Kilka lat temu premier Mateusz Morawiecki porównał walkę PiS z ówczesną opozycją do starcia zachodniej cywilizacji (czyli PiS) z Persami (czyli Irańczykami). Dziś pewnie w Polsce nikt, może za wyjątkiem grupy największych fanów prezydenta Trumpa, nie ma ochoty demonstrować gotowości do walki z Iranem. Zdecydowanie bardziej interesują nas ceny paliw na stacjach. Póki co, po obniżeniu przez rząd podatków, spadły. Ale co dalej?

Z punktu widzenia geografii Iran jest bardzo od nas odległy, a jednak nie sposób nie zadać pytania o wpływ toczącej się wciąż wojny na polską gospodarkę. Mamy już jedną wojnę, toczącą się od kilku lat tuż za naszą granicą, której efektem stała się w pewnym momencie przekraczająca 18 proc. inflacja i wyhamowanie na kilka kwartałów do zera wzrostu PKB.

Kiedy w pierwszych miesiącach tego roku inflacja spadła do niewidzianego od 6 lat poziomu 2 proc., a wzrost PKB przyspieszył do solidnych 4 proc., mogło się wydawać, że kłopoty wreszcie mamy za sobą. Większość prognoz mówiła o utrzymaniu się polskiego wzrostu pomiędzy 3,5 a 4 proc. i o spadających nadal cenach paliw, które mogą jeszcze silniej obniżyć inflację. Słowem, rok spokoju, i to pomimo toczącej się nadal wojny.

I taki optymistyczny nastrój utrzymywał się aż do 28 lutego, kiedy amerykańskie i izraelskie samoloty zaczęły bombardować Iran, a Irańczycy zaczęli skutecznie blokować ruch tankowców w cieśninie Ormuz i atakować rafinerie w krajach Półwyspu Arabskiego.

Czy grozi nam powtórka ciężkiego szoku wywołanego rosyjską agresją? Oczywiście wszystko zależy od tego, co będzie się dalej działo z cenami ropy naftowej. Mimo rezygnacji z dostaw z Rosji ani Polska, ani Europa nie są w jakimś dramatycznym stopniu uzależnione od importu z Bliskiego Wschodu (przynajmniej nie w takim stopniu, by nie dało się go zastąpić importem z innych kierunków).

Rynek ropy naftowej jest jednak globalny, a braki w jakimkolwiek regionie świata powodują wzrost cen na całym świecie. Ceny ropy wzrosły z 70 dolarów za baryłkę przed wojną do 115 dolarów w momentach paniki, a obecnie oscylują między 90 a 100 dolarów, w zależności od informacji na temat przebiegu wojny i szans na trwały rozejm. Oznacza to zapewne przejściowy wzrost inflacji w Polsce powyżej 4 proc. (już w marcu mieliśmy 3 proc.), a więc nieporównanie mniej, niż w latach 2022-23, a potem być może ponowny spadek w okolice 3-3,5 proc. No tak, ale pod warunkiem, że wojna rzeczywiście wkrótce się zakończy i nie nastąpi u nas trwały wzrost oczekiwań inflacyjnych.

Jeśli natomiast konflikt będzie ciągnął się przez kolejne kilka miesięcy, na rynku ropy pojawią się poważne braki i ceny dalej wzrosną (być może do 150 dolarów za baryłkę). A to oznaczałoby już poważniejszą inflację, być może sięgającą nawet 8-10 proc.

Ale przedłużający się konflikt miałby jeszcze poważniejsze konsekwencje. Braki w dostawach surowców energetycznych z Zatoki Perskiej mogłyby doprowadzić do recesji na Dalekim Wschodzie, a w ślad za tym do wyhamowania wzrostu w Europie. A wtedy polskie tempo wzrostu PKB też znacząco by spadło, być może lokując się bliżej 2 proc. niż 4 proc.

Krótko mówiąc, wszystko zależy od polityki. Jeśli cała bliskowschodnia awantura szybko się skończy, nie powinniśmy jej zbyt boleśnie odczuć (nieco wolniejszy wzrost PKB, przejściowo nieco wyższa inflacja). Jeśli jednak potrwa dłużej, może być znacznie gorzej.

CV

Witold M. Orłowski

główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce, wykładowca Politechniki Warszawskiej