Przejeżdżając koło siedziby NBP z niecierpliwością czekam na moment, kiedy prezes Glapiński każe wreszcie wyjąć z magazynów i na nowo rozwiesić gigantyczny poster z informacją, że „za wzrost inflacji odpowiada prezydent Donald Trump” i że „obciążanie NBP i rządu winą za wysoką inflację to narracja Teheranu”. Pewnie da się to zrobić sposobem gospodarskim, wykorzystując poster sprzed czterech lat i podmieniając niektóre słowa. A na pewno już wkrótce (po publikacji danych o marcowym wzroście cen) usłyszymy śmiałe słowa prezesa o tym, że nie mamy wcale do czynienia z inflacją, tylko z trumpflacją.
Czy wojna w Zatoce Perskiej spowoduje wybuch globalnej inflacji? Na pewno jej wzrost, choć o skali jeszcze trudno mówić, bo zależy od dalszego przebiegu wydarzeń. Póki co prezydent Trump niespodziewanie zadeklarował kilkudniowy jednostronny rozejm, twierdząc, że prowadzi z Iranem „bardzo dobre” rozmowy. Czy rzeczywiście doprowadzi to do wygaszenia sporu, nie wiadomo, bo póki co Iran zaprzecza, by prowadził jakiekolwiek negocjacje i wysyła kolejne fale rakiet. Ale że prezydentowi zależy na tym, by szybko zakończyć wojnę, nie ulega wątpliwości. Cytując miesiąc temu podczas orędzia o stanie państwa, „wspaniałe wyniki gospodarcze” nie za bardzo mógł mówić o wzroście PKB czy stopie bezrobocia (są gorsze, niż za Bidena). Jako efekt swojej znakomitej polityki wskazał więc spadek ceny benzyny, która po wybuchu wojny na Ukrainie na moment zdrożała do 5 dol. za galon, a potem wynosiła około 3,5 dol. Było się czym chwalić, bo w momencie przemówienia kosztowała niecałe 3 dol… ale obecnie znów kosztuje ponad 4.
Wygląda jednak na to, że nawet jeśli szybko doszłoby do jakiegoś porozumienia, przyspieszenia inflacji na całym świecie (w tym oczywiście i w USA) nie da się już uniknąć. Cena ropy naftowej wzrosła z 65 dol. za baryłkę na początku roku do szczytowych 115 dol. w momentach paniki, a obecnie ustabilizowała się w pobliżu 100 dol. Nawet jeśli cieśnina Ormuz zostanie w ten czy inny sposób szybko odblokowana, w regionie zapewne utrzyma się stan napięcia, naprawa spowodowanych dotychczasowymi atakami szkód w instalacjach zajmie miesiące, a odbudowa strategicznych rezerw ropy zużytych w ciągu ostatnich dni utrzyma presję na poziom cen. Na podstawie informacji Międzynarodowej Agencji Energetycznej można sądzić, że globalne rezerwy spadły o co najmniej jedną trzecią – w USA o niemal połowę, co odpowiada tygodniowemu globalnemu zużyciu. Wydaje się więc prawdopodobne, że cena ropy długo utrzyma się na poziomie powyżej 90 dol. za baryłkę, a więc wzrośnie o blisko 50 proc. w stosunku do sytuacji przedwojennej.
Jak dużą wywoła to inflację? Według szacunków, które kiedyś robił Międzynarodowy Fundusz Walutowy, wzrost cen ropy o 10 proc. powoduje wzrost inflacji o 0,4 proc. Wyglądałoby więc na to, że musimy liczyć się ze wzrostem inflacji na świecie o co najmniej 2 pkt proc. W Polsce oczywiście też, bo już samo odwrócenie trendu spadku cen paliw może podnieść marcowy wskaźnik inflacji o 1-1,5 pkt. proc., a przecież dochodzi do tego drożejący gaz i energia.
No cóż, cenę niezbyt przemyślanego ataku płacimy już na stacjach benzynowych, a to prawdopodobnie jeszcze nie koniec kłopotów.