Partner rozmowy: Gedeon Richter
Bezpieczeństwo lekowe należy traktować jako filar bezpieczeństwa narodowego?
Obecnie nie ma już co do tego wątpliwości. Choć od wybuchu wojny w Ukrainie skupiamy się priorytetowo na bezpieczeństwie militarnym, to jako społeczeństwo zaznaliśmy już problemów z przerwanymi łańcuchami dostaw, a w rezultacie – z brakiem leków w aptekach. Dzisiaj wiemy, że bezpieczeństwo zdrowotne Polaków, czyli dostępność insuliny czy leków ratujących życie, to podstawa. Bez tego każda wojna zostanie przegrana.
W jaki sposób konflikt na Bliskim Wschodzie wpływa na łańcuchy dostaw leków?
Jeszcze go nie odczuwamy, mimo że transport cargo spadł o ok. 22 proc. Wynika to ze specyfiki branży, która pracuje na wysokim poziomie ryzyka, a co za tym idzie – na wysokich zapasach substancji aktywnych, materiałów pomocniczych i produktów gotowych. Kilkunastodniowe przerwy w dostawach komponentów z Azji nie są jeszcze problemem, ponieważ mamy wysoki profil bezpieczeństwa. Jednak gdyby konflikt potrwał dłużej, odczujemy to w produkcji.
Ucierpią na tym portfele pacjentów?
Wzrost cen przy takich konfliktach jest nieunikniony. Na rynku regulowanym nie nastąpi on szybko, ponieważ obowiązują tam ceny urzędowe. Natomiast wolny rynek bardzo szybko odczuje zmiany wynikające ze wzrostu cen ropy naftowej, ubezpieczeń czy transportu. Jeśli chodzi o dostępność leków, każda firma ma inną politykę. W przypadku produktów wysokiego ryzyka firmy mają zazwyczaj zapasy na ok. sześciu miesięcy i dłużej. W przypadku tych szybko zbywalnych terminy są krótsze.
W których obszarach terapeutycznych leki Gedeon Richter są kluczowe dla bezpieczeństwa pacjentów, a zaburzenia dostaw mogłyby być najbardziej dotkliwe?
Patrząc na potrzeby pacjentów, największym wyzwaniem są zawsze leki kardiologiczne, które stanowią ponad 30 proc. produkcji Gedeon Richter. Tutaj braki mogłyby być najszybciej odczuwalne. Część substancji czynnych, z których powstają nasze leki, wytwarzamy jednak sami. Mamy produkcję API na terenie Europy, a także w Indiach. To pozwala na wytwarzanie leków w tzw. procesie „end to end”; dostępność takich farmaceutyków jest zabezpieczona.
Model „end to end” to chyba rzadkość w Europie.
Rzeczywiście, to rzadkość. Cały przemysł, a także rządy i Komisja Europejska dążą do zmiany tej sytuacji, ale to inwestycja długofalowa. Produkcja API została wyprowadzona z Europy 30–40 lat temu ze względu na wysokie koszty i kwestie środowiskowe. Sama uczestniczyłam w zamykaniu syntez w naszej fabryce w Grodzisku Mazowieckim w 2005 r., co wiązało się ze zwolnieniem około 500 osób. Dzisiaj patrzymy na to z niedowierzaniem, bo odtworzenie tej produkcji wymaga zdecydowanie więcej czasu niż jej zamknięcie.
Trzeba jednak rozumieć, że mało która firma posiada wszystkie produkty w modelu „end to end”. Zazwyczaj portfolio jest zdywersyfikowane – część wytwarza się na własnym API, a część kupuje. Przy produkcji kilkuset leków pełne zabezpieczenie portfela własnym API jest praktycznie niemożliwe. Obecnie obserwujemy też agresywną politykę firm indyjskich, które chcą wejść na rynki europejskie z gotowymi produktami generycznymi, widząc strategię Europy dążącą do autonomii.
Ale to rodzi zagrożenie, że łańcuchy dostaw zostaną podporządkowane azjatyckiej produkcji na rynek europejski? Chyba jest taka pokusa.
Dzisiaj tego jeszcze nie wiemy, ale taka pokusa istnieje. Dlatego myślę, że strategia budowania autonomii, bezpieczeństwa dla Europy i dla Polski jest absolutnie słuszna. Wymaga ona jednak bardzo precyzyjnego planu, rzetelnego zmapowania potrzeb i możliwości, a następnie operacjonalizacji – czyli pełnego wdrożenia tej strategii w życie.
Europa przygotowuje narzędzia, które mają budować bezpieczeństwo lekowe na poziomie regionu. Pytanie, czy my w Europie myślimy o tym bezpieczeństwie państwami, czy regionami?
Podejście do bezpieczeństwa lekowego bywa zróżnicowane, co pokazał chociażby Kongres Wyzwań Zdrowotnych – interesy przemysłu i poszczególnych resortów nie zawsze są identyczne. Firmy o takim zasięgu jak Gedeon Richter operują kategoriami globalnymi i regionalnymi, wykorzystując rozproszenie swoich zakładów w całej Europie do dywersyfikacji centrów kompetencyjnych oraz czerpania korzyści z efektu skali. Jednocześnie na rynku obecni są producenci zlokalizowani wyłącznie w Polsce, dla których naturalnym priorytetem pozostaje interes narodowy. Silny nacisk na rynek krajowy jest absolutnie niezbędny, ponieważ skrócenie łańcucha dostaw oraz koncentracja produkcji wewnątrz kraju realnie minimalizują ryzyko przerw w zaopatrzeniu. Musimy jednak zachować realizm: rynek farmaceutyczny jest niezwykle złożony i obejmuje leki generyczne, innowacyjne, biotechnologiczne oraz tysiące substancji aktywnych (API) niezbędnych do ratowania życia. W tak skomplikowanym ekosystemie leczenie Polaków wyłącznie za pomocą produktów wytwarzanych w kraju jest po prostu niemożliwe. Choć naszym celem powinno być maksymalne zabezpieczenie produkcji API i gotowych leków na terenie Polski, nie możemy myśleć o zapewnieniu pełnego leczenia Polaków tylko i wyłącznie przez leki produkowane w Polsce. To jest niemożliwe.
Na kim spoczywa odpowiedzialność za bezpieczeństwo lekowe kraju – na rządzie czy też częściowo na biznesie?
Z punktu widzenia konstytucyjnego i społecznego odpowiedzialność spoczywa na rządzie. Kilka lat temu ten ciężar był dźwigany niemal wyłącznie przez przemysł farmaceutyczny, ale dziś resorty, w tym Ministerstwo Zdrowia, włączają się w to coraz bardziej odpowiedzialnie. Choć stosowane rozwiązania nie zawsze są wystarczające, widać, że resort zdrowia czuje ciężar, jakim jest zabezpieczenie zaopatrzenia, mimo że nie odpowiada bezpośrednio za wsparcie czy lokację przemysłu w Polsce. Dzięki ostatnim sytuacjom kryzysowym odpowiedzialność za bezpieczeństwo lekowe zaczyna być współdzielona i inaczej rozumiana przez wszystkich interesariuszy.
Partner rozmowy: Gedeon Richter