Wydatki na odporność państwa nie kończą się na armii. Czołgi, rakiety i systemy obrony powietrznej są konieczne, ale nie wyczerpują pojęcia bezpieczeństwa. Państwo może być dobrze uzbrojone, a jednocześnie podatne na szantaż energetyczny, skoki cen paliw, zerwane łańcuchy dostaw i kryzysy transportowe. Dlatego inwestycje w bezpieczeństwo energetyczne powinny być traktowane równie poważnie jak inwestycje w obronność.

Czytaj więcej

Baryłka ropy po 150 dol.? Katar ostrzega gazowych klientów, w tym Orlen

Różnica polega na tym, że wydatki zbrojeniowe mają charakter ubezpieczenia na wypadek wojny. Oby nigdy nie musiały zostać sprawdzone w praktyce. Inwestycje w odnawialne źródła energii działają inaczej: ich użyteczność widać niemal natychmiast. Każda megawatogodzina wyprodukowana z wiatru, słońca, biogazu czy biomasy ogranicza zapotrzebowanie na paliwa, których ceny zależą od geopolityki, kursów walut, transportu morskiego i decyzji państw często odległych od naszych interesów.

Lekcja z rynku ropy

To nie są abstrakcyjne ryzyka. Ropa potrafiła kosztować około 20 dol. za baryłkę w czasie pandemicznego załamania popytu, by kilka lat później wracać w okolice poziomów kojarzonych z największymi kryzysami geopolitycznymi.

W marcu 2026 r., po eskalacji wojny wokół Iranu i zakłóceniach w rejonie cieśniny Ormuz, „The Guardian” informował, że cena ropy gatunku Brent wzrosła o 51 proc. w skali miesiąca i sięgnęła 119,50 dol. za baryłkę. W czerwcu ten sam dziennik opisywał gwałtowne wahania cen po doniesieniach o możliwym porozumieniu USA–Iran: ropa spadała z ok. 93 dol. poniżej 85 dol., po czym odbijała powyżej 89 dol.

To najlepsza lekcja ekonomii bezpieczeństwa: państwo, które opiera swój system energetyczny na paliwach zależnych od globalnych kryzysów, importuje nie tylko surowiec, ale także cudzą niestabilność.

Nie jest prawdą, że OZE zawsze i w każdym rachunku są bezdyskusyjnie tańsze, ale też nie jest też prawdą, że węgiel daje Polsce tanie i pewne bezpieczeństwo. Zwłaszcza gdy patrzymy w przyszłość, a nie tylko na istniejące, starzejące się bloki energetyczne

Cena megawatogodziny? To za mało

Spór o OZE w Polsce zbyt często sprowadza się do prostego pytania, co jest tańsze: węgiel czy wiatr, a może słońce? Tak postawione pytanie nie wystarcza. Jeśli wyłączymy z rachunku koszt uprawnień do emisji CO₂, istniejące, zamortyzowane elektrownie węglowe nadal mogą wyglądać konkurencyjnie. Według danych Urzędu Regulacji Energetyki dla wytwórców eksploatujących węglowe jednostki wytwórcze centralnie dysponowane, w 2024 r. (do 14.06.2026 nie podano danych za 2025 r.) średnia cena energii elektrycznej wytworzonej przez te jednostki sięgała 694,21 zł/MWh. Dla porównania, średnia cena sprzedaży energii na rynku konkurencyjnym spadła z 518,81 zł/MWh w 2024 r. do 458,24 zł/MWh w 2025 r., ale jest to inny wskaźnik i nie pokazuje kosztu wytwarzania w elektrowniach węglowych.

