Po pierwsze, Prokrust osiągał równość. Po drugie, delikwent zawsze kończył jako denat. Tak kończą się próby wprowadzania zasad idealnej równości w obszarach, w których ta równość nie pasuje albo w ogóle jej nie zaplanowano. Zwłaszcza wówczas, gdy równość jest rozumiana jako zabrać/dowalić (niepotrzebne skreślić) wszystkim oprócz: górników, służb mundurowych itd. A z tego typu zbójeckim pomysłem wystąpił w zeszłym tygodniu wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej Marcin Zieleniecki, zapowiadając ujednolicenie składek zusowskich. Przypomnę: pan Zieleniecki – doradca związkowy, czasowo oddelegowany do pracy w rządzie.
„Nie chodzi o to, by ktokolwiek płacił dodatkowe składki, lecz jedynie o to, by nie można było uciekać poza obecny system" – wytłumaczył profesor Zieleniecki, a następnie zarysował zręby nowego systemu, w którym w gruncie rzeczy większość zapłaci wyższe składki. Samozatrudnieni płaciliby składki od pełnego dochodu (a nie, jak dziś, zryczałtowany ZUS). Osoby prowadzące firmy i zawierające równocześnie umowy-zlecenia czy o dzieło płaciłyby ZUS podwójny lub nawet kilkakrotny. Osoby pracujące na umowach o dzieło – jeśli tylko urzędnicy (kontrolerzy?) stwierdziliby, że są to umowy stałe – też płaciłyby od nich składki.
Całość wygląda jak wielki projekt na rzecz rozwoju szarej strefy, z którą przecież mamy walczyć – co do tego formalnie wszyscy, może oprócz przemytników i nielegalnych producentów papierosów, jesteśmy zgodni. A także jak wielki prezent dla budżetów: niemieckiego, brytyjskiego, czeskiego i innych – z rajami podatkowymi włącznie – bo przecież przed taką rewolucją nawet samozatrudniony kioskarz czy taksówkarz będzie uciekać.
Niewątpliwie istnieje obszar, w którym pan minister sprawdziłby się perfekcyjnie – i jest to projektowanie szarad, skomplikowanych zabaw logicznych i paradoksów. Bo naprawdę nie wiem, jak osoba łącząca fakty w zwykłe związki przyczynowo-skutkowe oraz na poziomie minimalnym rozumiejąca zasady działania systemu podatkowego w tym kraju i konstrukcji umów o pracę oraz cywilnoprawnych może dać się przekonać, że będzie to zmiana „porządkująca" czy wręcz korzystna dla podatnika. Tu trzeba wyobraźni malarza abstrakcyjnego, bo dla kogoś nim niebędącego oczywiste jest, że jest to zapowiedź drastycznego podniesienia obciążeń. Co więcej, jest to projekt uderzający w największym stopniu w małe i średnie przedsiębiorstwa. A przecież dobro sektora MŚP tak naszym wszystkim politykom od zawsze leży na sercu, że sektor ten od lat solidnie dostaje po zupełnie innej części ciała. Rozpieszczany nigdy nie był, a jeśli już, to są to raczej pieszczoty z gatunku sado-maso, ze szczególnym naciskiem na pierwszy komponent tego określenia.
Można by się więc bać, ale nie wiadomo, czy się nie śmiać, bo oto zaraz po wspomnianym wywiadzie dla „Rzeczpospolitej" pan minister wycofał się ze swoich zapowiedzi, tłumacząc, że to były jego prywatne opinie. Ciężki jest los polskiego czytelnika, jeśli teraz będzie musiał kombinować, czy minister coś mówi jako minister, czy też wyraża swą osobistą opinię, która jest niezgodna z linią rządu – a może w ogóle robi sobie jaja?