Chyba nie mają świadomości (albo wyobraźni), że Polacy mogą poważnie potraktować ich słowa i zażądać realizacji zobowiązań.
Wygląda na to, że część polityków zwycięskiej partii nie zauważyła, iż wybory już się odbyły i że je wygrali. Niepomni na tę nową rzeczywistość dalej prowadzą kampanię wyborczą, licytując się (już tylko sami ze sobą) na miliardy złotych. Kto więcej pieniędzy zdobędzie czy wydusi z oszustów i rozda ludziom.
O tym, że mamy dziurawy system podatkowy, wiedzą wszyscy od wielu lat. Nawet Platforma Obywatelska po kilku latach tolerowania tej sytuacji ruszyła do walki z wyłudzeniami. Jednak to PiS z uszczelnienia systemu podatkowego uczynił hasło wyborcze i silnik uruchamiający dalsze obietnice. Walka z wyciekającymi podatkami miała dać tyle pieniędzy, ile będzie trzeba do sfinansowania obietnic wyborczych. Gdy ekonomiści zsumowali ich koszty na blisko 70 mld zł, PiS oznajmił, że właśnie tyle uzyska dodatkowo z podatków.
Uznani ekonomiści (również ci prawicowi) zgodnie mówią, że możliwe jest stopniowe uzyskanie od kilkunastu do dwudziestu paru miliardów złotych rocznie, i to dopiero za kilka lat. Mimo to jest paru – wydawałoby się poważnych – polityków PiS obiecujących szybkie pozyskiwanie dodatkowych 50 mld zł rocznie. Tak ostatnio mówili w „Rzeczpospolitej" Piotr Gliński i Henryk Kowalczyk.
Jest w tym jakaś logika, bo mniej więcej tyle trzeba, by sfinansować dwie główne obietnice PiS, czyli 8 tys. zł kwoty wolnej od podatku i 500 zł miesięcznie na prawie każde dziecko. Problem polega tylko na tym, że ta obiecywana kwota długo będzie nie do osiągnięcia.