"Rzeczpospolita": Premier nie słucha powołanej przez siebie Rady Medycznej - i jej rekomendacji. Tak było w sprawie m.in. obowiązkowych szczepień dla pewnych grup zawodowych. Czy Rada rekomendowała premierowi jakieś pomysły - jak zachęcić do szczepień młodzież, szkoły i promować te które mają wysoką wyszczepialność z gwarancją nauki stacjonarnej? Czy rzeczywiście nie ma woli politycznej na zdecydowane działania?

Prof. Robert Flisiak: W swoim czasie w ramach Rady Medycznej dyskutowaliśmy sprawę obowiązkowych szczepień m.in dla pracowników ochrony zdrowia, nauczycieli, pracowników gastronomii. Wypowiedzi polityków praktycznie przekreśliły sens forsowania tych pomysłów. Aktualnie wraca ten temat w odniesieniu do pracowników ochrony zdrowia. Tyle że jest to grupa o najwyższym poziomie zaszczepienia więc wprowadzenie przymusu nie zmieni w sposób istotny sytuacji. Jednocześnie powstaje pytanie a jaki sposób należałoby egzekwować taki obowiązek. Wymagałoby to wprowadzenia regulacji prawnych, a do tego potrzebna jest wola polityczna i możliwość przeforsowania w Sejmie. Wprowadzenie obowiązku bez możliwości jego egzekwowania jest bezcelowe.

Jeżeli chodzi o stabilność nauczania, w swoim czasie dyskutowaliśmy możliwość wprowadzenia gwarancji stacjonarnego nauczania szkołom o wysokim odsetku zaszczepionych uczniów i nauczycieli. Ten pomysł niestety również nie wzbudził zainteresowania. Problem polega na tym, że nawet takim szkołom nie można dać 100 proc. gwarancji stacjonarnego nauczania, bo wystarczy pojedynczy przypadek zachorowania, aby na mocy regulacji sanitarno-epidemiologicznych zachodziła konieczność zmiany trybu nauczania.

Czytaj więcej

Szczepienie na COVID-19 trzecią dawką w Izraelu
Izrael: 59 zaszczepionych trzema dawkami wśród ciężko chorych na COVID

Wielka Brytania ciągle testuje uczniów testami antygenowymi, które dzieci wykonują w domu - dziecko z wynikiem pozytywnym nie idzie do szkoły więc mamy działanie wyprzedzające. Dlaczego my nie możemy tak robić?

Nie rozważaliśmy w ogóle opcji ciągłego testowania z wielu względów. Spośród tych które dla mnie są istotne to najważniejsze: testy antygenowe mają małą czułość w przypadku braku objawów, są przydatne u osób z objawami które trafiają na SOR-y i Izby przyjęć. Po drugie, wyniki dodatnie które nie oznaczałyby wcale zakaźności powodowałyby natychmiastowe wysłanie całej klasy na kwarantannę - czyli bardzo szybko większość klas i szkół przeszłaby na nauczanie zdalne bo prawdopodobieństwo że wynik dodatni wystąpi u jednego z uczniów szkoły jest wysokie.

Poza tym już obecnie, tylko ze względu na ograniczenia liczby osób w przestrzeniach publicznych szkoły czy przedszkola przed lekcjami tworzą się kolejki. Proszę sobie wyobrazić co byłoby gdyby testowano.

Brytyjczycy popełnili sporo błędów w tej pandemii

Prof. Robert Flisiak, prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych

Wreszcie kto miałby testować? Pielęgniarki których nie mamy nawet w szpitalu?

Autopromocja
Historia Uważam Rze

Odkrywaj karty historii i pogłębiaj swoją wiedzę od starożytności po nowoczesność

ZAMÓW

Tak więc nierealne i niepotrzebne. Brytyjczycy popełnili sporo błędów w tej pandemii...

MZ każdego dnia podaje na Twitterze dane dotyczące zachorowalności na COVID-19, ale nie wiemy ile z osób, które trafiły do szpitali to osoby szczepione. Może warto takie dane podawać i tym samym zachęcać do szczepień?

Oczywiście te dane byłyby przydatne, ale PTEiLChZ (Polskie Towarzystwo Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych - przyp. aut.) opublikowało w lipcu w renomowanym czasopiśmie „Vaccines” wyniki badań z pierwszego półrocza, więc przedstawianie tych danych byłoby tylko powtarzaniem tego o czym już wiemy. Może Pani sięgnąć do tej publikacji, albo uwierzyć mi w konkluzję - 1 na 700 hospitalizowanych z Covid-19 jest zaszczepiony, 1 na 300 zmarłych z powodu Covid-19 był zaszczepiony, a trzeba pamiętać, że badania obejmowały okres gdy szczepienia obejmowały od 10 proc. do 40 proc. populacji (styczeń - maj). Po przeprowadzeniu prostych obliczeń szacunkowych wychodzi, że szczepienie zredukowało ryzyko hospitalizacji ponad 200 krotnie, a ryzyko śmierci prawie 100 krotnie. Proszę wierzyć, że teraz te proporcje są jeszcze wyraźniejsze bo większa część populacji została zaszczepiona i w klinice którą kieruję ja i w innych klinikach zakaźnych chorzy zaszczepieni są rzadkością, a jeśli już się zdarzają to są to starzy schorowani ludzie z osłabioną odpornością, którzy powinni dostać już dawkę przypominającą, której Państwo Polskie im tymczasem odmawia.

Dla codziennego monitorowania epidemii w Polsce podana liczba "zakażeń" jest bezużyteczna, bo tak naprawdę podaje nam liczbę osób u których stwierdzono wynik dodatni, a nie zakażenie, a tym bardziej nie chorobę. O nieprzydatności tego parametru dla oceny skali epidemii świadczy dzisiejsza sytuacja - zarejestrowano ponad 400 wyników dodatnich a liczba hospitalizowanych wzrosła od wczoraj tylko o 40 nowych osób. To znaczy, że tak naprawdę chorych w stopniu wymagającym hospitalizacji było zaledwie 10 proc. osób z wynikami dodatnimi. Dlatego znacznie ważniejsza jest liczba osób hospitalizowanych dla oceny dynamiki epidemii. Proszę się też nie kierować zgonami, bo tak naprawdę nie wiemy jaka część z nich jest śmiercią spowodowaną Covid-19, a jaka chorobą zasadniczą u osoby u której wykryto antygen lub RNA wirusa. W tym ostatnim przypadku wirus nawet nie musiał spowodować pogorszenia choroby zasadniczej, po prostu został wykryty i już.