Kilka dni temu w wodach zatoki Tasmańskiej nieopodal miejscowości Macquarie Heads zaczęła się akcja ratunkowa wielkiego stada grindwali, które w trzech grupach utknęły na płyciźnie.

Grupie ratowników udało się jak dotąd ocalić 88 zwierząt. Zginęło już 380, a może zginąć jeszcze więcej.

Szanse pozostałych przy życiu ssaków maleją z każdą godziną.

Ratownicy - 60-osobowa grupa ekspertów i wolontariuszy, skupia się teraz na próbie wypchnięcia do wody 25 grindwali, które wydają się być w najlepszym stanie.

Niestety, nie wykluczają, że część wciąż żywych, ale coraz bardziej cierpiących zwierząt, trzeba będzie poddać eutanazji. Ratownicy pracują w skrajnie trudnych warunkach, w lodowatej wodzie, pośród krzyków umierających waleni.

Grindwale to zwierzęta stadne, mocno ze sobą związane. Zdarza się, że wypchnięty już do wody ssak wraca na brzeg, by być z rodziną.

- Badamy możliwość eutanazji niektórych zwierząt, które bezskutecznie próbowaliśmy uwolnić - powiedział Kris Carlyon, biolog morski z Tasmanian Environment Department. - Poziom ich cierpienia jest tak wysoki, że może się to okazać jedynym wyjściem - mówił biolog, podkreślając, że jest to rozwiązanie brane pod uwagę wyłącznie w skrajnych przypadkach.

Oprócz bardzo trudnej akcji ratunkowej kolejnym problemem jest usunięcie martwych grindwali, których już w tej chwili jest 380. Trzeba je usunąć z wody, bo w trakcie rozkładania się zwłoki puchna i będą dryfować w wodach, utrudniając żeglugę, zanieczyszczą zatokę i zwabią rekiny i inne drapieżniki.

Masowe grzęźnięcie morskich ssaków na mieliznach jest zjawiskiem badanym przez naukowców od dziesięcioleci, ale wciąż niewyjaśnionym.

Najbardziej prawdopodobna, choć wciąż niepotwierdzona, wydaje się teoria, która mówi o zaburzaniu orientacji tych zwierząt przez dźwięki sonarów czy statków. Dodatkowo dźwięki te zaburzają komunikację między ssakami, a że łączą je silne więzi społeczne, podążają za swoimi przewodnikami, masowo osiadając na mieliznach.