Reklama

Jacek Chwedoruk, dyrektor Rothschild Polska: Inwestycja zagraniczna firmy nie musi być duża

Inwestycje zwiększają skalę działalności, co jest ważne dla spółek, które już mają 30–40 proc. polskiego rynku. Dla nich decyzja o ekspansji jest naturalna – mówi Jacek Chwedoruk, dyrektor Rothschild Polska.

Aktualizacja: 07.09.2016 23:10 Publikacja: 07.09.2016 21:25

Jacek Chwedoruk, dyrektor Rothschild Polska: Inwestycja zagraniczna firmy nie musi być duża

Foto: Fotorzepa, Borys Skrzyński

Rz: Nasz ranking polskich firm za granicą dowodzi, że coraz więcej inwestują one w innych krajach, zasilają je kapitałem, pobudzając tam rozwój i tworząc miejsca pracy. A co my z tego mamy?

Jacek Chwedoruk: Myślę, że w XXI wieku jesteśmy już dalecy od idei merkantylnych, według których wszystko należy produkować u siebie, a tezauryzować najlepiej w złocie. Tym bardziej że z zagranicznych inwestycji mamy w kraju wielki pożytek – podobnie jak z handlu międzynarodowego, który nie polega tylko na eksporcie, ale również na imporcie. W tym ciekawym zestawieniu wartościowo dominują inwestycje w zasoby i surowce – w miedź, gaz, ropę, łupki. Wynika to z dość dużych inwestycji polskich koncernów surowcowych za granicą. Giną przy tym małe i średnie inwestycje, które od wielu lat nasze firmy realizują w krajach Europy Środkowo- Wschodniej, w Niemczech czy Wielkiej Brytanii. Każde z tych przedsięwzięć ma nieco inne znaczenie.

Jakie?

Inwestycje surowcowe są dokonywane przez firmy, które jak np. Orlen czy KGHM działają na globalnych rynkach, sprzedając i pozyskując tam surowce. Z kolei dla niesurowcowych firm produkcyjnych, jak Maspex czy Nowy Styl, inwestycje zagraniczne są raczej dopełnieniem biznesu – koncentrują się na określonych liniach produktowych, których firmy nie są w stanie uruchomić w kraju, bądź na markach czy na sieci dystrybucji. W rezultacie wzmacniają eksport z Polski oraz siłę i konkurencyjność tych firm. W każdym układzie inwestycje zwiększają skalę działalności, co jest szczególnie ważne dla tych spółek, które już mają 30–40 proc. polskiego rynku. Dla nich decyzja o ekspansji jest naturalna.

W danych o inwestycjach za granicą powtarzają się te same nazwy liderów w swoich branżach. Czy to oznacza, że inne, mniejsze firmy nie są aktywne za granicą?

Reklama
Reklama

Są aktywne, choć naturalnie mniejsze inwestycje są mniej widoczne w statystykach. Pamiętam jednak, że kilkanaście lat temu, gdy zaczynał się trend do inwestycji krajowych firm poza Polską, również nie były to duże projekty. I nie muszą takie być. Gdy pomagaliśmy w pierwszych inwestycjach Maspexu na Węgrzech czy w Bułgarii, nakłady wynosiły po 10–20 mln euro. Nawet teraz Maspex czy Nowy Styl, który jest już numerem 2 na rynku mebli biurowych w Europie, nie inwestują w poszczególne projekty po kilkadziesiąt milionów. To w zupełności wystarczy. Ważne jest, że inwestycje dopełniają profil produkcji albo zapewniają wejście na nowy rynek. Ważne są też nowoczesne rozwiązania technologiczne – dzięki nim rozwijają się nowe usługi, które można świadczyć zdalnie i można szybko rozwijać się globalnie, o ile tylko mamy unikalne produkty. Granice przestają się tu liczyć – jak w produkcji software'u, w tym gier.

