Właśnie na tym problemie koncentrowała się konferencja „ZERO tolerancji dla dezinformacji w medycynie!”, zorganizowana przez Okręgową Izbę Lekarską w Warszawie. Dyskusja odbyła się w szczególnym momencie, czyli zaledwie kilka dni po zawetowaniu przez Prezydenta RP ustawy jako „lex Szarlatan”, która miała dać państwu dodatkowe narzędzia do walki z pseudomedycyną.

Zgłoszenia są, postępowań nie ma

Jednym z podstawowych problemów pozostaje możliwość faktycznego reagowania na działalność osób rozpowszechniających pseudomedyczne treści i oferujących niepotwierdzone metody leczenia. Sama dezinformacja nie jest bowiem przestępstwem. Prawo karne może wkroczyć dopiero wtedy, gdy konkretne działanie wypełnia znamiona czynu zabronionego. – W ciągu ostatnich trzech lat podpisałem ponad 30 doniesień do organów ścigania. W tych 30 sprawach prokuratorzy wszczęli postępowania, które następnie umorzono. W pozostałych sprawach prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania. Czy to oznacza, że mamy się poddać? – pytał Grzegorz Wrona, Rzecznik Praw Lekarzy Naczelnej Izby Lekarskiej.

Czytaj więcej

Szpital Południowy się mebluje za 16 mln zł. Nad koncepcją czuwa architekt wnętrz

Konsekwencje pseudomedycznych przekazów mogą być bardzo konkretne i namacalne. Pacjent może pod ich wpływem podjąć decyzję dotyczącą własnego leczenia, zrezygnować z terapii zgodnej z aktualną wiedzą medyczną albo sięgnąć po metodę, której skuteczność nie została potwierdzona. Wtedy dezinformacja przestaje być wyłącznie problemem komunikacyjnym, a staje się zagrożeniem dla zdrowia lub życia.

Uczestnicy dyskusji zwracali uwagę, że nie wystarczy jednak samo rozszerzanie odpowiedzialności karnej. Przepisy prawa karnego powinny być uruchamiane wtedy, gdy zawiodą inne mechanizmy ochronne. Ich zdaniem skuteczny system wymaga współpracy administracji, organów ścigania, wymiaru sprawiedliwości, środowiska medycznego, organizacji pacjentów, mediów i firm technologicznych.

Fałszywa informacja rozchodzi się szybciej niż jej sprostowanie

Skala problemu znacząco zwiększyła się przez Internet. Treść dotycząca zdrowia może w krótkim czasie dotrzeć do tysięcy odbiorców, a emocjonalny komunikat często ma większą siłę przebicia niż skomplikowane wyjaśnienie oparte na danych naukowych. Sprostowanie takiej informacji przychodzi później i niekoniecznie dociera do tych samych osób. Dlatego walka z dezinformacją nie może sprowadzać się wyłącznie do reagowania na pojedyncze fałszywe publikacje. Potrzebne są również edukacja zdrowotna i medialna oraz umiejętność oceny wiarygodności źródeł.

Czytaj więcej

Lekarza nie ma, pacjent nic nie wie. Słaby punkt e-rejestracji do poprawy

Konsekwencje ponoszą przy tym nie tylko pacjenci. Fałszywe przekazy podważają autorytet lekarzy i wpływają na ich relacje z chorymi. Osobnym zjawiskiem jest bezprawne wykorzystywanie nazwisk i wizerunków medyków do reklamowania produktów lub terapii, których nigdy nie rekomendowali.

Do tego dochodzi hejt wymierzony w osoby publicznie zabierające głos w sprawach medycznych. Ochrona lekarza przed dezinformacją staje się więc jednocześnie kwestią bezpieczeństwa pacjenta, a szczególnie wtedy, gdy fałszywy przekaz wykorzystuje zawodowy autorytet medyka, aby uwiarygodnić produkt lub metodę leczenia.

Najtrudniejsze kłamstwo zawiera prawdziwe dane

Jeszcze trudniejszy problem zaczyna się tam, gdzie dezinformacja nie polega na wymyślaniu faktów. Można bowiem wykorzystać prawdziwą publikację naukową, prawdziwe liczby i prawdziwe wyniki badań, a mimo to doprowadzić odbiorcę do fałszywego wniosku. Wystarczy wybrać wyłącznie dane pasujące do z góry przyjętej tezy, pominąć ograniczenia badania albo przedstawić zależność statystyczną jako dowód związku przyczynowo-skutkowego. Jednym z takich mechanizmów jest tzw. cherry picking, czyli selektywne wybieranie danych wspierających określoną narrację i pomijanie tych, które jej przeczą.

Czytaj więcej

Zmiany podatkowe dotkną część lekarzy. Niektórzy na nich stracą

Podczas konferencji analizowano ten mechanizm m.in. na przykładzie narracji antyszczepionkowych. To szczególnie niebezpieczna forma dezinformacji, ponieważ na pierwszy rzut oka może wyglądać jak rzetelna argumentacja naukowa. Autor przekazu pokazuje publikację, posługuje się liczbami i specjalistyczną terminologią. Problemem nie musi być więc źródło danych, lecz sposób ich interpretacji. Dla odbiorcy oznacza to, że prosta zasada „sprawdź źródło” może już nie wystarczyć. Wiarygodnie wyglądający przekaz również może wprowadzać w błąd, jeśli wyniki badań zostały pozbawione kontekstu albo wykorzystane do wyciągnięcia wniosków, których w rzeczywistości nie potwierdzają.

Samo prawo nie zatrzyma pseudonauki

To pokazuje również, dlaczego walka z dezinformacją medyczną nie kończy się na pytaniu o nowe przepisy. Prawo może ułatwiać reagowanie w najbardziej niebezpiecznych przypadkach, ale nie sprawi, że pseudonaukowe treści przestaną pojawiać się w Internecie, ani że pacjenci przestaną w nie wierzyć.

Potrzebnych jest kilka mechanizmów działających równocześnie: możliwość skutecznego reagowania na działalność zagrażającą pacjentom, odpowiedzialność za treści rozpowszechniane w przestrzeni cyfrowej, ochrona wizerunku lekarzy, ale także edukacja pozwalająca odbiorcom odróżnić wiedzę naukową od przekazu, który jedynie ją imituje. Bo w przypadku informacji dotyczących zdrowia stawką nie jest wyłącznie to, czy ktoś uwierzy w nieprawdziwą wiadomość. Konsekwencją może być konkretna decyzja: rezygnacja z diagnostyki, odrzucenie skutecznego leczenia albo wybór metody, której działanie nigdy nie zostało potwierdzone. I właśnie w tym momencie dezinformacja przestaje być wyłącznie problemem Internetu, a staje się problemem bezpieczeństwa pacjentów.