W ostatnich kilkunastu miesiącach upadały takie wielkie sieci, jak Toys R Us czy Macy's. I jak na razie wszystko wskazuje, że ten rok będzie pod tym względem jeszcze gorszy. Prognozy mówią, że zostanie zamkniętych ich blisko 11 tys. Dla porównania: w kryzysowym 2009 r. zamknięto ich nieco ponad 4 tys. Analitycy Credit Suisse szacują, że spośród 1,2 tys. galerii handlowych czynnych w USA w 2017 r. 25 proc. zostanie zamkniętych do 2022 r. Analitycy UBS oceniają zaś, że w zeszłym roku zniknęło 65 tys. etatów w amerykańskiej branży handlowej. Ten głęboki kryzys, mocno negatywnie wpływający na branżę nieruchomości komercyjnych, zyskał nazwę „handlowej apokalipsy".

E-handel wygrywa

Pierwsza fala zamknięć centrów handlowych przetoczyła się przez USA na początku dekady. Wówczas wiązano ją ze skutkami recesji oraz rozwojem e-handlu. W ostatnich latach liczba zamknięć gwałtownie jednak wzrosła. Kolejne sieci sprzedaży detalicznej bankrutowały, a wielkie galerie handlowe zamieniały się w pustostany, choć wzrost gospodarczy w USA przyspieszył, a stopa bezrobocia spadła do najniższego poziomu od kilkunastu lat. Jaka była tego przyczyna? Jako największy winowajca jest wskazywany główny potentat na amerykańskim rynku e-handlu: koncern Amazon.

W ostatnich latach Amazon realizował agresywną strategię rozwoju. Zapewnił sobie możliwość dokonywania szybkich dostaw (realizowanych w dniu złożenia zamówienia) w 90 proc. amerykańskich miast. Skutecznie konkurował przy tym cenowo z tradycyjnymi galeriami handlowymi oraz małymi sklepami. Miażdżył konkurencję również w sektorze sprzedaży online. W 2017 r. spółka ta odpowiadała za ponad 40 proc. sprzedaży internetowej w USA. Na drugiej pozycji znalazła się spółka eBay z 6,8 proc. udziału w sprzedaży a na trzecim Apple z 3,6 proc. Ponad połowa Amerykanów kupujących online zaczyna swoje poszukiwania towarów od użycia wyszukiwarki Amazonu. Koncern Jeffa Bezosa stał się dla zakupów internetowych w USA prawie tym samym co Google dla globalnego internetu. O zagrożeniach związanych z rosnącą potęgą Amazonu mówią więc zarówno lewicowi aktywiści, jak i przedstawiciele branży handlowej, deweloperzy i prezydent USA Donald Trump. „Wyrażałem swoje zaniepokojenie co do Amazonu na długo przed wyborami prezydenckimi. W odróżnieniu od innych, płacą oni niewielkie podatki lub żadnych podatków rządom stanowym i samorządom, używają naszego systemu pocztowego jako swojego chłopca na posyłki (wywołując ogromne straty dla USA) i sprawiają, że tysiące sprzedawców detalicznych wypada z interesu!" – napisał Trump na Twitterze.

Amazon istotnie odniósł sukces (przekładający się na klęskę tradycyjnych galerii handlowych) dzięki umiejętnemu nawigowaniu po amerykańskim systemie podatkowym. Koncernowi udało się też nakłonić wiele stanów do przyznania mu wielu zwolnień podatkowych i subsydiów. Kusił je tym, że jego centra dystrybucyjne stworzą tysiące nowych miejsc pracy. Według danych organizacji Good Jobs First, Amazon zebrał od 2000 r. 1,9 mld dol. subsydiów w USA. Spółka korzysta również z łagodnego traktowania przez amerykańską pocztę. Analitycy Citigroup opublikowali w kwietniu zeszłego roku raport mówiący, że poczta traci na przesyłkach dostarczanych dla Amazonu. Z ich wyliczeń wynikało, że jeśliby Amazon miał płacić poczcie uczciwą cenę, czyli o 1,46 dol. więcej za każdą przesyłkę, to oznaczałoby dla niego wzrost kosztów o 2,6 mld dol. Amerykańska państwowa poczta straciła przez cały 2017 r. 2,7 mld dol. Zysk netto Amazonu za 2017 r. wyniósł zaś 3 mld dol.

Błędem byłoby jednak uznawanie koncernu Amazon za jedynego winowajcę „handlowej apokalipsy". Na niekorzyść tradycyjnych centrów handlowych zadziałała zmiana zwyczajów konsumenckich związana z rozwojem e-handlu. Nawet gdyby Amazon nie istniał, to jakaś inna spółka wykorzystałaby rosnącą niszę rynkową i odbierała klientów tradycyjnym sklepom. Galerie handlowe w USA muszą się też mierzyć z coraz większą konkurencją dyskontów, zwłaszcza na obszarach, które wolniej podnosiły się z kryzysu. Ponadto trzeba wziąć pod uwagę, że w latach przedkryzysowego boomu wybudowano w USA zdecydowanie zbyt wiele centrów handlowych.

– Na każdego obywatela USA przypada 25 stóp kw. powierzchni handlowej. W Europie przypada jej natomiast od 2 stóp kw. do 6 stóp kw. na mieszkańca – twierdzi Garrick Brown, analityk z firmy Cushman and Wakefield.

Ten nadmiar powierzchni handlowej był skutkiem agresywnej strategii wielkich sieci, takich jak Walmart. Otwierały one nowe centra sprzedaży w zasięgu centrów dotychczas istniejących i w ten sposób wypychały z interesu mniejsze, lokalne sklepy. To zapewniało im dominację na rynku, ale z czasem pojawiała się konieczność zamykania mniej rentownych, „dublujących się" hipermarketów i galerii. Zamieniały się one w pustostany lub były wyburzane.

Czekając na uderzenie

Z tego powodu trudno się spodziewać, by w Europie kontynentalnej w przewidywalnym terminie doszło do podobnej fali zamknięć centrów handlowych jak w USA. Ale z pewnością, wielu europejskich przedstawicieli tej branży przygląda się z niepokojem sytuacji w USA. Zwłaszcza, że swoją wersję „handlowej apokalipsy" od pewnego czasu przeżywa Wielka Brytania. Nazywana jest ona tam „końcem High Street". Brytyjskie domy towarowe z tradycjami sięgającymi dziesiątek lat przegrywają konkurencję ze sklepami internetowymi.

– To, co się dzieje tutaj, będzie się działo w każdej gospodarce rozwiniętej, gdyż sprzedaż online skanibalizowała sektor sprzedaży detalicznej. Wartość powierzchni handlowej więc spadła, bo przynosi ona mniej pieniędzy – uważa Richard Hyman, londyński konsultant ds. rynku nieruchomości.

Pamiętajmy też, że jeden z głównych winowajców „handlowej apokalipsy", czyli koncern Amazon, to spółka, która rozszerza swój agresywny model rozwoju na cały świat. Zeszłoroczne szacunki analityków banku Morgan Stanley mówiły, że Amazon odpowiadał za jedną trzecią nowej sprzedaży detalicznej w Wielkiej Brytanii i w Niemczech. Sprzedaż Amazonu bardzo dynamicznie rośnie też m.in. w Indiach. To zacznie z czasem wpływać na rentowność centrów handlowych na całym świecie.