Większość firm dopiero się uczy zagranicznej ekspansji – czy dobrze sobie tu radzą?

Różnie. Są przedsiębiorcy, którzy od początku do końca próbują działać, bazując na własnym doświadczeniu. Natomiast projekty, w których uczestniczyliśmy, z reguły były prowadzone bardzo profesjonalnie – poczynając od rozpoznania rynku, poprzez due dilligence, networking oraz rozeznanie i poparcie polityczne.

Co jest tu najważniejsze?

Istotny jest odpowiedni networking, który zapewni informacje o tym, co w danym kraju może się dziać. Ważne jest też, by mieć jakiś rodzaj poparcia z własnego kraju, najlepiej na zasadzie wzajemności. Kraje, które prowadzą bardzo intensywną wymianę, np. Niemcy i Francja, są nawzajem swoimi zakładnikami – gdyby Francuzi zaczęli źle traktować VW czy Mercedesa, to Niemcy zaczną źle traktować Renault. Tak jest na całym świecie, co zmusza do handlu i inwestycji opartych na wzajemnych zasadach, i do ostrożności. Istotne są też państwowe porozumienia o ochronie inwestycji, będące hamulcem przed zapędami polityków-populistów i konkurentów, którzy chcieliby wykorzystać ustawodawstwo dla konkurencji nie fair.

A czy państwo powinno odgrywać większą rolę w ekspansji polskich firm za granicą i jak to robić?

Reklama
Reklama

To temat, który wraca w Krynicy od kilku sezonów. Wszyscy narzekają, że to wsparcie państwa jest bardzo ograniczone m.in. ze względu na oszczędności w organizacji dyplomatycznej, małe doświadczenie i generalnie słabą pozycję Polski na rynkach międzynarodowych. Co więcej, nie mamy ani przeszłości kolonialnej, ani silnego narodowościowego lobbingu. Na szczęście dla nas unijne mechanizmy integracyjne czynią Europę obszarem dość łatwym do inwestowania i jeśli zostaną na obecnym poziomie, to swoboda inwestowania nadal powinna być duża. Jednak jest kwestią dobrych obyczajów, by w sytuacji, gdy firma z jednego kraju Unii prowadzi dużą inwestycję w innym – przedstawić się lokalnym czy centralnym władzom i wytłumaczyć, jakie są korzyści z tego projektu. Bardziej skomplikowane są inwestycje poza Europą. Tam absolutnym minimum jest użycie kanałów dyplomatycznych. Dobrze jest też mieć dobrych partnerów – lokalnych lub innych, ale mocnych. Np. w Afryce, gdzie nie mamy silnych wpływów, może się przydać koinwestowanie z Francuzami czy Anglikami.

Przed kilkoma laty głośno było o projekcie KGHM promującym współpracę z polskimi firmami.

Z takich działań słyną firmy francuskie, które w naturalny sposób próbują przenieść swoje więzi kooperacyjne z Francji na skalę międzynarodową. Do tego jest jednak potrzebna konkurencyjna gospodarka, gdyż i tak zwykle działa tu mechanizm najlepszej oferty, który zapewnia wyższą marżę. Jeśli więc polskie firmy mają dostarczać KGHM maszyny w USA czy w Chile, to muszą mieć odpowiedni produkt i być tam obecne. W takim przypadku de facto jedna firma globalna wspiera inną firmę globalną.

Opinie Ekonomiczne
Krzysztof Adam Kowalczyk: Mroźny oddech Syberii i Arktyki
Opinie Ekonomiczne
Adam Roguski: Prognozy tylko dla odważnych
Opinie Ekonomiczne
Marcin Mazurek: Powell się stawia, a to wywraca stolik
Opinie Ekonomiczne
Od gospodarki nadmiaru do gospodarki umiaru
Opinie Ekonomiczne
Katarzyna Kucharczyk: Limes inferior po polsku. Niepokojące zjawisko na rynku pracy
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama