2 października zmarł Janusz Grudziński. Przypominamy materiał o jego albumie "Olśnienie" i rozmowę jaką odbył z nim w Jacek Cieślak.
Niektóre piosenki z "Olśnienia", choć zostały zaaranżowane na syntezatory, przywołują ducha dawnych warszawskich kapel.
- Spotkałem się już z określeniem, że to są nowoczesne ballady - przytakuje Janusz Grudziński. - A niektórzy mówią, że jestem warszawskim bardem.
Mówią mi książę
Stołeczny charakter albumu podkreśla eksponowany na okładce pseudonim Grudzińskiego - Xiąże Warszawski.
Czytaj więcej
Zmarł Janusz Grudziński, muzyk i kompozytor, przez kilkadziesiąt lat grający jako klawiszowiec w zespole Kult, którego liderem jest Kazik Staszewski.
-Wziął się z anegdoty. Chodziło o to, że księżna Joanna Grudzińska, narzeczona wielkiego księcia Konstantego, była ostatnią faktyczną władczynią Polski - tłumaczy muzyk. - Kiedyś żartowałem, że jestem jej prapraprawnukiem, chociaż była bezdzietna. Żart się spodobał, przezwisko funkcjonuje, koledzy zwracają się do mnie " Xiąże".
Chłopak z podwórka
Płyta nawiązuje do stolicy, szczególnie w piosence "Spacer po Warszawie" - do hotelu Polonia, który przetrwał wojnę, domów towarowych Wars i Sawa, Domu Chłopa. Jest też opisana niedziela u cioci, stołeczne kamienice i podwórka.
Nigdzie nie czułem się tak dobrze i bezpiecznie jak tam, między Hożą a Koszykam
- "Spacer po Warszawie" to opis mojej marszruty ze szkoły na Ciasnej, z okolic Emilii Plater i pigalaka - do mieszkania na rogu Miodowej i Długiej z widokiem na plac Krasińskich, gdzie się przeprowadziłem i gdzie obecnie mieszka moja mamusia -opowiada Grudziński. -Kiedyś na placu był gigantyczny trawnik, grałem tam z kolegami w piłkę, na jego miejscu stanął monstrualny gmach sądu i pomnik Powstania.
Teledysk do "Spaceru po Warszawie" przedstawia starą kamienicę przy ulicy Emilii Plater, jej bramę, podwórko i dawnych sąsiadów Grudzińskiego.
- Mieszkałem w Warszawie w dwudziestu jeden miejscach, ale zdecydowałem się pokazać to śródmiejskie podwórko - mówi klawiszowiec Kultu. - Przeżyłem tam trzy lata. Sąsiedzi byli niezwykle zżyci, mimo biedy, która aż piszczała. Wystarczyło, że ktoś kichnął, a już wszyscy słyszeli, bo mieszkaliśmy w studni. Gdy wychodziło się z mieszkania, było z kim porozmawiać, ludzie mieli poczucie humoru, czuło się atmosferę Warszawy. Zdarzały się kłótnie, ale policja interweniowała tylko wtedy, gdy ktoś za głośno się zachowywał. I od razu było wiadomo, kto doniósł. Panowała kultura osobista. Kłanialiśmy się paniom, które bardzo ciężko pracowały na pigalaku. Nigdzie nie czułem się tak dobrze i bezpiecznie jak tam, między Hożą a Koszykami.