Kiedy trzy i pół miesiąca temu pisałem pierwszy felieton poświęcony wojnie amerykańsko-irańskiej, nie było to wcale jasne. Wojna trwała zaledwie kilka dni, amerykańskie i izraelskie samoloty oraz rakiety niemal bezkarnie niszczyły cele w Iranie, prezydent Trump zapewniał, że potencjał bojowy przeciwnika został całkowicie zniszczony, a elita władzy wyeliminowana. Ceny ropy, po początkowym wzroście, wyraźnie wyhamowały. Wystarczyło jednak kilka godzin, by wszystko się odwróciło: irańskie drony skutecznie sparaliżowały ruch tankowców i uderzyły w rafinerie w krajach arabskich, ceny ropy oszalały, islamski reżim okazał się odporny na ciosy i skuteczny w kontrolowaniu kraju. Zaczęła się długotrwała wojna, w której żadna ze stron nie odnosiła decydującego sukcesu, a cały świat znajdował się coraz bliżej prawdziwego kryzysu paliwowego. Nie tylko wzrostu cen benzyny, ale braków w zaopatrzeniu i wybuchu paniki na rynku. Co zapewne było głównym czynnikiem skłaniającym prezydenta Trumpa do poszukiwania porozumienia, nawet kosztem rezygnacji z wielu stawianych początkowo żądań. Bo kolejek po benzynę (takich, jak pół wieku temu) Amerykanie na pewno szybko by mu nie zapomnieli.

Czytaj więcej

Witold M. Orłowski: Iran a sprawa polska

W felietonie sprzed trzech i pół miesiąca usiłowałem odgadnąć, kto gospodarczo zyska, a kto straci na tej wojnie. Jak to wygląda z dzisiejszej perspektywy?

Przewidywałem wówczas, że Stany Zjednoczone raczej na niej stracą. I tak się stało, zarówno z powodu bezpośrednich kosztów wojskowych (setki milionów dolarów dziennie!), jak z powodu pogorszenia sytuacji gospodarczej (inflacja powyżej 4 proc., wyhamowane obniżki stóp procentowych). Pisałem też, że najgorszy scenariusz to brak jednoznacznego militarnego sukcesu i kosztowne ugrzęźniecie na lata na Bliskim Wschodzie, w celu ochrony Izraela i arabskich sojuszników przed zemstą Iranu. Zobaczymy, czy tak się nie stanie.

Brak pełnego sukcesu, a zwłaszcza zniszczenia irańskiego programu nuklearnego, oznacza fatalne straty dla Izraela, który z jednej strony wciąż musi liczyć się z potężnym wrogiem, a z drugiej oddalił się od jakiejkolwiek wizji trwałego pokoju z sąsiadami, który jest warunkiem jego dalszego, względnie bezpiecznego rozwoju gospodarczego.

Jak się spodziewałem, na wojnie straciła Europa, choć wygląda na to, że z czysto gospodarczego punktu widzenia straty te nie są ogromne (wzrost inflacji w strefie euro był niższy, niż w USA). Gorzej z bezpieczeństwem, bo spór wokół NATO zaostrzył się.

Czytaj więcej

Witold M. Orłowski: Epicka panika

Chiny wyszły na spory plus, choć trzy miesiące temu nie było to pewne ze względu na ich spore uzależnienie od dostaw surowców z Zatoki Perskiej. Ponieważ jednak nie doszło do poważnego kryzysu na rynku ropy, przeważyły oczywiste korzyści, w tym dalszy wzrost notowań w krajach globalnego Południa i oczywiste osłabienie amerykańskiego rywala.

No i w końcu Rosja. Przewidywałem, że zyska potężny – być może wręcz zbawienny dla Putina – zastrzyk finansowy dzięki wzrostowi cen ropy. I tak by się na pewno stało, gdyby nie zaskakująca ofensywa ukraińskich dronów, ograniczająca możliwości eksportowe i prowadząca do braków paliwa (!) w niektórych regionach kraju.

Dla ekonomisty to dość niemiłe, pomylić się w prognozach. Ale akurat ta pomyłka jakoś mnie nie martwi.