System oparty głównie na OZE, jeżeli uczciwie doliczyć rezerwy, magazyny, DSR (programy Demand Side Response czasowego odpłatnego zmniejszenia zużycia prądu na życzenie operatora – red.), sieci, przyłączenia i źródła stabilizujące, może kosztować 400–650 zł/MWh. Nie jest więc prawdą, że OZE zawsze i w każdym rachunku są bezdyskusyjnie tańsze, ale też nie jest też prawdą, że węgiel daje Polsce tanie i pewne bezpieczeństwo. Zwłaszcza gdy patrzymy w przyszłość, a nie tylko na istniejące, starzejące się bloki energetyczne.

Oczywiście współczesna energetyka węglowa zupełnie nie przypomina tej, na której oparta jest produkcja prądu w Polsce – jest efektywniejsza, może być znacznie czystsza lokalnie niż stare polskie bloki, zwłaszcza pod względem pyłów, SO₂ czy NOx, ale nie eliminuje problemu CO₂. Wymaga jednak inwestycji, węgla i jest sprzeczna z Porozumieniem Paryskim oraz polityką UE. A Polska jest w UE – no chyba, że politykom (niektórym) marzy się polexit. Tylko, że wtedy niech sobie przypomną, to, co napisał wieki temu Jan Kochanowski: „nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą, i po szkodzie głupi”.

Najważniejszy argument za rozwojem energetyki odnawialnej nie dotyczy samej ceny megawatogodziny. Dotyczy odporności (Europa przypomniała sobie o niej w czasie pandemii COVID-19). Jeśli system węglowy bez ETS kosztowałby ok. 400 zł/MWh, a system OZE ze stabilizacją ok. 500 zł/MWh, różnica wyniosłaby 100 zł/MWh. Przy produkcji energii elektrycznej rzędu 167 TWh rocznie oznacza to 16–17 mld zł rocznie.

To dużo, ale mniej niż 0,5 proc. PKB i kwota porównywalna z pojedynczymi dużymi programami modernizacji sił zbrojnych. W tym sensie OZE należy traktować jako inwestycję w bezpieczeństwo narodowe. Nie dlatego, że są darmowe. Nie dlatego, że rozwiązują wszystkie problemy systemu elektroenergetycznego. Ale dlatego, że zmniejszają zależność gospodarki od paliw kopalnych, których ceny potrafią zmieniać się skokowo, oraz na globalne łańcuchy dostaw, których koszty w latach 2020–2022 rosły o kilkaset procent A tu też tym wszystkim, którzy powtarzają argument o tym, ile to węgla w Polsce mamy i to na setki lat powiem, żeby popatrzyli na specjalistyczne raporty: węgiel ekonomicznie dostępny to perspektywa 20-30 lat.

Chodzi mi o węgiel kamienny. Brunatny może i dłużej – ale kto zgodzi się na nowe odkrywki degradujące środowisko? Niech politycy lobbujący za tym rozwiązaniem spytają o opinie mieszkańców Gostynia czy Mosiny (bo węgiel w Bełchatowie i Turowie kończy się). A wracając do węgla kamiennego – wydobywamy go z coraz trudniej dostępnych pokładów, często ponad 1000 metrów pod ziemią. To przede wszystkim niebezpieczne i kosztowne. Warto postawić pytanie, moim zdaniem retoryczne: czy za 20 lat znajdą się chętni do takiej pracy?

Polska debata nie powinna przeciwstawiać OZE atomowi

OZE to ubezpieczenie państwa

Pandemia i wojna na Ukrainie pokazały, że globalizacja dała Europie tanie towary, ale osłabiła jej odporność. Przenoszenie produkcji poza kontynent, import surowców, zależność od odległych dostawców i wiara w trwale stabilne łańcuchy dostaw okazały się wygodne tylko do pierwszego poważnego kryzysu.

Deglobalizacja w pełnym sensie nie nastąpi, bo przewagi kosztowe nadal są realne. Ale skracanie łańcuchów dostaw, zasobooszczędność, cyfryzacja, automatyzacja i lokalne źródła energii mogą zmniejszać podatność gospodarki na szoki.

