Przez wiele lat kodeks budowlany był jedynie tematem wielu konferencji środowiskowych. Dużo na jego temat mówiono i tylko tyle. Nie było woli ze strony władz na przekucie pomysłu w projekt. Pod hasłem likwidacji barier w budownictwie pojawiały się tylko kolejne nowelizacje prawa budowlanego.
Z czasem politycy dostrzegli w kodeksie potencjał wyborczy. Myślę, że spora w tym zasługa nagłaśnianych w mediach wyników Banku Światowego Doing Business. Nigdy nie były one dla Polski hurraoptymistyczne. Zawsze byliśmy na szarym końcu, gdy chodzi o czas, jaki inwestor musi poświęcić na załatwienie formalności budowlanych.
Kodeks budowlany zaczął się więc pojawiać w exposé kolejnych premierów. W końcu za czasów rządów Platformy Obywatelskiej powołano do życia Komisję Kodyfikacyjną Prawa Budowanego. Miała ona przygotować jego projekt. Okazało się, że nie jest to takie proste. Trzeba przejrzeć dziesiątki ustaw. Zastanowić się. Przedyskutować. Napisać.
Tymczasem politycy oczekiwali szybkich efektów. By zwiększyć tempo prac podzielono kodeks na dwie części: urbanistyczną i budowlaną. Skończyły się rządy PO a razem z nim i komisja kodyfikacyjna. Jej urobek przejęło obecne Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa. Minister Adamczyk obiecał kontynuację prac nad kodeksem i prezentację gotowego projektu na jesieni tego roku.
I słowa dotrzymał. Tydzień temu w serwisie internetowym Rządowego Centrum Legislacji opublikowano projekt kodeksu urbanistyczno-budowlanego, a następnie skierowano go do konsultacji społecznych.
To, co proponuje ministerstwo budownictwa, jest śmiałe. Resort lansuje w nim ideę jednego okienka, która zresztą jest Polakom doskonale znana z wcześniejszych rządowych pomysłów dotyczących zakładania firm. Zgodnie z projektem budujący będzie ubiegał się o zgodę inwestycyjną. Zastąpi ona wiele decyzji administracyjnych, a mianowicie: warunki zabudowy, pozwolenie na budowę, o podziale nieruchomości, a także zgłoszenie budowy lub zmiany użytkowania.
Zgodę będzie wydawał starosta lub prezydent miasta na prawach powiatu, a dla bardziej skomplikowanych inwestycji – wojewoda.
W zależności od stopnia skomplikowania inwestycji będą obowiązywały różne procedury wydawania zgody. W sumie ma być ich sześć. Pierwsza obejmie proste konstrukcje, druga mniej skomplikowane inwestycje, a kolejne trzy dotyczyć będą bardziej skomplikowanych inwestycji.
Już na pierwszy rzut oka koncepcja zgody inwestycyjnej jest łudząco podobna do zezwoleń, jakie obecnie wydaje się na podstawie specustaw, chociażby tej drogowej. Decyzje te również zastępują pozwolenie na budowę czy też decyzję podziałową. To na pewno ułatwienie dla budujących oraz urzędników. Nie trzeba będzie bowiem dwa razy ustalać stron postępowania etc. Zmusi też gminy do uchwalania planów. Po wejściu w życie tych zmian razem z likwidacją warunków zabudowy stracą bowiem kontrolę nad lokalizacją inwestycji na swoim terenie.
Śmiałym posunięciem jest też zlikwidowanie warunków zabudowy. W obrocie prawnym pozostaną jednak te wydane do dnia wejścia w życie kodeksu. Wielu prawników uważa to za zły pomysł.
Ich zdaniem powinno być w tym zakresie ograniczenie czasowe. W obrocie znajduje się wiele starych warunków zabudowy – już nieaktualnych.
Projekt kodeksu wraca też do lansowanego od lat pomysłu stworzenia okręgowych inspektoratów nadzoru budowlanego.
Dziś nadzór działa w każdym powiecie, dzięki temu jest blisko inwestorów. Okręgowy inspektorat obejmie kilka powiatów, jego siedziba będzie więc zdecydowanie dalej od budującego.
Powiatowy nadzór jest na garnuszku starostw. Pomagają, udostępniając pomieszczenia biurowe, sprzęt biurowy, a nawet dopłacając do wynagrodzeń pracowników.
Z tych powodów pomysł okręgów ma szansę powodzenia, tylko gdy budżet państwa wyłoży na ich funkcjonowanie więcej.
