Przyznaję, że nie jestem fanem kryptowalut. Z jednej strony doceniam potencjał, który się z nimi wiąże, zyski, które mogą przynosić i spore szanse na to, że na trwałe zmienią nasze finanse. Z drugiej strony widzę jednak również wiążące się z nimi wielkie zagrożenia. Zagrożenia, którym nie zapobiegłaby również zawetowana przez prezydenta ustawa o regulacji rynku kryptowalut. Choć być może nieco by je zmniejszyła.
Pierwszy problem z kryptowalutami ma charakter fundamentalny. Kryptowaluty są rodzajem aktywów finansowych, a więc (w największym skrócie) umów zawieranych na rynku finansowym. Kupujący nabywa aktywa, płacąc sprzedającemu realne pieniądze, a w zamian ma nadzieję na odzyskanie w przyszłości swojego kapitału wraz z zyskiem. Aktywa finansowe różnią się tym, czym jest zabezpieczony kapitał, skąd ma pochodzić zysk i w jaki sposób ma się zrealizować. Zysk może pojawić się na dwa sposoby: albo może powstać w realnej gospodarce (np. wypłacona właścicielom akcji dywidenda z zysku wypracowanego przez firmę lub odsetki od obligacji pochodzące z zebranych przez państwo podatków), albo może po prostu pochodzić ze sprzedaży aktywów po wyższej cenie, niż ta, za którą się je kupiło.
I to jest problem z kryptowalutami: w ich przypadku zysk pochodzi jedynie z oczekiwanego przyszłego wzrostu cen, a ten wynika jedynie z zaufania, że inni inwestorzy będą chcieli je za wyższą cenę kupić. W odróżnieniu od większości aktywów finansowych, ulokowany w kryptowalutach kapitał nie jest zabezpieczony żadnymi zasobami, a ich wartość rynkowa wynika wyłącznie z zaufania. Jeśli ono zniknie, ich cena spadnie do zera. Oczywiście, do zera może spaść też cena akcji lub obligacji (jeśli zbankrutuje firma albo rząd). Ale takie spektakularne, pełne bankructwa zdarzają się bardzo rzadko, a w dodatku zazwyczaj można je przewidzieć, obserwując dane finansowe. Kryptowaluty takiego komfortu nie dają. Póki przynoszą zyski, mogą to być zyski ogromne (straty też). Jeśli zniknie zaufanie, ich cena błyskawicznie spadnie do zera. Kto chce, niech inwestuje; być może osiągnie wielkie zyski, ale musi zdawać sobie sprawę z ryzyka.
Drugi problem związany z kryptowalutami wynika właśnie z połączenia famy o gigantycznych zyskach z pełną niejasnością co do źródeł ich pochodzenia. Tworzy to obraz magicznej drogi do bogactwa, bez wysiłku i wyrzeczeń oraz bez ryzyka (no bo przecież wystarczy popatrzeć na wzrost cen w przeszłości). Kto o czymś takim nie marzy? Do tego dochodzą magiczne zapewnienia: pełna internetowa wolność, niezależność kryptowalut od państwa, pełny zapis transakcji w blockchainie… Mało kto rozumie, o co chodzi, ale dla wszystkich brzmi to jak słodka gwarancja pewnej inwestycji o niewiarygodnych zyskach. I tworzy rzesze pełnych zaufania i radosnego oczekiwania ludzi, gotowych bez zbędnych pytań realizować swoje nadzieje.
No i właśnie, po trzecie, być może najgorsze. To wszystko przyciąga, jak muchy do miodu, złodziei, hochsztaplerów i bezlitosnych spekulantów. Gotowych kłamać, oszukiwać, korumpować polityków (naiwnych albo sprzedajnych) – byle tylko u jak największej liczby ludzi rozdmuchać te nadzieje i skłonić ich do zakupu jeszcze większej liczby kryptowalut, za rosnącą cenę. Bo zyski tych osobników nie biorą się wcale z nadziei, ale z realnych pieniędzy wpłacanych przez inwestorów. Mogą to być zyski z pieniędzy zarobionych zgodnie z umową, przerzucającą całe ryzyko na klientów, ale czasem też po prostu ukradzionych.
No i mamy aferę Zondacrypto, a będziemy pewnie mieli i kolejne.