OZE wpisują się w tę logikę. To nie jest wyłącznie projekt klimatyczny, a przynajmniej dla mnie jako ekonomisty, nie to jest najważniejsze i nie mi to komentować, bo nie jestem klimatologiem. To element nowej strategii gospodarczej. Zrównoważony rozwój nie powinien być dodatkiem do biznesu ani osobną strategią ESG pisaną na potrzeby raportów. Strategia biznesowa sama powinna być strategią ESG, jeśli przez ESG rozumiemy racjonalne ograniczanie zużycia zasobów, obniżanie ryzyka i budowanie długoterminowej konkurencyjności.

Pytanie o OZE powinno brzmieć: ile jesteśmy gotowi zapłacić za większą autonomię energetyczną, za odporność? W obronności akceptujemy, że bezpieczeństwo kosztuje. Nie pytamy, czy system przeciwlotniczy jest rentowny

Konkurencyjność i autonomia strategiczna Europy

W podobnym duchu wypowiadają się autorzy tzw. raportu Mario Draghi’ego  o przyszłości europejskiej konkurencyjności: dekarbonizacja może wzmacniać Europę, jeżeli zmniejsza zależność importową i pozwala szeroko wykorzystywać źródła energii o niskich kosztach krańcowych, takie jak OZE i energetyka jądrowa. Swoją drogą ten raport z 2024 r. odczytano niezwykle jednostronnie – wykorzystując do argumentowania na rzecz ograniczeń polityki klimatycznej UE. Tymczasem wzrost popytu na węglowodory wzmacnia przede wszystkim tych, którzy je eksportują, w tym USA, mające dziś znacznie większą swobodę strategiczną niż Europa uzależniona od importu.

Oczywiście energetyka to nie tylko węgiel i gaz kontra OZE. Polska debata nie powinna przeciwstawiać OZE atomowi. Potrzebujemy miksu: odnawialnych źródeł, sieci, magazynów, elastycznego popytu, źródeł stabilnych i sprawnego zarządzania systemem. Trzeba jednak pamiętać, że energetyka jądrowa wymaga paliwa, którym Polska nie dysponuje, a ponadto nakłady na elektrownie jądrowe należą do najwyższych.

W miastach ta logika jest jeszcze bardziej widoczna. Dekarbonizacja transportu publicznego, poprawa efektywności energetycznej, zmniejszanie transportochłonności i modernizacja infrastruktury nie są fanaberią klimatyczną. To narzędzia kontroli kosztów, poprawy jakości usług i odporności budżetów lokalnych.

Ile kosztuje odporność

Dlatego pytanie o OZE powinno brzmieć inaczej: ile jesteśmy gotowi zapłacić za większą autonomię energetyczną, za odporność? W obronności akceptujemy, że bezpieczeństwo kosztuje. Nie pytamy, czy system przeciwlotniczy jest rentowny. Pytamy, czy zmniejsza ryzyko wojny, a w jej przypadku, strat czy przegranej. Energetyka wymaga podobnego myślenia.

OZE nie są cudownym rozwiązaniem i nie są darmowe. Instalacje energetyki odnawialnej wymagają sieci, bilansowania, magazynów, rezerw i mądrej regulacji. Ale każda dobrze zaprojektowana inwestycja w krajowe źródła odnawialne jest jednocześnie inwestycją w niższą zależność od importu, mniejszą wrażliwość na wojny i większą odporność gospodarki.

W świecie, w którym ropa drożeje po jednym komunikacie z Bliskiego Wschodu, a gaz i fracht potrafią zmienić rachunek całych branż, to nie jest koszt ideologii. To składka na bezpieczeństwo. A jak to z bezpieczeństwem zwykle bywa: jego utrata kosztuje najwięcej najsłabszych.

O autorze

Robert Tomanek

Doktor habilitowany, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach. W przeszłości był rektorem uczelni i podsekretarzem stanu w Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii.