Podobną optykę przyjął rząd Beaty Szydło, który wyraźnie wskazuje, że silnikiem napędowym naszej gospodarki mają być inwestycje i eksport, a nie jak dotychczas konsumpcja.

Problem w tym, że potrzeba kapitału, by inwestycje mogły rosnąć. Można oczywiście inwestować na kredyt, emitując na potęgę obligacje i lawinowo zwiększać i tak już rozdmuchany dług publiczny. Doświadczenia z ostatniego kryzysu pokazały jednak, że magiczne sztuczki i igranie z zasadami ekonomii może się skończyć boleśnie. Nie tędy droga. Jeśli chcemy więc budować mocne fundamenty opartego na inwestycjach wzrostu, kapitał będzie niezbędny. To skąd go wyczarować?

Sposoby są dwa. Pierwszy: możemy przyciągnąć zagranicznych inwestorów, którzy jednak często bywają kapryśni. Wystarczy drobny impuls, np. kończąca się ulga podatkowa czy wzrost kosztów pracy, by inwestor zagraniczny czmychnął gdzie pieprz (taniej) rośnie. Sposób drugi to budowa stabilnego kapitału krajowego. Tu wielkiej filozofii nie ma: trzeba skłonić społeczeństwo do długoterminowych oszczędności.

Rozsadzenie systemu OFE, które taki właśnie kapitał gromadziły, było działaniem idącym w przeciwna stronę: spowodowało ogromną wyrwę w krwiobiegu gospodarki. Krótkowzroczność tego zabiegu obnaża słabość polskiej polityki nakierowanej na potrzebę chwili.

Polacy przychodzą jednak rządowi z pomocą. Oszczędzają coraz więcej samodzielnie. I bardzo dobrze. Odciążą dzięki temu w przyszłości niewydolny system emerytalny i równocześnie dadzą zastrzyk pieniędzy potrzebny gospodarce.

Ale to wciąż za mało. Jeśli politycy, podnosząc rangę inwestycji, nie rzucają słów na wiatr, będzie trzeba stworzyć stabilny, przyjazny i prosty system gromadzenia długoterminowych oszczędności. Innej drogi nie ma. Bo ani ZUS, ani politycy nawet gdyby posiedli salomonową mądrość, z pustego nie naleją. Budowa takiego systemu to zadanie trudne i wymagające spojrzenia znacznie dalej niż czteroletni horyzont jednej kadencji.