Polska jest wyjątkiem wśród krajów postkomunistycznych należących do Unii Europejskiej. Jako jedyna nie ma ustawy reprywatyzacyjnej.
Najgorzej jest w Warszawie. Według szacunków ratusza roszczeń opiewających w sumie na kilka miliardów złotych jest tu blisko 17 tys. Wynikają one z tzw. dekretu Bieruta. Miasto oddaje z oporami.
– Prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz oddaje, nie powiem, ale tylko rudery. Niedawno członkini naszego stowarzyszenia odzyskała willę na Powiślu. To ruina nienadająca się do zamieszkania. Prezes naszego stowarzyszenia miał roszczenia do parkingu przed hotelem Metropol i do połowy działki pod nim. Tego już władze miasta nie chciały mu oddać – mówi Ryszard Grzesiuła, wiceprezes stowarzyszenia Dekretowiec. – Musiał sądownie wyegzekwować zwrot. Później jednak żaden z pracowników urzędu nie chciał przystąpić do aktu notarialnego ustanawiającego na jego rzecz użytkowanie wieczyste.
Sądy przyznały już 1,4 mld zł odszkodowań, a Warszawa i Skarb Państwa wypłaciły dopiero 860 mln zł. Najwięcej, 255 mln zł, w ubiegłym roku, bo dostała pieniądze z budżetu państwa.
Nie łatwiej dochodzi się roszczeń związanych z dekretami o reformie rolnej i o nacjonalizacji lasów. Na podstawie dekretu o reformie rolnej państwo przejęło 9707 majątków ziemskich i znacjonalizowało ok. 10 tys. dworów. Do września 2014 r. rozliczono się z ok. 1 tys. byłych właścicieli i wypłacono im 1,6 mld zł z Funduszu Reprywatyzacji. – W praktyce komuniści usuwali właścicieli ziemskich siłą. Nie tylko arystokratów, ale i bogatych chłopów – mówi Stanisław Ziemecki z Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego.