Wydawać by się mogło, że sprawa jest tak oczywista, że aż nie warto się nad nią pochylać. Wszak powszechnie wiadomo, że co do zasady banki w Polsce są kontrolowane albo przez państwo, albo przez kapitał zagraniczny. Kluczowe jest tu słowo „kontrolowane”.

W spółce akcyjnej, w której duża część akcjonariatu jest rozproszona, do sprawowania kontroli często wystarcza 30-proc. albo nawet 20-proc. udział w kapitale, np. w PKO BP państwo ma niecałe 30 proc. akcji.

Jednak finansowe konsekwencje tej kontroli ponoszą wszyscy akcjonariusze, również ci, którzy posiadają po kilka akcji. Tak samo wszyscy akcjonariusze odczuwają na własnej skórze koszty radosnej twórczości ustawodawcy. Czy któryś z polityków, który oręduje teraz za „zamrożeniem” WIBOR-u, posiada akcje polskich banków? Poza oczywistymi właścicielami, o których ciągle się mówi?

I tu pojawia się spory problem, a być może też powód, dla którego właśnie o tych właścicielach szermierze uderzenia w banki poprzez „zamrożenie” WIBOR-u nie wspominają. Tymi zapomnianymi akcjonariuszami nie są bowiem wcale, choć można by czasem odnieść takie wrażenie, przybysze z innej planety ani nawet jacyś tajemniczy oligarchowie trzęsący polskim systemem finansowym. Są to w przeważającej mierze zwykli Polacy, którzy zainwestowali w banki samodzielnie albo za pośrednictwem towarzystw inwestycyjnych bądź towarzystw emerytalnych.

Czytaj więcej

Polak niezdolny kredytowo. Taki jest skutek polityki monetarnej NBP

Miliardy w Otwartych Funduszach Emerytalnych

Sektor bankowy jest największym sektorem obecnym na Giełdzie Papierów Wartościowych. Tak więc siłą rzeczy akcje banków musiały trafić do portfeli OFE. Na koniec 2021 r. przyszli emeryci posiadali akcje banków o wartości 49,3 mld zł. Do tej kwoty trzeba dodać 1,5 mld zł – taka jest wartość akcji Alior Banku i Pekao przypadających na OFE w akcjonariacie PZU. Łącznie odpowiada to prawie jednej czwartej kapitalizacji polskich banków na warszawskiej giełdzie. Dla porównania, wartość akcji banków bezpośrednio bądź pośrednio posiadanych przez państwo wyniosła na koniec 2021 r. 24,2 mld zł.

25 kwietnia 2022 r., gdy podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego premier Mateusz Morawiecki przedstawiał swoją propozycję ulżenia kredytobiorcom, z powodu przeceny banków oszczędności Polaków w drugim filarze stopniały o około 2,4 mld zł, a trzeba pamiętać, że rynek dyskontował takie ruchy polityków już wcześniej, w efekcie czego banki mimo rosnących stóp procentowych, które miały im rzekomo przynieść krociowe zyski, straciły na wartości więcej niż indeks giełdowy WIG.

Członkami OFE jest 15 mln Polaków, większość z nich nie jest kredytobiorcami hipotecznymi (2,5 mln kredytów złotowych i walutowych na koniec 2021 r.). Może któryś z polityków domagających się pomocy dla kredytobiorców zaproponuje też wsparcie dla tych przyszłych emerytów, którzy kredytu nie mają i na zgłaszanych pomysłach stracą?

Akcje dla obywateli

Polacy mają akcje banków nie tylko na rachunkach w OFE. W 2004 r. rząd SLD-UP sprzedał spory pakiet akcji PKO BP, również osobom, które wcześniej nie miały styczności z giełdą. Dla osób nieposiadających rachunków maklerskich przewidziano specjalne „lokaty prywatyzacyjne”, na które można było wpłacić do 20 tys. zł, nie był to więc produkt skierowany do giełdowych rekinów.

Później przyszedł czas na tzw. Akcjonariat Obywatelski. Rząd PO-PSL dwoił się i troił, by zachęcić Polaków do kupowania akcji sprzedawanych przez Skarb Państwa. W 2010 r. akcje PZU od Skarbu Państwa nabyło 250 tys. inwestorów indywidualnych.

Kilka lat później, za rządów tej samej koalicji PO-PSL, która wcześniej akcje PZU Polakom sprzedała, podjęto polityczną decyzję o nabyciu przez ubezpieczyciela pakietu kontrolnego w Alior Banku. I tak oto „akcjonariat obywatelski”, który najpierw za sprawą PO stał się mimo woli właścicielem banku, teraz jako właściciel banku ma za obecne pomysły PO zapłacić.

Morawieckiego „program budowy kapitału”

Sześć lat temu Mateusz Morawiecki w Planie na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju głosił hasło „budowania oszczędności Polaków”. Rząd podjął nawet w tym kierunku pewne kroki – stworzył PPK. Utrudnił też życie tym, którzy nie mają zamiaru w programie brać udziału. Co cztery lata są oni do niego zapisywani, więc – żeby w programie nie uczestniczyć – muszą się co cztery lata wypisywać. Mimo to ponad dwie trzecie pracowników zrezygnowało z płacenia na PPK. A co z pozostałymi? Pozostali, chcąc nie chcąc, stali się – a jakże! – właścicielami banków.

Redystrybucja od niezbyt majętnych do zamożniejszych

Czy Lewica, tak ubolewająca nad nierównościami, pomyślała o skutkach redystrybucji od zwykle niezbyt majętnych przyszłych emerytów do jednak dość zamożnych kredytobiorców hipotecznych, również tych o wysokich dochodach, którzy nabyli o wiele tańszą niż obecnie nieruchomość dziesięć lat temu, przez wiele lat korzystali na obniżkach stóp procentowych i wciąż płacą raty niższe niż na początku?

Czy PO, tak martwiąca się teraz o topniejące za sprawą inflacji oszczędności Polaków, zastanowiła się nad wpływem swojej propozycji na te oszczędności, które drobni ciułacze – samodzielnie albo za pośrednictwem funduszy – ulokowali w bankach na polskiej giełdzie?

Czy premier Morawiecki zbadał wpływ „zmuszania sektora bankowego” do pomagania kredytobiorcom na oszczędności zgromadzone w PPK przez ponad 2 mln pracowników i na przyszłą partycypację w programie? Czy może już zapomniał o swoim sztandarowym pomyśle na „budowanie oszczędności Polaków”, tak jak zapomniał o całym szumnie ogłaszanym planie?

A może po prostu chodzi o to, że posłowie też mają kredyty i nie chcą płacić wyższych rat, więc ktoś musi ponieść koszty tego, by mieli oni w życiu lżej? W takiej sytuacji to, kim jest zapomniany człowiek, który zapłaci rachunek, nie ma żadnego znaczenia.