a także czy na jego dążenie do przemocy nie miały wpływu jakieś przekazywane ukradkiem tradycyjne poglądy na temat rodziny i religii.